fbpx
środa, 21 lutego, 2024
Strona głównaFelieton150 kilometrów od granicy

150 kilometrów od granicy

Niewiarygodne, jak stosunkowo niewielka grupa krzykliwych pieniaczy może zaabsorbować swoimi rozgrywkami uwagę całego, całkiem sporego kraju europejskiego. Inna rzecz, że opinia publiczna była przez ostatnie kilkanaście lat do tego tresowana.

Kilkanaście – bo przecież wszystko zaczęło się jeszcze w 2005 r., kiedy to Donald Tusk przegrał wybory prezydenckie z Lechem Kaczyńskim. Wydawało się wtedy, że bracia Kaczyńscy trzymają całą Polskę w garści, bo Lech był prezydentem, a Jarosław właśnie zostawał Naczelnikiem Państwa. Najwyraźniej w przekonaniu, że pod jego ogólnym naczelnictwem z rządzeniem państwem poradzi sobie nawet kucharka, powierzył funkcję premiera rządu panu Kazimierzowi Marcinkiewiczowi.

Wkrótce jednak okazało się, że to nie takie proste, więc Jarosław Kaczyński postanowił sam zostać Wielkim Sternikiem i do swego rządu zaprosił panów Leppera i Giertycha. Ponieważ jednak udział obydwu tych osobistości w rządzie wzmacniał ich polityczne gangi, premier Kaczyński postanowił ich po kolei wymanewrować. Na pierwszy ogień poszedł Andrzej Lepper, którego premier miał zwabić w aferę gruntową, z powodu której dzisiaj panowie Kamiński i Wąsik powędrowali do więzienia. Wicepremier Giertych tak to przeżył, że – jak przypuszczam – na pewien czas stracił nawet poczucie rzeczywistości, lansując na premiera zapomnianego już dzisiaj pana Janusza Kaczmarka. I chyba wtedy poprzysiągł Jarosławowi Kaczyńskiemu zemstę.

Nie było to łatwe, bo wicepremier Giertych był znienawidzony nie tylko przez postępackie towarzycho, które nawet inspirowało przeciwko niemu gówniarskie demonstracje pod hasłem: „Giertych do wora, wór do jeziora!”, ale i przez bezcenny Izrael. Zaspokojenie pragnienia zemsty na Jarosławie Kaczyńskim skłoniło tedy pana Romana Giertycha do zwąchania się z obozem postępackim, gdzie rząd dusz sprawuje Judenrat „Gazety Wyborczej”. Ale Judenrat do takiego zwąchiwania ma specjalnego nosa, dzięki czemu wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici mogą, nawet na odległość, rozpoznawać się po zapachu, więc Roman Giertych musiał się do wymaganego zapachu stopniowo akomodować, co wymagało i nadal wymaga od niego wielu poświęceń.

Jego sytuacja wygląda podobnie jak sytuacja nieżyjącego już rosyjskiego polityka narodowości prawniczej, Włodzimierza Żyrynowskiego. Jak pamiętamy, musiał on pić więcej wódki niż zwyczajni Rosjanie, krzykliwiej się odgrażać – i tak dalej. Czego jednak się nie robi gwoli zadośćuczynienia pragnieniu zemsty, która jest „rozkoszą bogów”? Tym bardziej, że i Naczelnik Państwa też kopał pod nim dołki i kto wie, jak by się to skończyło, gdyby na widok prokuratora pan mec. Giertych nie odwrócił się tyłem, a potem przytomnie nie omdlał, wskutek czego prokurator przedstawił zarzuty – excusez le mot – do dupy – co niezawisły sąd w Lublinie uznał za czynność „nieskuteczną”.

Teraz, kiedy pod egidą Volksdeutsche Partei Niemcy energicznie przystępują do przerabiania III Rzeczypospolitej na Generalne Gubernatorstwo, panu mecenasu Giertychu wyznaczono rolę bicza bożego na PiS. W ten sposób nie tylko jest testowany pod kątem przydatności, ale i przeznaczany do odstrzału, kiedy tylko w programie „linii porozumienia i walki” Gestapo położy akcent raczej na „porozumienie” niż na „walkę”.

