Próba przejęcia przez państwo jakiegokolwiek banku nie ma nic wspólnego z promowaniem polskiego interesu narodowego!

Krzysztof Budka
2020-01-26

Uzyskanie kontroli nad sektorem bankowym przez polityków jest zjawiskiem niepokojącym, ponieważ interesy polityków i interesy społeczeństwa niekoniecznie się pokrywają - mówi prof. Kazimierz Dadak. Rozmawiamy m.in. o niepokojącym trendzie upaństwawiania gospodarki, o tym czy państwo powinno przejąć mBank, wyroku w sprawie frankowiczów oraz dostępie do kapitału dla MŚP.

Próba przejęcia przez państwo jakiegokolwiek banku nie ma nic wspólnego z promowaniem polskiego interesu narodowego!

prof. Kazimierz Dadak/archiwum prywatne

Państwo systematycznie zwiększa swój udział w sektorze bankowym. Jak Pan ocenia ten kierunek?

Byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym mógł ten fakt ocenić jednoznacznie i w paru słowach. Z jednej strony dobrze się dzieje, że udział polskiego kapitału w sektorze bankowym wzrasta, ale z drugiej strony niepokojący jest trend do upaństwawiania tej branży w szczególe i całej gospodarki w ogóle. Bez wątpienia, posiadanie przez polski kapitał daleko idącej kontroli nad systemem finansowym jest korzystne. Na przykład podczas apogeum kryzysu w strefie euro zagraniczni właściciele banków działających w Polsce transferowali cały dochód czysty do swoich central, czyli jasno powiedzieli, że interes naszego kraju jest dla nich na drugim planie.

Istotnym elementem tej sprawy jest to, że akcje banków są wypuszczane na warszawskiej giełdzie, ale obcy właściciel zachowuje pakiet większościowy. Biorąc pod uwagę, że w Polsce ochrona inwestorów mniejszościowych jest nikła, to taki stan rzeczy pozwala na podejmowanie decyzji krzywdzących inwestorów mniejszościowych, czyli Polaków. Majątek polskiego banku-córki może być przekazany za granicę poniżej jego realnej wartości, czyli ze szkodą dla polskich interesów. W przeszłości mieliśmy do czynienia z transakcjami, które wzbudzały takie podejrzenia.

Niemniej, uzyskanie kontroli nad sektorem bankowym przez polityków jest zjawiskiem niepokojącym, ponieważ interesy polityków i interesy społeczeństwa niekoniecznie się pokrywają. Z tego powodu powszechnie uważa się na przykład, że bank centralny powinien posiadać duży zakres niezależności od władz, szczególnie od władzy wykonawczej i to samo winno dotyczyć bankowości komercyjnej. Wypada podkreślić, że w ostatecznym rachunku korzyści i straty (bo takie też mogą być) wynikające z „repolonizacji” gospodarki ponosi podatnik. Państwo nie wydaje pieniędzy wirtualnych, tylko właśnie pieniądze podatnika. Doświadczenia wielu krajów pokazują, że władza, jeśli tego potrzebuje, bez żenady sięga po środki będące w rękach banków. Co gorsze, kłopoty sektora bankowego mają wielki ujemny wpływ na całą gospodarkę, więc w skrajnym przypadku w wyniku nieefektywnego zarządzania bankami przez polityków może dojść do poważnego kryzysu.

Trzeba pamiętać, że w bankach podejmowane są decyzje o tym, komu i na jakich warunkach udzielany jest kredyt, stąd różne pokusy o charakterze korupcyjnym. Co więcej, bez kredytu nie może działać żadne większe przedsiębiorstwo, więc istnieje możliwość działań na szkodę firm, których szefowie nie popierają partii będącej właśnie u władzy.

Nadzwyczaj istotną sprawą dotyczącą nie tylko banków, ale wszystkich przedsiębiorstw, w których skarb państwa ma poważniejsze udziały, jest dobór rad nadzorczych i zarządu. Nie jest tajemnicą, że wielu dyrektorów pochodzi z nadania politycznego, co niekoniecznie oznacza, że firmy są zarządzane tak efektywnie, jak to jest możliwe. Gdyby w Polsce rady nadzorcze były wybierane tak jak to ma miejsce na przykład w przypadku norweskiego Equinoru (uprzednia nazwa Statoil), w którym to koncernie przytłaczającą większość rady nadzorczej stanowią osoby, z jednej strony całkowicie niezależne od polityków, a z drugiej o znakomitych kwalifikacjach (z tego powodu dyrektorami są także obcokrajowcy), wówczas moje zastrzeżenia co do upaństwawiania gospodarki byłyby mniejsze, ale niestety jeszcze nie wypracowaliśmy tego typu mechanizmów.

