Ekologizm zaczyna zarzynać polską gospodarkę

Jacek Podgórski
2020-02-25

Polskie rolnictwo borykać się musi z wieloma problemami. Wśród nich na pierwszy plan wysuwać się zaczął ten, który od lat spędza sen z powiek gospodarzom zza oceanu i który już dekadę temu na dobre zadomowił się także w Europie Zachodniej, skąd przywędrował do Polski. To ekologizm.

Ekologizm zaczyna zarzynać polską gospodarkę

Fot. Pixabay

Termin ten, w odróżnieniu od ekologii, nie oznacza nauki. Jest to bowiem ogół działań opartych na manipulacji nastawionej na uzyskanie określonych korzyści, choć nie tylko. Silną podstawę ekologizmu stanowi także podłoże ideologiczne.

Podczas Kongresu Deweloperskiego, który w roku 2018 odbył się we Wrocławiu, wśród zgromadzonych przedsiębiorców przeprowadzono ankietę. Okazało się wówczas, że ponad połowa zebranych – a byli to przedstawiciele najprężniejszych podmiotów na polskim rynku mieszkaniowym – przynajmniej raz w życiu zmuszona była do zapłaty ekoharaczu, czyli daniny, którą przedsiębiorstwa uiszczają na rzecz organizacji „ekologicznej”, która w swoich celach statutowych zapisaną ma ochronę rodzimej fauny lub flory, w zamian za odstąpienie od blokady inwestycji.

Okazuje się niestety, że jest to zjawisko powszechne, a jego obecność znacznie wykracza poza ramy branży deweloperskiej, oddziałując na kolejne sektory rodzimej gospodarki. Trudno ganić samych inwestorów, którzy wprawdzie łamią prawo, ale jednak walczą o zapewnienie płynności finansowej swoich firm – płynności finansowej, która atakowana jest w nieczysty sposób, a w obronie której – wobec źle skonstruowanych przepisów prawa – bezradne pozostają także stojące na straży porządku państwowe służby.

Możliwość działania organizacjom pseudoekologicznym zapewnia ustawa o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko.

Jej zapisy pozwalają na tworzenie na gruncie polskiego prawa w zasadzie nieograniczonej liczby organizacji przeprowadzających protesty lub organizujących blokady inwestycji – także z wykorzystaniem otoczenia prawnego. W opinii niektórych ekspertów kształt przepisów zawartych w ramach rozdziału 4 tej ustawy budzi wątpliwości przede wszystkim z uwagi na użycie nieostrych kryteriów dopuszczalności organizacji ekologicznych w postępowaniach administracyjnych. Wadliwość wspomnianej regulacji ma polegać przede wszystkim na przyznaniu organizacjom ekologicznym prawa do uczestnictwa w określonym postępowaniu wtedy, gdy zgłoszą one chęć uczestnictwa powołując się na cele statutowe, a toczące się postępowanie wymaga udziału społeczeństwa – i tu kryteria pozostają nieostre. W efekcie organizacja społeczna może w sprawie dotyczącej innej osoby występować z żądaniem dopuszczenia jej do udziału w postępowaniu, jeżeli jest to uzasadnione celami statutowymi tej organizacji i gdy przemawia za tym interes społeczny.

Zbyt duże oddziaływanie pseudoorganizacji ekologicznych na powstawanie nowych inwestycji ma stwarzać określone zagrożenie w postaci tak zwanego ekoterroryzmu, który zdaniem niektórych ekspertów powinien nawet być penalizowany i wpisany jako nowy typ przestępstwa do przepisów Kodeksu karnego.

Niestety, taka konstrukcja krajowych i unijnych przepisów prowadzi do patologicznych sytuacji, w których „ekolodzy” są w stanie oprotestować bądź zablokować niemal każdą inwestycję. Do kuriozalnej sytuacji doszło dwa lata temu w okolicach Kępna, gdzie inwestor przeznaczył znaczne środki na budowę nowoczesnej fermy. Gdy tylko informacja o samej inwestycji dotarła do okolicznych mieszkańców, zgłosiła się do nich organizacja ekologiczna, która uruchomiła serię protestów. Nagranie wykonane ukrytą kamerą zarejestrowało jednak rozmowę między inwestorem, a członkiem organizacji prozwierzęcej, podczas której na sprawę rzucono zupełnie nowe światło. Organizacja zobowiązała się wówczas do odstąpienia od protestów w zamian za darowiznę w kwocie 3 mln zł. Interesujące były też argumenty, których używali „ekolodzy”. Skarżono się wówczas na fetor uniemożliwiający mieszkańcom egzystencję i plagi much. Byłby to zarzuty bardzo poważne, gdyby na fermie… były zwierzęta. Tymczasem gospodarstwo dopiero przygotowywało się do pierwszego zasiedlenia pomieszczeń inwentarzem.

