Ile będzie nas kosztować unijna polityka klimatyczna?

Kamil Goral
2020-02-08

900 miliardów euro – na tyle szacuje się koszt osiągnięcia przez Polskę neutralności klimatycznej, celu jaki obecnie ma priorytet w Unii Europejskiej. Skąd wziąć na to pieniądze i jakie mogą być tego skutki dla polskiej gospodarki? To pytania, które w najbliższym czasie zaprzątać będą głowy najważniejszych polityków w naszym kraju. Zresztą nie tylko ich, bo to koszt, który ponieść będzie musiało nie tylko państwo, ale także gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa.

Ile będzie nas kosztować unijna polityka klimatyczna?

Fot. Pixabay

Kiedy wybierano Ursulę von der Leyen na przewodniczącą Komisji Europejskiej, mało kto zadawał sobie pytanie, czym jest „zielony ład”. Pewnie dlatego, że bardzo niewielu o tym pojęciu słyszało. Tymczasem szykowana na szefową KE Niemka uczyniła z tego projektu kluczowy element swojego wystąpienia, w którym przekonywała europarlamentarzystów, aby poparli jej kandydaturę na jedno z najważniejszych unijnych stanowisk. Już wtedy było jasne, że po swoim wyborze była minister obrony w rządzie Angeli Merkel nie odpuści i będzie dążyć do realizacji powziętych planów.

Apokaliptyczne wizje
O co w ogóle chodzi? Dla przypomnienia, zielony ład to szereg działań, szczególnie o charakterze finansowym, których celem jest wspierania dążeń do tzw. neutralności klimatycznej. Oznacza to, że na poziomie unijnym ma dojść do ograniczenia emisji netto CO2 do zera. Eurokraci i wielu europejskich przywódców żywi bowiem głębokie przekonanie, że ludzkość stanowi obecnie najpoważniejsze zagrożenia dla środowiska naturalnego, szczególnie zaś dla klimatu. Ten zmieniać ma się pod wpływem czynników antropogenicznych, a owe zmiany w perspektywie kilku, może kilkunastu lat mają doprowadzić do globalnej katastrofy. Trzeba przyznać, że owe wizje mają iście apokaliptyczny charakter. Niektóre z nich wskazują nawet na… akty kanibalizmu będące konsekwencją braku żywności spowodowanej dramatycznymi zjawiskami pogodowymi.

Tzw. polityka klimatyczna niczym niebezpieczny wirus zainfekowała unijne struktury, te zaś prą do dewastacji gospodarki państw Wspólnoty w imię walki ze zmianami klimatu – to, że klimat zmiennym jest, nikogo tam nie obchodzi, fakty nie są tu istotą rzeczy.

Podłoże ideologiczne

Podobny plan – chociaż trzeba przyznać, że znacznie bardziej radykalny – próbowała przeforsować w USA nowa twarz Partii Demokratycznej Alexandria Ocasio-Cortez (zwana w Stanach AOC). Swoją propozycję nazwała „Green New Deal” nawiązując do działań podjętych w Stanach Zjednoczonych w związku z kryzysem gospodarczym z 1929 roku. Patos czuć zatem na kilometr.

Wśród zasad, jakie ów nowy deal zapowiadał, było m.in. wytwarzanie energii wyłącznie ze źródeł odnawialnych, co biorąc pod uwagę zasoby naturalne USA takie jak gaz czy ropa, wydaje się aberracją do kwadratu. Całkowity koszt planu, w którym zawarte były także takie kurioza jak gwarantowany dochód dla każdego – bez względu na to, czy pracuje, czy nie, szacowano na dziesiątki bilionów (tak, bilionów!) dolarów. Ostatecznie cała akcja spotkała się z potężną krytyką, poparcia propozycjom Ocasio-Cortez nie udzieliło nawet jej rodzime ugrupowanie. W Kongresie „Green New Deal” przepadł z kretesem. Warto w tym miejscu dodać, że młoda amerykańska parlamentarzystka wprost mówiła o tym, że w związku ze zmianami klimatu przemyśleć należy posiadanie dzieci. – Czy to w porządku, aby mieć dzieci w obliczu zmian klimatycznych? – pytała. Głosów podobnych do tego, niestety, nie brakuje.