Ponownie chciałbym podkreślić, że w ostatecznym obrachunku w przypadku nieefektywnego zarządzania przedsiębiorstwami z udziałem skarbu państwa stratny nie jest premier, minister, czy też inny polityk, ale stratny jest każdy obywatel, każdy podatnik.

Do wzięcia jest mBank. Pańskim zdaniem powinien on zostań przejęty przez któryś z podmiotów będących pod kontrolą państwa?

Zanim odpowiem na to pytanie, chciałbym poruszyć sprawę, która w moim pojęciu jest kluczowa w przypadku wszystkich tego typu decyzji – kwestię interesu narodowego. W USA – i nie tylko – podstawowym zadaniem rządu jest obrona interesu narodowego. Władze mają tak działać, żeby powiększać potęgę i znaczenie kraju, a także maksymalizować stopę życiową ludności. Działanie te niewiele mają wspólnego ze świadczeniem uprzejmości obcym interesom. Mówiąc bez ogródek, celem obrony interesu narodowego państwo stosuje wszystkie chwyty, na jakie może sobie w danym momencie pozwolić.

Działające w Polsce banki komercyjne – nie mówię o bankowości spółdzielczej – do niedawna w zdecydowanej większości były kontrolowane przez obce interesy, których działalność w niektórych przypadkach miała niewiele wspólnego z naszym interesem narodowym. Najlepszymi tego przykładami w przypadku klientów indywidualnych są pożyczki hipoteczne denominowane we frankach szwajcarskich, zaś w przypadku firm były opcje walutowe. Za szkody dla naszego interesu narodowego, które wynikły z tej działalności, obce interesy nie poniosły żadnych konsekwencji, a powinny były. Rząd amerykański na cofnął się przed nałożeniem ogromnych kar – wielkie banki w sumie zapłaciły resortowi finansów sto kilkadziesiąt miliardów dolarów tytułem kar za działania, które doprowadziły do kryzysu z roku 2008.

Dlatego uważam, że polityka „repolonizacji” banków jest błędna z tego powodu, że najpierw powinna była być rozwiązana sprawa „frankowiczów”. Banki, które udzielały kredyty frankowe winny były ponieść koszty związane z naprawą krzywdy wyrządzonej polskim pożyczkobiorcom. Mówiąc bez owijania w bawełnę, najpierw należało rozwiązać sprawę frankowiczów, w wyniku czego na pewno spadłyby kursy akcji banków na giełdzie, a potem korzystając z bessy je przejmować. Natomiast to, co się obecnie dzieje, to jest w praktyce wybawianie z kłopotów obcych interesów kosztem podatnika, czego najlepszym przykładem jest Alior Bank. Kontrolowane przez państwo PZU kupiło udziały w tym banku płacąc 89,25 zł za akcję, pod koniec 2019 roku akcje te były warte poniżej 27 zł, czyli podatnik stracił ponad dwie trzecie z zainwestowanych 1,6 mld. Inne wielkie przejęcie dokonane przez PZU, kupno PEKAO SA też trudno uznać za oszałamiający sukces. Za jedną akcję zapłacono 123 zł, dziś jest ona warta o około 10 zł mniej. W tych przypadkach straty podatnika są widoczne gołym okiem, ponieważ akcje tych banków są notowane na giełdzie, natomiast nie jest łatwe do określenia, czy na przykład przejęcie Nordea Bank Polska przez PKO BP przyniosło rodzimemu podatnikowi zyski, czy straty, ponieważ przejęto 100 proc. udziałów i akcje Nordea nie są notowane na GPW.

Tak więc moja ocena procesu przejmowania kontroli nad sektorem bankowym jest, mówiąc oględnie, dość pesymistyczna. W istocie rzeczy nie widzę strategii w tym działaniu. Nabywanie banków przed „wyczyszczeniem” ich portfela pożyczek, na przykład z kredytów we frankach, jest kupowaniem kota w worku – przypadek Alior Banku jest tu drastycznym przykładem.

