Wojna o płacę minimalną

Kamil Goral
2019-10-09

Proponowany wzrost płacy minimalnej do 4000 zł na koniec 2023 roku zapowiedziany przez PiS wywołał falę komentarzy. Przez większość mediów przelała się rzeka katastroficznych wizji, zgodnie z którymi Polskę czeka wzrost bezrobocia, inflacja i upadłość niezliczonej masy firm.

Wojna o płacę minimalną

Obraz odmalowywany w tak czarnych barwach przemawia do wyobraźni, szczególnie kiedy jest wygłaszany z takim przekonaniem i pewnością. Mniej więcej to samo działo się przed czterema laty, kiedy PiS przeszedł od słów do czynów i rozpoczął przygotowania do uruchomienia wypłat z programu „Rodzina 500+”. Pieniędzy wystarczyć miało na ten cel nie dłużej niż na rok. W kolejnych zaś latach – według tych scenariuszy – dojść miało do katastrofy finansów publicznych, z deficytem na poziomie 100 miliardów złotych. Przewidywano, że w konsekwencji Polska straci wiarygodność na międzynarodowych rynkach finansowych, rentowność obligacji podskoczy do zawrotnych poziomów, a złoty zleci na łeb na szyję. Nic z tego się oczywiście nie wydarzyło. No to teraz chłopcem do bicia jest płaca minimalna – czego nie zrobiło „pińcest plus”, dopełni właśnie podniesienie wysokości najniższego wynagrodzenia.

Przeciwnicy tego rozwiązania przekonują, że Polacy nie pracują na tyle wydajnie, aby ich zarobki mogły wzrosnąć tak drastycznie. Pracodawców nie stać na pensje, o których mówi PiS, a zatem będą zmuszeni lawinowo zwalniać z pracy, aby utrzymać biznes. Dodatkowo wzrost wynagrodzeń podziała jako silny impuls proinflacyjny, uderzając po kieszeniach konsumentów. Szybująca inflacja powiększy, i tak już dotkliwy, wzrost cen. W efekcie realnie płace wcale nie wzrosną, zostaną bowiem pochłonięte przez rozszalałą drożyznę. Jedynym, który skorzysta, będzie budżet państwa, bo to państwową kasę zasilą wyższe podatki naliczane od rosnących pensji, większy popyt także wpłynie dobrze na centralną kasę. To on bowiem napędza wpływy z podatków pośrednich, czyli VAT i akcyzy. Plusów zatem praktycznie nie ma. Jedyne, co zostanie po wprowadzeniu planów PiS, to spalona ziemia, nawet pracownicy na tym nie skorzystają poprzez grasującą inflację.

Druga strona medalu

Powyższa narracja jest niemal dogmatem w gospodarczych analizach pojawiających się w mediach głównego nurtu. Wszystko w niej wydaje się trzymać kupy. Dodatkowo wygłaszają ją tuzy polskiej ekonomii, więc nic tylko słuchać i odliczać dni do nadchodzącej katastrofy. Tymczasem na sprawę warto spojrzeć także trochę inaczej.

Po pierwsze, udział płac w polskim PKB jest jednym z najniższych w Unii Europejskiej. W naszym kraju udział wynagrodzeń w wartości wytworzonej przed jednego pracownika wynosi 48 proc. Gorzej od nas wypadają tylko cztery kraje Wspólnoty – takie dane podaje Komisja Europejska. Oznacza to, że pod tym względem jest u nas po prostu fatalnie, tyle że dotychczas mało kto zwracał na to uwagę. Dominanta wynagrodzeń w naszym kraju, jaką oszacować można na podstawie danych GUS, nie przekracza 2500 zł brutto. Wynika z tego, że najczęściej Polacy nie otrzymują na rękę pensji większej niż 2000 zł. Mediana to zaś około 3800 zł, czyli wyraźnie poniżej 3000 zł do ręki. Z takimi pensjami wciąż bardzo daleko nam do europejskich standardów, o jakich tak lubią mówić przeciwnicy rządu.