Brytyjski książę Harry zapowiedział, że w trosce o dobro planety zamierza mieć nie więcej niż dwoje dzieci. Kilka miesięcy temu 11 tysięcy naukowców (czy można ich w ogóle nazywać naukowcami?) opublikowało na łamach „BioSciene” manifest, w którym wzywają do zmniejszenia liczby ludzi na ziemi, właśnie aby… chronić klimat. O zahamowaniu wzrostu populacji mówił wprost Ban Ki-Moon, pełniąc jeszcze funkcję sekretarza generalnego OZN. O małe rodziny i zarządzanie płodnością apeluje także pokojowy noblista (!) Al. Gore…

Nowe zagrożenie

Podobnych głosów jest więcej i pewnie aby je przytoczyć i omówić, należałoby przygotować obszerny elaborat. Kiedyś strachy związane ze wzrostem liczby ludzi na ziemi opierano na obawie o to, że na przeludnionej planecie zapanuje głód, że nie będzie ona mogła wyżywić ludzkości w takiej liczbie. Obecnie okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie, żywności na ziemi jest pod dostatkiem. Obszary głodu nie wynikają z tego, że na ziemi nie ma dostatecznie dużo jedzenia. Populacja ludzi może być spokojnie znacznie większa, a żywności i tak nie zabraknie, jeśli będzie właściwie redystrybuowana. Trzeba było zatem odwoływać się do innego zagrożenia. Jest nim właśnie klimat, rzekomo zagrożony przez przeludnienie. Jakie mogą być następstwa tego obłędu na płaszczyźnie demograficzne?

No cóż, spójrzmy na Chiny. Polityka jednego dziecka stała się tam faktem, zresztą ten komunistyczny kraj musi teraz zapłacić za to wysoką cenę w związku z dramatycznym starzeniem się społeczeństwa. Jeśli klimatyczne szaleństwo będzie postępować w takim tempie, kto wie, czy na poważnie takie działania nie będą forsowane także w innych częściach świata – w zasadzie już tak jest, patrząc na przykład na dyskusje toczone w ONZ. Motywacją będzie zaś troska o dobro następnych pokoleń, rzekomo zagrożonych w związku z globalnym ociepleniem i zmianami klimatycznymi.

Co to oznacza dla gospodarki?

Swego czasu Ministerstwo Energii (obecnie nieistniejące) oszacowało koszt reedukacji emisji CO2 w Polsce do 2040 roku na 140 miliardów euro. Tyle że pamiętać trzeba, iż Unia nie dąży do zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych o połowę, tylko do wspomnianej wcześniej neutralności klimatycznej. W tym kontekście koszt takiej transformacji dla Polski byłby zapewne znacznie wyższy niż owe 140 miliardów euro. Ówczesny szef tego resortu Krzysztof Tchórzewski szacował cenę dojścia do zeroemisyjności polskiej gospodarki na… bagatela nawet 900 mld euro. To, że naszego kraju po prostu na to nie stać, jest zupełnie oczywiste.

Nasza infrastruktura energetyczna jest dostosowana do wytwarzania energii z węgla, który stanowi niemal 80-procentowy udział w polskim miksie energetycznym. Odnawialne źródła stanowią w nim jedynie 15 procent. Oznacza to, że Polska węglem stoi i w najbliższych latach radyklanych zmian w tej kwestii nie należy się spodziewać. W przekazanym pod koniec zeszłego roku do Komisji Europejskiej „Krajowym planie na rzecz energii i klimatu” czytamy m.in. „W zakresie struktury nośników energii planuje się utrzymać znaczącą rolę węgla, jednak z uwagi na prognozowany wzrost zapotrzebowania na energię, konieczność ograniczenia emisji CO2, jak i zasadę racjonalnego gospodarowania uwzględniającą m.in. analizę kosztów surowców, opłat za emisję CO2 i zastosowania nowoczesnych technologii, stopniowo dochodzić będzie do spadku procentowego udziału tego paliwa w strukturze wytwarzania energii elektrycznej do ok. 56-60% w 2030 r.”.

