Amerykańska wołowina nie taka straszna?

Jacek Podgórski
2020-03-07

Polski sektor produkcji wołowiny znalazł się w ostatnim czasie w trudnej sytuacji. Sztucznie napędzany czarny PR, wciąż nie zakończone przecież negocjacje między Unią Europejską, a krajami Mercosur, czy zawirowania na rynkach światowych sprawiają, że przyszłość tej prężnie rozwijającej się branży staje się niepewna. Nie bez znaczenia pozostaje także kwestia porozumienia na linii Bruksela – Stany Zjednoczone ws. amerykańskiej wołowiny bez hormonów. Ale od początku.

Amerykańska wołowina nie taka straszna?

Fot. Pixabay

Historia stosunków handlowych w sektorze rolno-spożywczym między Unią, a USA pełna jest sporów wynikających głównie z różnego podejścia do technologii produkcyjnych. Tak też było w przypadku sektora wołowiny. Pierwszy poważnym punktem zapalnym stał się rok 1988, kiedy to unijni politycy wprowadzili zakaz importu wołowiny pochodzącej z hodowli, w których stosuje się hormony wzrostu bydła. Spowodowało to reakcję ze strony państw najbardziej dotkniętych nowymi ograniczeniami. Wobec spadku eksportu do Europy z USA i Kanady, oba te kraje złożyły skargę do Światowej Organizacji Handlu, poddając w wątpliwość unijne regulacje. Zaowocowało to także nałożeniem sankcji na artykuły, które przybywały do Ameryki Północnej ze Starego Kontynentu. Na wojnie celnej najwięcej stracili europejscy producenci wołowiny i wieprzowiny, ale także dostawcy soków czy innych przetworów owocowych, którzy od lat skrupulatnie budowali dobre relacje handlowe ze Stanami Zjednoczonymi.

Faktycznie obie strony czerpały z nowych relacji więcej strat niż korzyści, toteż w roku 2009 podpisane zostało porozumienie, na mocy którego Unia miała powoli otwierać się na amerykańską wołowinę, a Stany Zjednoczone proporcjonalnie do decyzji Brukseli, łagodzić nałożone w 1996 roku sankcje. Pat trwał jednak osiem lat, więc uzdrowienie relacji transatlantyckich pozostawało niemałym wyzwaniem. W wyniku nowych regulacji kraje Wspólnoty ustaliły znaczący kontyngent importowy na wołowinę o wolumenie 45 tys. ton, w którym Stany Zjednoczone miały zapewniony udział, który w następnych latach miał ulegać dynamicznym zmianom. Już w roku 2011 USA zdjęły ograniczenia importowe na przywóz towarów z Unii Europejskiej.

Początkowa dominacja USA w kontyngencie zbiegła się w czasie ze wzrostem znaczenia innych dzisiejszych potentatów na rynku wołowiny. Do gry weszły Brazylia, Argentyna, Australia i Nowa Zelandia, które zgodnie z prawem międzynarodowym dyktowanym przez WTO również musiały mieć swój udział w ustalonym przez Unię Europejską kontyngencie. Z uwagi na niższe ceny – skorelowane wprawdzie z niższą jakością mięsa – towarów przywożonych spoza USA, Stany Zjednoczone stopniowo ustępowały z pozycji lidera w wysyłce wołowiny do UE. Finalnie skończyło się – według różnych szacunków – na zaledwie 30 proc. udziałów w imporcie. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Trzy lata temu USA zagroziły przywróceniem zniesionych w 2009 roku ceł importowych.

Unia Europejska szybko zmieniła wytyczne i zobowiązała się, że dla północnoamerykańskich farmerów zarezerwowane będzie 35 z 45 tys. ton, jednak okres dojścia do tego wolumenu kraje UE ustaliły na 7 lat. W roku 2020 Amerykanie wysłać będą mogli do Unii Europejskiej niemal 19 tys. ton wołowiny.

Co ciekawe, w czasie negocjowania nowego kształtu umowy nie było znaczących protestów ze strony gigantów z Ameryki Południowej. Dziś wiemy, że było to spowodowane nagłym przyspieszeniem negocjowania umowy na linii UE – Mercosur, która wciąż stanowi – przez brak zerwania rozmów (na co nalegali unijni rolnicy) – ogromne zagrożenie dla całego unijnego sektora wołowiny. Zgodnie z negocjowanymi zapisami umowy wprowadzone miałyby zostać kolejne przepisy liberalizujące prawo eksportowe obejmujące kierunek Ameryka Południowa – Unia Europejska. W największym stopniu planowane regulacje dotknąć mogłyby właśnie prężnie rozwijającego się sektora produkcji wołowiny. Już dziś kraje Mercosur zagospodarowują 74 proc. wspólnotowego importu wołowiny, co przekłada się na wolumen 246 tys. ton wołowiny rocznie. Biorąc pod uwagę niższe koszty produkcji w Ameryce Południowej, swoimi decyzjami Komisja Europejska doprowadzić może do wyparcia z unijnego rynku europejskich producentów na rzecz dostawców z Argentyny, Urugwaju, Brazylii i Paragwaju, zmuszając rodzimych producentów do wybierania mniej intratnych kierunków eksportu. Dodatkowo Unia Europejska od dłuższego czasu negocjuje warunki umowy handlowej z Australią, która szybko dołączyć może do grona państw zalewających Europę swoim mięsem.

Stąd – paradoksalnie – polscy producenci powinni aktywnie wspierać amerykańskie dążenia do ustawicznego zwiększania wysyłek wołowiny do Europy. Rolnicy nad Wisłą produkują coraz więcej wysokiej jakości mięsa wołowego, które z racji stosowania rygorystycznych systemów certyfikacji osiąga także wysokie ceny – podobnie zresztą jak wołowina z USA. Jej napływ może nieco zbilansować spadkową tendencję cenową spowodowaną w zasadzie niekontrolowanym napływem mięsa pochodzącego z państw grupy Mercosur.

Wspólny front polsko-amerykański może stanowić silną odskocznię dla trudnej sytuacji, którą rolnikom pod koniec kadencji zgotowali unijni dygnitarze, a która najpewniej niebawem powróci na unijne salony. Nie zmienia to faktu, że Polska powinna aktywnie szukać nowych kierunków eksportu, dywersyfikując nieprzewidywalne – jak się okazuje – ryzyka.

* autor jest Dyrektorem Instytutu Gospodarki Rolnej

Komentarze

Uwaga, ta strona używa COOKIES.

Stosujemy je, aby ułatwić Tobie korzystanie z naszego serwisu. Pamiętaj, że w każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące COOKIES w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.

Zamknij