Po drugie, trzeba mieć również na uwadze, że niewysokie wynagrodzenia sprzyjają utrwalaniu niekorzystnych tendencji w polskiej gospodarce. Jedną z nich jest niski poziom robotyzacji i automatyzacji. W tej konkurencji wypadamy dużo gorzej nawet niż kraje naszego regionu, takie jak Węgry czy Czechy. A właśnie w tę stronę zmierza dziś nowoczesna gospodarka. Firmom natomiast często nie opłaca się ponosić dodatkowych kosztów, wolą bowiem zatrudniać nisko opłacanych pracowników, niż zainwestować w nowoczesny park maszynowy podnoszący efektywność produkcji. Na dłuższą metę to kula u nogi polskiego wzrostu, niska wydajność pracy nie bierze się z tego, że mało i źle pracujemy, tylko z tego, że nie mamy do dyspozycji takich samych narzędzi jak inni. Pytanie zatem brzmi, czy chcemy być rezerwuarem taniej siły roboczej, czy zależy nam, aby konkurować innymi czynnikami dającymi przewagę w nowoczesnym biznesie?

Płace i tak powinny rosnąć

Obecnie stopa bezrobocia lekko przekracza 5 proc. Nie brakuje branż, w których znalezienie pracownika to nie lada wyczyn. W budowlance czy handlu firmy prześcigają się w zachętach, aby przyciągnąć ludzi gotowych podjąć zatrudnienie. Za polecenie pracownika można otrzymać bonus finansowy. W tych okolicznościach pensje i tak powinny rosnąć i w wielu przypadkach rosną. Nie zapominajmy również o tym, że zagranicą pracuje kilka milionów naszych rodaków, którzy na początku XXI wieku opuścili Polskę, szukając lepszego życia w Wielkiej Brytanii czy Niemczech. Teraz nadarza się wyjątkowa okazja, aby zachęcić ich do powrotu. Wzrost płac bez wątpienia może być tutaj decydujący. Jeśli teraz nie zaczną wracać, być może wielu z nich na stałe nie wróci do Polski już nigdy.

Niskie płace w Polsce mają także inną, bardzo poważną konsekwencję. Jest nią problem niskich emerytur. Od momentu kiedy w Polsce obowiązuje zasada zdefiniowanej składki, nasze świadczenia na starość zależeć będą od tego, jaki zgromadzimy kapitał. Im mniej zarabiamy, tym mniej odłożymy na przyszłość. Zauważmy przy tym, że dominanta wynagrodzeń to niespełna 2,5 tys. zł brutto. W wielu przypadkach może to być efekt szarej strefy, czyli przekazywania pensji minimalnej legalnie, a pozostałej części wynagrodzenia pod stołem, tak aby nie płacić wyższych składek. Emerytury, jakie będą wypłacane od takich pensji, mogą nie wystarczyć na przetrwane, nie mówiąc już o godnym życiu w jesieni życia.

Ważny temat

Wszystko to pokazuje, że temat płacy minimalnej to jedno z istotniejszych zagadnień gospodarczych. Chodzi nie tylko o samą wysokość pensji, ale także o konsekwencje, jakie ich wzrost może mieć dla polskiego wzrostu gospodarczego. Wbrew zaciętej narracji krytyków rozwiązania proponowanego przez PiS, może okazać się, że te konsekwencje będą pozytywne. System wzrostu oparty o mechanizm niskich płac jako głównego źródła konkurencyjności naszej gospodarki powinien czym prędzej odejść do lamusa. W tym momencie potrzebujemy silnych impulsów proinwestycyjnych, niskie pensje są tutaj poważną blokadą. Zmiany wymaga także system kształcenia, firmy pewnie będą gotowe płacić więcej, potrzebują jednak wykwalifikowanych kadr. Chodzi o ludzi z odpowiednimi umiejętnościami i kulturą pracy. Teraz z takimi pracownikami jest bardzo poważny problem.

Pozostaje mieć nadzieję, że wzrostowi wynagrodzeń towarzyszyć będę strukturalne reformy, które poprawią sytuację na polskim rynku pracy. Chodzi o takie kwestie jak powszechność kształcenia ustawicznego czy zmiana w podejściu do szkolnictwa zawodowego, bardzo ważnego dla wielu branż, m.in. budownictwa i przemysłu.

Uwaga, ta strona używa COOKIES.

Stosujemy je, aby ułatwić Tobie korzystanie z naszego serwisu. Pamiętaj, że w każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące COOKIES w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.

Zamknij