W tym miejscu wypada podkreślić, że polskie władze mają inne możliwości powiększania naszego udziału w sektorze bankowym, na przykład poprzez rozszerzanie działalności banków już będących w polskich rękach. Szczególnie dotyczy to instytucji, która powinna być potentatem na tym rynku – Poczty Polskiej. Instytucja ta posiada bank, Bank Pocztowy, o którego istnieniu mało kto ma pojęcie, mimo tego, że teoretycznie posiada on największą sieć placówek bankowych w Polsce. Ośmielę się postawić hipotezę, że dokapitalizowanie tego banku ze źródeł publicznych przyniosłoby polskiemu podatnikowi korzyści bez porównania większe od nabywania banków będących w tarapatach.

Postawny zatem kropkę nad „i” – uważam, że w obecnych warunkach kupowanie jakiegokolwiek banku – szczególnie takiego, w którym pożyczki denominowane we frankach stanowią nieproporcjonalnie wysoki udział – za przedsięwzięcie nie mające nic wspólnego z promowaniem polskiego interesu narodowego.

Wypada także zwrócić uwagę na fakt, że z danych KNF wynika, iż na koniec 2018 r. banki komercyjne notowane na giełdzie, w których państwo ma decydujący głos (PKO BP, PEKAO SA i Alior) kontrolowały ponad 31 proc. wszystkich aktywów tego sektora i przejęcie mBanku przez podmiot kontrolowany przez państwo podniosłoby ten udział do prawie 39 proc. Już 31 proc. rodzi obawy monopolizacji – mamy do czynienia z jednym podmiotem, który kontroluje procesy decyzyjne w kluczowych instytucjach tej branży – a co dopiero 39 proc. (plus wspomniany Bank Pocztowy, który nie wypuścił akcji na giełdę). Monopolizacja nie wróży nic dobrego klientom banków, szczególnie klientom indywidualnym i małym przedsiębiorstwom. Poza tym, wracając do podstawowej sprawy interesu narodowego, cel ten także jest osiągany przez ekspansję na rynki obce. Jest dla mnie wielką tajemnicą, dlaczego po krachu z 2008 r. PKO BP nie wszedł na rynek amerykański czy irlandzki. Banki w tych krajach były bardzo osłabione, w USA także można było przejąć mniejsze banki prawie za darmo. Dodajmy, że w obu krajach mieszka sporo Polaków, stąd też istnieje tam duża baza potencjalnych klientów. Podobnie, korzystając z bardzo dobrych stosunków z Węgrami, należałoby rozpatrzyć możliwości wejścia na ten rynek. W sumie jestem zaskoczony zaściankowością myślenia rodzimych elit.

Bankowcy skarżą się, że nadmierne obciążenia regulacyjne i podatkowe skutkują zmniejszeniem akcji kredytowej dla przedsiębiorstw. Zgadza się Pan z tą tezą?

Przypuszczam, że skargi na nadmierne regulacje prawne są wynikiem tego, że przez całe dziesięciolecia sektor ten cieszył się niezwykłymi przywilejami. Pozwolę sobie przypomnieć bankowy tytuł egzekucyjny, w ramach którego banki miały praktycznie nieograniczone możliwości dochodzenia należności. Ustawa z roku 1997, uchwalona gdy wicepremier Leszek Balcerowicz miał decydujący głos w sprawach gospodarczych, postawiła relacje bank – klient banku w podobnej sytuacji, jaka panowała w czasach feudalnych pomiędzy panem i chłopem pańszczyźnianym. Jest dla mnie całkowicie niezrozumiałe, jak ten stan rzeczy mógł trwać przez niemal 20 lat. Niewątpliwym faktem jest to, że cała branża finansowa, włącznie z towarzystwami ubezpieczeniowymi, jest obłożona nadzwyczaj wysoką daniną. Podatek od niektórych aktywów – jest więc niezależny od rentowności – w ustawowej wysokości 0,44 proc. nie ma precedensu w świecie, tym bardziej że przychody z tej daniny nie są przeznaczane na potrzeby samej branży (na przykład na fundusz rezerwowy), tylko finansowanie programów społecznych. Niemniej trzeba zauważyć, że rentowność banków nie ucierpiała w wyniku tego obciążenia, ROA (wynik netto do przeciętnego poziomu aktywów) i ROE (wynik netto do średniej wartości funduszów własnych) nie uległy zasadniczej obniżce w stosunku do okresu sprzed stycznia 2016 r. Można zatem wnioskować, że pomimo zapewnień przedstawicieli branży i rządu, banki zdołały przerzucić lwią część tego podatku na klientów. Natomiast sama istota podatku (nie są nim obłożone posiadane przez banki obligacje skarbu państwa) wymusiła zmianę w zakresie struktury posiadanego portfela pożyczek, ponieważ obecnie bardziej opłaca się nabywać papiery rządowe. Ogólnie rzecz biorąc, na całym świecie banki wolą kupować obligacje rządowe, ponieważ niosą one ze sobą dużo niższy poziom ryzyka. Natomiast w Polsce ten trend jest jeszcze wzmocniony poprzez system podatkowy. Inaczej mówiąc, aby banki były zainteresowane udzielaniem pożyczek prywatnym przedsiębiorstwom, firmy musza być skłonne płacić stosunkowo wysokie oprocentowanie. Stopa procentowa jest podstawowym czynnikiem determinującym poziom inwestycji, stąd trudno oczekiwać spełnienia się podstawowego celu rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, jakim jest istotne podniesienie stopy inwestycji. Skoro tempo inwestycji nie wzrasta, to tym samym na długą metę nie można oczekiwać poważnego przyspieszenia wzrostu PKB i poprawy stopy życiowej ludności.

