Fot. Instytut Pamięci Narodowej

10 kwietnia 2010 roku miał Pan lecieć razem z polską delegacją do Smoleńska…

Zgadza się, miałem zaproszenie do salonki prezydenckiej. Nie poleciałem i to uratowało mi życie. Bardzo prosiła mnie wtedy o to, żebym poleciał, pani Bożena Łojek, założycielka Komitetu Katyńskiego w Warszawie i współpracownica Instytutu Katyńskiego. Nie najlepiej się wtedy czułem, byłem przeziębiony. Pamiętam, że zajmowałem się wówczas pracami związanymi z Muzeum Katyńskim w Warszawie, krążyłem między Krakowem a Warszawą. Bożena nie dawała jednak za wygraną. Zadzwoniła drugi raz i powiedziała, że prezydent Lech Kaczyński bardzo zaprasza, że gdyby była potrzeba, to oczywiście będzie też lekarz i będzie o mnie dbał, że jest dla mnie miejsce w salonce prezydenckiej. Mam jednak taki charakter, że nie lubię nikomu sprawiać najmniejszego kłopotu swoją osobą. Dodatkowo przeleciała mi przez głowę irracjonalna wtedy myśl, że w tym stanie przeziębienia, cały ze Smoleńska do Polski nie wrócę. Prawdą jest też to, że ze względu na stan zdrowia mojej żony staram się nigdzie nie wyjeżdżać. No i nie poleciałem, mimo zaproszenia od samego prezydenta. Z Bożeną Łojek umówiliśmy się na spotkanie po jej powrocie ze Smoleńska…

Okazało się, że ta irracjonalna myśl, że nie wróci Pan cało ze Smoleńska, ocaliła Panu życie.

Myślę, że to mój Anioł Stróż, do którego modlę się od dziecka. Wiadomo, że gdybym wtedy poleciał, podzieliłbym los całej delegacji. Pamiętam, że rozpłakałem się, kiedy usłyszałem, że wśród ofiar jest pani Smorawińska – wnuczka generała Smorawińskiego, który został zamordowany w Katyniu. Dziadek i wnuczka zginęli w tym samym miejscu. To wstrząsające. Przez myśl przeleciało mi także to, co myślę o Rosjanach, że nie przepuszczą żadnej okazji, żeby uciąć głowę polskiej elicie. I w 1940 roku, i w roku 2010. Zwykli ludzie mogą sobie żyć, mogą się przecież przydać do ścinania drzew w Syberii, ale elitę trzeba zabić, żeby resztę narodu skundlić, zniewolić. Oczywiście o tym, że w katastrofie mogli maczać ręce Rosjanie, to była tylko moja myśl, gdyż stuprocentowego dowodu, że był to zamach, nie ma. Urodziłem się we Lwowie, mój stryj Józef Macedoński został zamordowany w Katyniu. Pewne więc doświadczenie rodzinne wyssałem z mlekiem matki.

Narodowe tragedie, takie jak Katyń i Smoleńsk, powinny łączyć Polaków, tymczasem paradoksalnie okazuje się, że tragedia smoleńska dzieli nas do dziś. Dlaczego tak się dzieje?

Trzeba pamiętać, że po 1945 roku część polskiego społeczeństwa poszła na współpracę ze Związkiem Radzieckim i była beneficjentem PRL-u, korzystała z wszelkich benefitów, układów i zależności. Część natomiast niezłomnie i straceńczo walczyła o niepodległość. Smutne jest to, że duża część naszego społeczeństwa przyjmuje narrację rosyjską w sprawie katastrofy, w ogóle nie wyciągając wniosków, nie myśląc. No, ale czego się spodziewać…
Jakiś czas temu zadzwonił do mnie dawny znajomy ze studiów, który przyczynił się do tego, że z tych studiów zostałem usunięty za działalność niepodległościową. Po prostu na mnie doniósł. Spotkaliśmy się w jego domu w Krakowie. Chwalił się tym, co osiągnął i czego się dorobił. W domyśle chciał mi dać do zrozumienia: „A ty, czego się dorobiłeś na tej swojej działalności niepodległościowej?”. Fakt, przez lata razem z rodziną żyliśmy w biedzie. Do tego przesłuchiwania, areszt, przeszukiwania domu. Moja córeczka była już przyzwyczajona do widoku UB-eków, którzy nachodzili nasz dom do tego stopnia, że gdy raz jechaliśmy tramwajem, córka zwróciła uwagę na mężczyznę z zaciętym, nieprzyjemnym wyrazem twarzy i wtedy na cały tramwaj powiedziała, pokazując na niego, „Patrz tatusiu, to chyba ubek”. Przestraszyłem się, a cały tramwaj ryknął śmiechem.

Czym dla Pana jest komunizm?

To zło w czystej postaci, a jego pieczęcią są właśnie takie tragedie jak Katyń. Jestem osobą wierzącą i nie mam wątpliwości. Istnieje Bóg, ale istnieje też szatan, a komunizm jest jego narzędziem.

Dla mnie odkryciem było to, że ojciec komunizmu Karol Marks pisał w młodości wiersze wychwalające szatana jako pierwszego rewolucjonistę.

To jedynie potwierdza, jakie są prawdziwe korzenie komunizmu.

Jako współtwórca tajnego Instytutu Katyńskiego, założonego pod koniec lat 80., archiwizował Pan historie Rodzin Katyńskich, ale też osób, które mówiły prawdę o Katyniu, w tym o Polaku, który pierwszy dowiedział się, jaka jest prawda o Katyniu.

Tak , to niesamowita historia. W latach 80. rozmawiałem z synem agronoma o nazwisku Zbaraszewski z Grodzieńszczyzny. W okolice Katynia Zbaraszewski trafił już w czerwcu 1941 r. po napaści Niemiec na ZSRR. Tam jedna z mieszkanek, z pochodzenia Polka, opowiedziała mu o zamordowanych polskich oficerach. Widziała ich, bo rozniosło się po okolicy, że to „bardzo ładne chłopaki”. Zbaraszewski po powrocie do domu opowiadał o Katyniu mieszkańcom swojej wioski. Niebawem został jednak zamordowany przez sowiecką partyzantkę, a jego żona z dzieckiem natychmiast wyjechała do Generalnej Guberni. Dla wszystkich było jasne, że Bogu ducha winny agronom zginął za mówienie prawdy o Katyniu. To była jedna z pierwszych ofiar, która zginęła za Katyń.

Czy Rosjanie odpowiedzą kiedyś prawnie za Zbrodnię Katyńską?

Pamiętam, że to pytanie zadałem nieżyjącemu już premierowi Józefowi Oleksemu, kiedy byłem na uroczystościach otworzenia Cmentarza Katyńskiego w latach 90. Oleksy odpowiedział mi wtedy, że Rosjanie prawdopodobnie nigdy nie odpowiedzą prawnie za Katyń, bo w Rosji nie ma żadnych praw.

Rozmawiał Jarosław Mańka