Z treści dokumentu wynika zatem jednoznacznie, że Polska nie zamierza z dnia na dzień rezygnować z kopalin jako głównego źródło energii. Z operacyjnego i finansowego punktu widzenia byłoby to zresztą praktycznie niemożliwe. Ważną rolę w zapewnieniu Polsce bezpieczeństwa energetycznego odgrywać ma także gaz. W przywołanym planie zapisano bowiem „Dostęp do zdywersyfikowanych źródeł i łatwość w pozyskaniu gazu jako towaru po akceptowalnej dla odbiorcy końcowego cenie pozwoli na jego szersze wykorzystanie w krajowej gospodarce w celach ciepłowniczych oraz produkcji energii elektrycznej. Spowoduje to ograniczenie emisyjności gospodarki i jednocześnie będąc skutecznym narzędziem walki o czyste powietrze”. Wydawać by się mogło, że unijne instytucje nie powinny mieć z wykorzystaniem gazu żadnego problemu. W praktyce jednak wygląda to zupełnie inaczej. Dla przykładu Europejski Bank Inwestycyjny nie będzie od 2021 roku kredytował inwestycji gazowych. To uderzenie szczególnie bolesne na Polski. Warto przecież wspomnieć o dodatkowych bogatych złożach tego surowca odkrytych na Podkarpaciu. Niedawno zaś gruchnęła wiadomość o obfitych zasobach ropy i gazu ulokowanych w okolicach Świnoujścia. Na ewentualną eksploatację tych surowców będzie jednak ciężko pozyskać finansowanie zarówno z europejskich banków jak unijnych funduszy.

A co z węglem i kopalniami?

Możemy mieć także problemy z wykorzystaniem posiadanych przez nas złóż węgla. Wynoszą one niemal 60 mld ton węgla kamiennego i 23,5 mld ton węgla brunatnego. W Polsce ulokowanych jest 12 proc. światowych zasobów tego surowca. Z punktu widzenia gospodarki kluczowe są te złoża, które można wydobywać, czyli tzw. zasoby przemysłowe. Ich ilość szacowana jest na około 3 mld ton, co przy obecnym tempie eksploatacji pozwalałoby korzystać z nich jeszcze przez minimum 50 lat. W kontekście unijnej polityki klimatycznej znaczna ich część powinna pozostać w ziemi. W ich miejsce rozwijane mają być OZE.

Pamiętać także trzeba, że w polskim górnictwie pracuje ponad 100 tys. ludzi. To największa liczba zatrudnionych w tym sektorze osób spośród wszystkich krajów Unii Europejskiej. Na Górnym Śląsku kopalnie są często głównym pracodawcą, dzięki nim utrzymują się całe rodziny, a praca w górnictwie ma charakter wielopokoleniowy. Tego społecznego kontekstu nie sposób nie brać pod uwagę, mówiąc o „wygaszaniu kopalń” czy rezygnacji z węgla.

Chociaż unijni dygnitarze zapewniają, że na zamortyzowanie kolosalnych kosztów znajdą się pieniądze, wciąż nie wiadomo, kto ma ponieść wydatki związane z zielonym ładem. Z tzw. Funduszu Sprawiedliwej Transformacji (FST) do Polski ma trafić w latach 2021–2027 na ten cel…2,5 mld euro. Do tego dojść mają środki wygospodarowane w ramach Polityki Spójności UE oraz z innych źródeł takich jak kredyty bankowe. Łącznie możemy uzyskać sumę około 100 mld zł, czyli około 25 mld euro. W świetle potrzeb i wyliczeń byłego ministra energii to kropla w morzu. Zważywszy na to, że znaczna część z tych pieniędzy pochodzić będzie ze środków unijnych, które w związku z tym nie trafią na inne, dużo istotniejsze dla polskiej gospodarki cele, trudno nie mieć do tych pomysłów zastrzeżeń. Kwota, jaką w ciągu najbliższych siedmiu lat zgromadzić ma FTS, to zaledwie 7,5 mld euro. Wydaje się zatem, że za górnolotnymi hasłami nie kryje się chęć realnego wsparcia finansowego dla zielonej transformacji. Bogate kraje Unii nie mają zamiaru sponsorować jej przeprowadzenia np. w Polsce, może się zatem okazać, że główny ciężar zeroemisyjnej gospodarki będziemy musieli ponieść sami.