Podobne ataki przybierają często także charakter kampanii wycelowanych w całe sektory rolnictwa. Tak dzieje się w przypadku choćby silnej w Polsce branży hodowców drobiu. Polska od lat pozostaje tu unijnym liderem produkcji, jednym z czołowych eksporterów na rynki wspólnotowe oraz czempionem względem handlu zagranicznego prowadzonego poza unijnym obszarem celnym. Dobra kondycja tego sektora nie umknęła uwadze organizacji prozwierzęcych, a konkretnie stowarzyszeniu Otwarte Klatki. Jesienią 2018 roku aktywiści otrzymali grant w wysokości 0,5 mld USD przeznaczony na „wzmocnienie całej struktury organizacyjnej Otwartych Klatek, powiększenie możliwości, np. przez zatrudnienie nowych pracowników, działania na rzecz walki o kury hodowane i zabijane na mięso”. Pieniądze popłynęły z Doliny Krzemowej, a dokładniej z Silicon Valley Community Foundation wspieranej przez Facebook. Więcej pieniędzy dla aktywistów oznacza większe zagrożenie. Takie przyszło.

Uruchomiona została nowa witryna internetowa o wdzięcznej nazwie „Frankenkurczak”, która poza treściami ukazującymi rzekome znęcanie się nad kurami w polskich hodowlach, zawiera także e-petycję kierowaną do ministra rolnictwa i rozwoju wsi w sprawie „poprawy warunków życia kurczaków”. Celem aktywistów – czego nie starają się oni tuszować – jest jednak absolutne wyrugowanie mięsa z diety człowieka. Podobny cel próbuje się osiągnąć prze realizowanie inicjatyw takich jak „Koniec epoki klatkowej”, czyli zakazu używania klatek w chowie i hodowli zwierząt. Inicjatywa wspierana między innymi przez europoseł Sylwię Spurek stanowiłaby potężne uderzenie w rodzime sektory chowu i hodowli drobiu, trzody chlewnej czy nawet bydła mlecznego.

Ostatnie dwa lata to także czas silnego uderzenia właśnie w sektor produkcji mleka. To w tym okresie w centrach największych miast pojawiły się bilbordy nawołujące do zaprzestania jego spożywania. Stanowią one pokłosie kampanii prowadzonej przez Fundację Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt Viva!. Co ciekawe, podobną akcję zorganizowała w Stanach Zjednoczonych fundacja PETA – jeden z liderów na amerykańskim rynku organizacji prozwierzęcych. Aktywiści w celu zmniejszenia spożycia mleka zorganizowali akcję Got beer (pij piwo), która miała być parodią popularnej w USA kampanii Got milk (pij mleko), pokazującej prozdrowotne skutki spożywania nabiału i picia mleka. Adresatami inicjatywy były dzieci, które w tym samym czasie w gazetkach rozpowszechnianych w amerykańskich szkołach przekonywano, że picie mleka powoduje trądzik, otyłość, choroby serca, udary mózgu oraz nowotwory, a samo mleko jest symbolem… rasizmu i supremacji białego człowieka.

Co ciekawe, w 2012 roku amerykańskie media ujawniły informacje dotyczące profilu działalności PETA – Ludzie na Rzecz Etycznego Traktowania Zwierząt. Aktywiści od początku swojej działalności skupiali się na odbieraniu zwierząt właścicielom, którzy, w ich opinii, nie dbali o nie należycie. Śledztwo federalne ujawniło, że od 1998 roku aktywiści zabijali około 95 proc. zwierząt, które przejmowali, co przełożyło się na łączną liczbę 27 tys. uśmierconych psów i kotów (do 2012 roku). Nie było to jednak przeszkodą w regularnym obciążaniu poszkodowanych rachunkami za utrzymanie odebranych czworonogów. Media podnosiły wówczas, że PETA, przy rocznym budżecie na poziomie 37 mln USD, tylko znikome fundusze przeznacza na faktyczną pomoc zwierzętom. Do 2001 PETA oficjalnie wspierała natomiast ELF oraz ALF – grupy prozwierzęce uznane w Stanach Zjednoczonych za organizacje terrorystyczne. Warto nadmienić, że w ostatnich dniach ta sama organizacja, wespół z polskimi aktywistami, zorganizowała serię protestów przed centrami handlowymi w Polsce, których celem miało być zmuszenie jednej z największych polskich marek odzieżowych – Reserved – do rezygnacji z używania w swoich kolekcjach kaszmiru, czyli ekskluzywnej i drogiej koziej wełny.

To tylko symptomatycznie zarysowane przykłady destrukcyjnej działalności organizacji prozwierzęcych funkcjonujących na gruncie polskiego prawa. Sektorowe uderzenia, ataki medialne, włamania czy podpalenia stają się normą także w naszym kraju. Uczciwie przyznać należy, że znacznie większy problem ze skrajnym ekologizmem wciąż mają przedsiębiorstwa funkcjonujące na zachód od Polski. To tam rolnicy obarczani przez nich winą za choćby zmiany klimatyczne w tysiącach wyszli na ulice protestować przeciwko zielonej propagandzie, która takimi działaniami jak np. próba wprowadzenia specjalnego podatku od mięsa, wprost zagrażają stabilności europejskiego sektora rolnego.

* Autor jest Dyrektorem Instytutu Gospodarki Rolnej

Komentarze

Uwaga, ta strona używa COOKIES.

Stosujemy je, aby ułatwić Tobie korzystanie z naszego serwisu. Pamiętaj, że w każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące COOKIES w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.

Zamknij