Jak ocenia Pan słynny wyrok TSUE w sprawie kredytów frankowych?

Patrząc na tę sprawę z oddali odczuwam, mówiąc delikatnie, wielki niedosyt. Moim zdaniem polskie państwo uciekło od odpowiedzialności, nie zdobyło się na to, aby rozwiązać tę sprawę we własnym zakresie i tym samym wykazało swą wielką niemoc. Ani władza ustawodawcza, która przecież w Polsce tak jak i innych demokracjach parlamentarnych jest silnie powiązana z władzą wykonawczą, ani władza sądownicza nie stanęły na wysokości zadania, po prostu umyły ręce. Tym sposobem, zamiast umacniać polską suwerenność, z własnej i nieprzymuszonej woli poddaliśmy się pod kontrolę TSUE. Na przykład w Słowenii sądy zdołały uporać się z podobnym zadaniem, o USA nie wspomnę, bo tutaj jest nie do pomyślenia, żeby Sąd Najwyższy zasięgał opinii jakiegoś zewnętrznego ciała, czyli wszem i wobec obwieścił, że w danej sprawie nie jest kompetentny.

To, że władze ustawodawcze zepchnęły rozwiązanie tego kłopotu na sądy, jest doskonałym przykładem uprzywilejowanej pozycji sektora bankowego. Problemu nie rozwiązano całościowo, czyli zwykły obywatel musi dochodzić swych racji poprzez wejście na kosztowną drogę sądową. W tej sytuacji mamy do czynienia z ogromną dysproporcją sił i środków. Banki mają w swej dyspozycji ogromne zasoby finansowe i dzięki temu są w stanie wynająć najlepsze kancelarie prawnicze, co przeciętnego frankowicza stawia w trudnej sytuacji. Inaczej mówiąc, pożyczkobiorcę obciążono kosztem i ryzykiem dochodzenia swych praw. W sumie, wyrok TSUE poprawił sytuację frankowiczów, ale nie stanowi przełomu. Głównym wygranym będą kancelarie prawnicze.

Takiego rozwoju sytuacji można było oczekiwać, właśnie z powodu „repolonizacji” banków. Koszty związane z załatwieniem sprawy frankowiczów, tak jak wszystkie inne straty ponoszone przez banki spadają na barki właścicieli, co przejawia się poprzez spadki cen akcji, o czym dobitnie świadczy przypadek Alior Banku. Zatem, trudno było oczekiwać, że władza będzie sobie strzelać w kolano – nie ma zamiaru obarczać kosztem rozwiązania kwestii frankowiczów banki i tym samym przyznawać, że wybawiła z kłopotu zagranicznych inwestorów kosztem rodzimego podatnika.

W polskich warunkach rynek kapitałowy w dalszym ciągu odgrywa marginalną rolą w finansowaniu gospodarki, czemu tak jest?