Jak widzimy, na obecnym etapie realizowany jest polityczny program nakreślony w „Panu Tadeuszu” przez Klucznika Gerwazego: „Gdy wielki wielkiego dusi, my duśmy mniejszych – każdy swego!”. Amerykanie, to znaczy – prezydent Józio Biden może pozwalać kanclerzowi Scholzowi na urządzanie Europy przez Niemcy po swojemu, ale w naszym bantustanie przekłada się to na dintojry, powiedzmy sobie szczerze – prywatniackie. Czy jednak bez tego polityka byłaby taka atrakcyjna, jak jest? Jasne, że  nie, z tym że dla jednych główną atrakcją udziału w polityce jest możliwość wytarzania się w złocie – a dla innych – możliwość zadośćuczynienia najskrytszym pragnieniom.

Kiedy tak jedni mężykowie stanu duszą drugich, a towarzyszy im asysta utytułowanych krętaczy, którzy wysługują się albo jednym, albo drugim – w zależności który więcej zapłaci za „ekspertyzę” – nad daleką granicą polsko-ukraińską ciągnie się zapomniany protest polskich przewoźników. Ponieważ dla higieny psychicznej postanowiłem unikać telewizji, zwłaszcza po zapowiedzi pana red. Czyża, że teraz rządowa telewizja będzie lać wodę, to nie wiem, czy rząd pozwala funkcjonariuszom swego Propaganda Abteilung informować o tej sprawie, czy nie. Chyba raczej nie pozwala, bo w przeciwnym razie jakieś okruchy informacji by się przedostały. Inna sprawa, że po co ma pozwalać, skoro sam Donald Tusk nie wie, co zrobić. Został on tu postawiony na stanowisku szefa swego vaginetu, żeby szybko przerobił III RP na Generalne Gubernatorstwo, więc nic dziwnego, że koncentruje się na dintojrach kadrowych, pozostawiając resztę własnemu biegowi.

Zresztą nie tylko on. Jak słyszymy, pan prezydent, kiedy został wystawiony do wiatru nawet przez własną ochronę, to tylko pożalił się na swoją dolę innym europejskim mężykom stanu, prawdopodobnie mając nadzieję, że mężykowska solidarność skłoni ich do jakiejś reakcji. Ale nic z tego; europejscy mężykowie najwyraźniej przyswoili sobie zalecenie Adama Mickiewicza, że „kto tam, gdzie trzeba, zamilczy roztropnie, a wytrwa choć pod młotem – celu swego dopnie”. A co może być celem europejskich mężyków stanu? A cóż by innego, jak dotrwać w zdrowiu do emerytury, kiedy to dopiero można używać życia całą paszczą, korzystając z tego, co się w okresie dobrego fartu uzbierało?

Co ciekawe, również prokuratorzy, których pan minister Bodnar zamierza powyrzucać w ciemności zewnętrzne, nawet nie próbują okładać pana ministra po głowie kodeksami, bo widać wiedzą, że i głowa u niego twarda, i tubylcze kodeksy nie robią na nim wrażenia, tylko piszą skargi do Brukseli, że dzieje im się krzywda. Tymczasem Bruksela, to znaczy tamtejsze niemieckie owczarki, dostały rozkaz, by na tym etapie unikać mieszania się w „wewnętrzne sprawy” naszego bantustanu, więc chyba te suplikacje pozostaną bez odpowiedzi. Ponieważ sprawa licencji dla ukraińskich przewoźników – nawiasem mówiąc za zgodą, a być może nawet na wcześniejsze żądanie premiera Morawieckiego, została zdecydowana przez Komisję Europejską, to Donald Tusk, jako wzorowy europejs, nawet nie próbuje nic w tej sprawie kombinować, mając świadomość, że on tu ma swoje zadanie do wykonania, a komisja – swoje. Toteż kolejka ciężarówek przed przejściami na granicy polsko-ukraińskiej ciągnęła się już na odległość 150 kilometrów, a przecież nikt jeszcze w tej sprawie nie powiedział ostatniego słowa – bo na razie jest rozkaz, by pyskować w sprawach prywatnych rozgrywek personalnych.