Sztuczne windowanie cen energii

Od miesięcy w polskiej debacie pojawia się sprawa rosnących cen prądu. W przekazach dominuje narracja o zaniedbaniach rządu, który doprowadził do tego, że koszt energii może gwałtownie wzrosnąć. Rzadko kiedy dodaje się jednak szczegółową informację o tym, skąd tak naprawdę wziął się ów wzrost. Prawda jest taka, że nie odpowiada za niego polski rząd, tak jak to można wyinterpretować z medialnych przekazów. To wynik polityki klimatycznej Unii Europejskiej, której celem jest obłożenie zużycia energii pochodzącej z węgla jak najwyższymi ciężarami, bynajmniej nie jest to zatem mechanizm działania sił rynkowych.

W największym skrócie firmy, które emitują CO2 (np. producenci energii ale nie tylko) powyżej ustalonego poziomu zobowiązane są nabyć specjalne uprawnienia, którymi obrót jest ściśle regulowany przez Unię Europejską. Wpływa ona przede wszystkim na podaż uprawnień systematycznie ograniczając do nich dostęp, im mniej uprawnień tym ich cena jest wyższa. To zaś przekładać się powinno na koszt energii dla ostatecznych odbiorców, gospodarstw domowych i przedsiębiorstw. Ów system uderza również w podmioty, które działają w tzw. branżach wysokoemisyjnych takich jak produkcja cementu. One także zobowiązane są nabywać uprawnienia do emisji po przekroczeniu ustalonego limitu. To zaś sprawia, że ich konkurencyjność leci na łeb na szyję. Skutkiem może być tzw. ucieczka emisji czyli przeniesienie produkcji do krajów, w których takie ograniczenia jak w Unii Europejskiej nie obowiązują. To potężne niebezpieczeństwo dla polskiego przemysłu.

Do tego dochodzą obowiązujące od lat krajowe przepisy zakładające, że przedsiębiorstwa produkujące energię zobowiązane są przedstawić do umorzenia prezesowi URE odpowiednią ilość zielonych certyfikatów, potwierdzających wytworzenie energii ze źródeł odnawialnych. Jeśli ich nie posiadają zmuszone są je kupić, co także zwiększa koszt wytworzenia energii i finalnie przenosić się powinno na cenę dla ostatecznego odbiorcy. Celem tego mechanizmu jest zwiększenie udziału OZE w polskim miksie energetycznym, czego tak bardzo oczekują od nas w Brukseli.

Trzeba się postawić

Póki co Polska nie przyjęła na siebie zobowiązania do osiągnięcia neutralności emisyjnej netto do 2050 roku. Należy jednak pamiętać, że presja ze strony Unii Europejskiej nie osłabnie. Spodziewać trzeba się raczej różnego rodzaju nacisków, z finansowymi na czele. Jeśli nie ulegniemy, trudniej będzie o fundusze unijne wspierające faktyczny rozwój naszego kraju. Jeśli jednak poddamy się presji, w perspektywie lat możemy mieć poważne problemy z utrzymaniem przyzwoitego tempa wzrostu gospodarczego, nie mówiąc o kolosalnych kosztach, w pokryciu których możemy liczyć raczej na symboliczną pomoc Brukseli. Trzeba także pamiętać, że zielony ład może być i najpewniej będzie elementem wojny ideologicznej, a zatem jego konsekwencje będą znacznie wykraczać poza sferę wyłącznie ekonomiczną.

Komentarze

  • Maniek-Koń 2020-02-09 12:57:29
    0
     
    0

    Okropności lewicowej ideologii i cwaniaków - nierobów, którzy wykrawają, co się da z unijnego tortu

Uwaga, ta strona używa COOKIES.

Stosujemy je, aby ułatwić Tobie korzystanie z naszego serwisu. Pamiętaj, że w każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące COOKIES w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.

Zamknij