To temat rzeka, więc siłą rzeczy nakreślę tylko kilka spraw. Podstawową sprawą jest oczywiście to, że w Polsce kapitału nie jest dużo. Kapitał nie spada z nieba, ale jest wynikiem ciężkiej pracy całych pokoleń. Zabory, I wojna światowa i potem wojna z bolszewikami spowodowały, że odrodzona Polska cierpiała na ogromny deficyt kapitału. Wielki Kryzys i w końcu II wojna światowa nie poprawiły sytuacji w tym zakresie. W minionej epoce, pomimo wspierania imperializmu rosyjskiego i marnotrawstwa władzy komunistycznej, społeczeństwo polskie – podkreślam społeczeństwo, a nie władze PZPR – wypracowało spory kapitał. Niestety, wielka część tego dorobku została utracona w trakcie transformacji, część sprzedano za niewielkie pieniądze, duża cześć po prostu uległa zniszczeniu na skutek terapii wstrząsowej, a niemała część przekazana przedstawicielom strony rządowej w ramach „uwłaszczania nomenklatury” została przez nich po prostu zmarnowana. Niestety, nie widzę większych możliwości drastycznej odmiany w tym zakresie, czemu winne są kolejne władze.

Podstawowym elementem przy podejmowaniu decyzji o oszczędzaniu jest pewność co do stabilności państwa, ram prawnych i instytucji, w których mam umieścić me oszczędności. Fakt, że Polska musiała zwrócić się do TSUE celem pomocy w rozwiązaniu sprawy frankowiczów nie wzmacnia poczucia, że nasze państwa jest mocne, stabilne i dba o interes zwykłego człowieka.

Jeszcze gorzej mają się sprawy w zakresie stabilności prawa. Wielokrotnie krytycznie wyrażałem się o Otwartych Funduszach Emerytalnych, ale to nie znaczy, że sam pomysł był zły, tylko że jego realizacja była fatalna. Zamiast zreformować OFE, władze postanowiły wylać dziecko z kąpielą i zlikwidować całe przedsięwzięcie! Jak musi czuć się obywatel, który najpierw musiał płacić ciężki haracz instytucjom finansowym za miraż emerytury pod palmami, a potem dowiaduje się, że cały ten majątek ma mu być zabrany i w zamian za to otrzymuje mglistą obietnicę wyższej „zusowskiej” emerytury?

Owszem, pracownicze plany kapitałowe to jest dobry pomysł, tylko ile osób zaryzykuje inwestowanie w nie? Każdy musi sobie zdawać sprawę z zagrożenia, że kiedyś po „dobrej zmianie” przyjdzie jakaś „zła zmiana”, która w ramach niszczenia tego, co zrobili ich poprzednicy, postanowi zmienić warunki funkcjonowania lub wręcz zlikwiduje PPK. To, iż wkłady w PPK są bardziej pewne, że w przeciwieństwie od OFE stanowią własność obywatela, niewiele tu zmienia, bo prawo można zmienić. Po wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie OFE z 2015 r. którego wolę nie komentować, rząd mógł pójść w przeciwnym kierunku, zamiast likwidować OFE zmienić prawo i nadać obywatelom prawo własności kont w OFE. Ale na krótką metę wygodniej było je całkiem zlikwidować, mimo tego że w USA równolegle funkcjonują i odpowiedniki OFE i PPK. Zaufanie burzy się szybko, ale jego odzyskiwanie to jest długotrwały proces.

Z kolei likwidacja OFE, moim zdaniem, miała ujemny wpływ na poziom indeksów giełdowych, ponieważ ogromne coroczne wpłaty do OFE były częściowo właśnie tam kierowane. Jeśli popatrzymy na notowania WIG20, to oczywiste jest, że w trakcie ostatniej dekady, przeciętnie rzecz biorąc, kupno akcji przyniosło straty. Na przykład, 30 grudnia 2009 r. wartość tego indeksu wyniosła 2388, dziś jest na poziomie o 150 punktów niższym. Nie ma kryzysu, wręcz przeciwnie, gospodarka dobrze się rozwija, a tu bessa. Zatem po co oszczędzać, kupując akcje, skoro strata jest gwarantowana. Dla porównania, w tym samym czasie amerykański indeks Standard & Poor’s 500 wzrósł prawie trzykrotnie, giełda sztokholmska wzrosła o ponad 80%, a amsterdamska o ponad 70%.