Stanisław Michalkiewicz

Każdy felietonista FPG24.PL prezentuje własne poglądy i opinie

Stanisław Michalkiewicz
Stanisław Michalkiewicz
Jeden z najlepszych współczesnych polskich publicystów, przez wielu czytelników uznawany za „najostrzejsze pióro III RP”. Prawnik, nauczyciel akademicki, a swego czasu również polityk. Współzałożyciel i w latach 1997–1999 prezes Unii Polityki Realnej. Jego blog wygrał wyróżnienie Blog Bloggerów w konkursie Blog Roku 2008 organizowanym przez onet.pl. Autor kilkudziesięciu pozycji książkowych, niezwykle popularnego kanału na YT oraz kilku wywiadów-rzek. Współpracował z kilkudziesięcioma tytułami prasowymi, kilkoma rozgłośniami radiowymi i stacjami TV.

INNE Z TEJ KATEGORII

Czas wolny jako wyzwanie. Czy mit arkadyjski jest możliwy w XXI wieku?

Przemysław Staciwa to mój kolega z branży, a więc człowiek, który tak jak ja pisze o liberalnych ideach. Lektura jego książki okazała się być ożywcza i bardzo ciekawa. Wśród bardzo wielu wątków, jakie w niej znajduję, jeden wydaje mi się szczególnie ciekawy w weekend. Bo to właśnie wtedy piszę felietony.
5 MIN CZYTANIA

Ukraina nie chce euroregulacji i dotacji

Ukraina miałaby rozważyć rezygnację z unijnych dotacji rolnych w zamian za złagodzenie przepisów m.in. Wspólnej Polityki Rolnej. Chodzi o to, że ukraińscy urzędnicy mają świadomość, iż unijne regulacje ekologiczne (i nie tylko) mogą zniszczyć konkurencyjność ukraińskiego rolnictwa i zahamować jego rozwój.
5 MIN CZYTANIA

Klimatystyczny rak w Europejskim Banku Centralnym

Jeżeli nie jesteś entuzjastą unijnej polityki klimatycznej, praca w Europejskim Banku Centralnym może być nie dla ciebie. Tak przynajmniej uważa – jak ujawnił serwis Politico – jeden z członków sześcioosobowego zarządu EBC, Holender Frank Elderson. „Dlaczego mielibyśmy zatrudniać ludzi, których trzeba przeprogramować? Skończyli najlepsze uniwersytety, ale wciąż nie wiedzą, jak przeliterować słowo »klimat«” – napisał Elderson w wiadomości wysłanej do niektórych pracowników instytucji.
4 MIN CZYTANIA

INNE TEGO AUTORA

Mężykowie markują politykowanie

Jaki rozwój jest „zrównoważony”? Taki, który nie dokonuje się spontanicznie, tylko jest centralnie zaprojektowany. Co to jest wielbłąd? To jest koń zaprojektowany przez komisję. Co ci przypomina widok znajomy ten? Ależ tak, oczywiście – socjalistyczne planowanie gospodarcze.
6 MIN CZYTANIA

Co wywąchał minister Kołodziejczak

Jak pisał laureat Nagrody Nobla z ekonomii prof. Milton Friedman, kryzys finansowy jest kropka w kropkę podobny do upojenia alkoholowego; najpierw jest nadmiar środków płynnych i euforia, a potem – depresja.
5 MIN CZYTANIA

Dlaczego czasy, w których żyjemy, są ciekawe?

Żyjemy w ciekawych czasach. Właściwie każde czasy są ciekawe, tyle że każde na swój sposób. Na przykład okres po wojnie francusko-pruskiej, a przed wybuchem Wielkiej Wojny w 1914 r. nazywany jest „belle epoque”. Rzeczywiście – dzisiaj trudno sobie nawet wyobrazić zakres wolności, jaka wtedy panowała – chociaż w Europie dominowały monarchie.
5 MIN CZYTANIA