Alternatywą dla akcji są na przykład depozyty bankowe, ale te oferują bardzo niskie oprocentowanie. Można domniemywać, że wspomniany powyżej proces koncentracji, by nie powiedzieć monopolizacji tej branży, przyczynia się do tego stanu rzeczy. Ponownie, rzućmy okiem na raporty KNF za rok 2016 i 2018, znajdziemy w nich, że w latach 2016-2018 banki zanotowały lepszy wynik odsetkowy niż w latach 2014-2015, czyli że w ostatnich latach widełki pomiędzy oprocentowaniem płaconym za wkłady, a oprocentowaniem pobieranym od klientów były większe niż przed wprowadzeniem podatku bankowego.

Ogólnie rzecz biorąc, kapitał gromadzi się w wyniku wieloletniego oszczędzania. Każdy obywatel stoi przed wyborem: albo konsumuję, ale oszczędzam. Aby zachęcić obywatela do odkładania konsumpcji w przyszłość, czyli do oszczędzania, musi mu się zaproponować godziwą stopę przychodu z oszczędności, a takiej w Polsce nie ma. Skoro nie ma oszczędności, a zatem kapitału, to tym samym rynki finansowe są płytkie i nie są w stanie spełniać roli, jaką by przedsiębiorstwa i poszczególni ludzie od nich oczekiwali.

Innym czynnikiem powodującym uwiąd rynków finansowych jest podatek bankowy, który bankom dostarcza ogromny bodziec do kupowania obligacji rządowych, czyli do udzielania pożyczek sektorowi publicznemu, a nie sektorowi prywatnemu.

Trzeba też podkreślić, że masowa prywatyzacja z udziałem kapitału obcego – tak ochoczo forsowana przez Leszka Balcerowicza – uczyniła z Polski wielkiego dłużnika, na koniec 2018 r. nasza międzynarodowa pozycja inwestycyjna netto wyniosła minus 1 179 miliardów złotych (czyli minus 314 mld USD, minus 274 mld euro). Mówiąc inaczej, każdy obywatel Polski jest winien podmiotom obcym prawie 31 tys. złotych, a w przeliczeniu na USD i euro, odpowiednio, ponad 8 200 i ponad 7 200. Z tego tytułu jesteśmy „eksporterem” kapitału, jak podano w Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju zagraniczne podmioty transferują do swoich central dywidendy, oprocentowanie i inne opłaty w wysokości 95 mld zł rocznie.

Coraz więcej mówi się o tym, że w finansowanie polskich firm, np. poprzez zakup akcji firm notowanych na GPW, powinien włączyć się NBP. Popiera Pan ten pomysł?

Do tego typu pogłosek odnoszę się ze zdumieniem, by nie powiedzieć z wielkimi obawami. Tym bardziej, że pochodzą one od osób, które powinny posiadać elementarną wiedzę z zakresu ekonomii. Działalność banku centralnego nie ma nic wspólnego z działalnością banku komercyjnego i z tego powodu bank centralny nie ma żadnego doświadczenia i wiedzy z zakresu, na przykład, udzielania pożyczek przedsiębiorstwom i osobom, a tym bardziej w najbardziej ryzykownej dziedzinie jaką jest inwestowanie w papieru udziałowe. Na całym świecie uważa się, że zadaniem banku centralnego jest dbałość o sprawy „makro”: prowadzenie polityki pieniężnej i zapewnienie stabilności systemu finansowego, a bywa i całej gospodarki. W Polsce ustawa o NBP stawia przed nim tylko jedno zasadnicze zadanie, dbałość o stabilność cen. Od lat krytykuję to podejście, uważam, że dużo lepszym rozwiązaniem jest system amerykański, w którym bank centralny ma za zadanie spełnienie dwu celów na raz, utrzymanie inflacji na niskim poziomie i zapewnienie pełnego zatrudnienia, ale to absolutnie nie ma nic wspólnego z nabywaniem akcji przedsiębiorstw.

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo systemu finansowego – widzieliśmy to podczas ostatniego kryzysu w USA i w strefie euro – bank centralny spełnia rolę „pożyczkodawcy ostatniego ratunku”. Banki komercyjne nieustannie udzielają sobie nawzajem pożyczek, ale w czasie poważnego kryzysu, gdy ryzyko związane z udzielaniem kredytu jest bardzo wysokie, banki mają kłopoty z utrzymaniem właściwego stopnia, mówiąc fachowo, „płynności” i masowo zwracają się do banku centralnego o pomoc (refinansowanie). Zatem bank centralny to musi być instytucja odporna na wszelkie wstrząsy, wszystkie inne banki mogą być w kłopotach, ale nie bank centralny, jego aktywa muszą być pewne i z tego względu w „zwykłych warunkach” banki centralne nabywają wyłącznie papiery wartościowe wypuszczane przez rządy.

Jedynie w przypadku ciężkiego kryzysu, jak to miało miejsce ostatnio, w ramach tak zwanego luzowania ilościowego banki centralne zaczęły kupować inne papiery wartościowe, niemniej były to wyłącznie papiery dłużne, które na mocy definicji mają niższy poziom ryzyka niż kapitał udziałowy, ponieważ w przypadku bankructwa roszczenia wierzycieli są zaspokajane przed zaspokojeniem roszczeń udziałowców. Na przykład, w USA Fed kupował obligacje mające pokrycie w pożyczkach hipotecznych udzielonych przez federalne instytucje ustanowione przez Kongres, FHLMC – potocznie zwany Freddie Mac, FNMA (Fannie Mae) i GNMA (Ginnie Mae), czyli praktycznie mające gwarancje skarbu państwa, a zatem niemal tak pewne jak obligacje rządu USA. Podobnie, w euro strefie, narodowe banki centralne będące członkami ECB (ale już rzadko sam ECB) udzielają pożyczek pod zastaw najwyższej jakości papierów dłużnych, czyli o minimalny ryzyku.

Trzeba przypomnieć, że załamanie się amerykańskiego systemu finansowego i krach z roku 2008 były we niemałym stopniu wynikiem zmian w prawodawstwie. Przez całe dziesięciolecia amerykańskie banki komercyjne, czyli takie, które mają prawo przyjmowania depozytów, na mocy ustawy Glass-Steagall’a nie miały prawa nabywania akcji, ponieważ, jak wspomniałem wyżej, w porównaniu z długiem kapitał udziałowy niesie w sobie znacznie większe ryzyko. Przez cały okres obowiązywania tej ustawy amerykańska branża bankowa była bardzo stabilna. Dopiero pod koniec ubiegłego stulecia zmieniono prawo i banki, celem zwiększenia swej rentowności, zaczęły kupować akcje. Skutkiem tego, w chwili kryzysu, wartość ich aktywów topniała w błyskawicznym tempie nie tylko z powodu wzrostu niewypłacalności osób i instytucji, które zaciągnęły pożyczki hipoteczne, ale także na skutek błyskawicznego spadku wartości posiadanych przez nie akcji. Wysokość strat poniesiona na portfelu pożyczek hipotecznych i portfelu akcji szybko przekroczyła wysokość własnych funduszów i praktycznie cały sektor bankowy stał się niewypłacalny.

Podkreślmy jeszcze raz, posiadanie akcji czyni banki mniej odporne na wstrząsy, ponieważ w chwilach paniki ceny akcji błyskawicznie spadają. Zatem, gdy NBP będzie posiadać spory portfel akcji, to ten bank może stać się przyczyną kryzysu systemu finansowego. Mówiąc wprost, propozycja ta z banku centralnego – instytucji, która ma być niewzruszonym filarem całego systemu finansowego – czyni potencjalną genezę kryzysu tego systemu. To nie jest jakaś zabawa z zapałkami, to jest dłubanie przy bombie atomowej, co może skończyć się nie tylko upadkiem całego polskiego system finansowego, a co za tym idzie całej gospodarki.

 

Kazimierz Dadak
Profesor ekonomii w Hollins University w USA. Prowadzi wykłady z finansów korporacyjnych, inwestycji, finansów międzynarodowych i zarządzania strategicznego. Jest specjalistą w zakresie transformacji gospodarczej i politycznej Europy Środkowo-Wschodniej, europejskiej integracji gospodarczej, historii gospodarczej Polski, giełdy oraz katolickiego nauczania społecznego. Jego prace ukazywały się w The Wall Street Journal, Contemporary European History, Journal of Economic Issues, Panoeconomicus, The Cato Journal, The Independent Review, Kraków International Studies, Review of Business, Warsaw East European Review, Międzynarodowym Przeglądzie Politycznym, Arcanach, Ethosie i Kontakcie. Publikował również w tygodnikach Gazeta Polska oraz Idziemy.

Komentarze

Uwaga, ta strona używa COOKIES.

Stosujemy je, aby ułatwić Tobie korzystanie z naszego serwisu. Pamiętaj, że w każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące COOKIES w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.

Zamknij