17 września 1939 roku o świcie, bez formalnego wypowiedzenia wojny, granicę II Rzeczypospolitej przekroczyła dwumilionowa Armia Czerwona. Inwazja na Polskę była kolejnym przykładem wiarołomstwa wschodnich sąsiadów, którzy złamali polsko-sowiecki pakt o nieagresji obowiązujący do grudnia 1945 (sic!). Nie pierwszy to zresztą raz w historii.

Tego samego dnia, kilka godzin wcześniej w Moskwie o trzeciej w nocy zastępca komisarza spraw zagranicznych Władimir Potiomkin odczytał ambasadorowi RP Wacławowi Grzybowskiemu pokrętną notę dyplomatyczną, którą zamierzał mu wręczyć:

„Państwo polskie i jego rząd faktycznie przestały istnieć, dlatego też i umowy zawarte między ZSRR a Polską utraciły swą moc (…) Rząd sowiecki nie może nadal pozostawać neutralny w obliczu tego stanu rzeczy. Nie może również zachować się obojętnie w sytuacji, w której bracia Ukraińcy i Białorusini zostali pozostawieni bez obrony na łasce losu”.

Polski ambasador w Moskwie odpowiedział:

– Rozumiem, że moim obowiązkiem jest zawiadomić mój rząd o agresji, która prawdopodobnie już się rozpoczęła, ale nie zrobię nic więcej.

Po czym odmówił przyjęcia dokumentu.

Dla krwawiącej Polski, bezskutecznie oczekującej wypełnienia sojuszniczych zobowiązań Francji i Anglii, był to prawdziwy cios w plecy. Polskie władze, niestety, nie wiedziały tego, o czym wiedział Stalin: 12 września w Abbeville Anglia i Francja ustaliły, że nie będą podejmowały działań ofensywnych wobec III Rzeszy. Dla Stalina Polska stawała się łakomym kąskiem, przy okazji sowiecki przywódca mógł też w końcu zemścić się za rok 1920. I Stalin się zemścił.

Już 13 września (dzień po konferencji w Abbeville) doszło do poprzecinania zasieków na granicy z Polską (oczywiście po stronie sowieckiej). O ruchu Rosjan dowiedział się Naczelny Wódz. Nie podjął jednak żadnych kroków – Polskę i Rosję wciąż obowiązywał pakt o nieagresji. 1500-kilometrową granicę broniło jedynie 25 batalionów Korpusu Ochrony Pogranicza. Stalin wyrachowanie czekał na ruch Anglii i Francji (pomogą Polsce, czy też nie?), dopiero gdy służby wywiadowcze doniosły mu o decyzji polskich „aliantów” w Abbeville, bez skrupułów wbił II RP nóż w plecy. Na Kresy II RP runęło w pierwszym rzucie ok. 600 tys. żołnierzy, 4 tys. czołgów i tysiąc samolotów.

Na wschodnich terenach II RP Wojsko Polskie posiadało jeszcze spore rezerwy. W pułapce dwóch wrogów znalazły się nie tylko rezerwy polskich sił zbrojnych, ocenianych na około 300 tys. żołnierzy, ale też tysiące cywilnych uciekinierów z centralnej Polski. Ludność Kresów doskonale pamiętała, z czym wiąże się wkroczenie bolszewików: morderstwa, grabieże i gwałty – wszak nie zabliźniły się jeszcze rany po wojnie polsko-bolszewickiej roku 1920.

Od samego początku Rosjanie robili wszystko, aby uśpić czujność polskiego wojska. Zaraz po wkroczeniu na terytorium Polski oficerowie radzieccy udawali przyjaciół, wmawiając, że będą pomagać w walce z Niemcami. Potem polskie jednostki były okrążane, a żołnierze i oficerowie trafiali do niewoli. Także rozkaz Naczelnego Wodza, Rydza-Śmigłego nie określał Rosjan jako śmiertelnego wroga:

„Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony albo próby rozbrajania oddziałów. Zadania Warszawy i miast, które miały bronić się przed Niemcami – bez zmian. Miasta, do których podejdą bolszewicy, powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii”.

W nocy z 17 na 18 września Polskę opuścili Naczelny Wódz i prezydent Ignacy Mościcki. Polskie oddziały broniły się bez skoordynowanego dowództwa. W ciągu pierwszych trzech dni inwazji Rosjanie dotarli na południu do Tarnopola i Lwowa. Rosjanie się śpieszyli. Ich celem było odcięcie Polaków od wolnego jeszcze korytarza na Węgry i Rumunię. Chodziło im przede wszystkim o elitę II Rzeczypospolitej, władze cywilne i wojskowe. Uciekało jednak nie tylko wojsko. W stronę granicy z Rumunią i Węgrami ciągnęły rzesze cywilów…

Prawdziwą twarz agresora Rosjanie pokazali, kiedy kamuflaż nie był już potrzebny. Po spontanicznej obronie Grodna, gdzie do oddziałów wojskowych dołączyła ludność cywilna, wściekli Rosjanie rozjeżdżali obrońców czołgami. Doszło też do masowych egzekucji. Szczególną nienawiścią bolszewicy pałali do polskiej inteligencji, „burżujów” i uczestników wojny 1920 roku.

Historycy obliczają, iż pomimo usilnych starań Armii Czerwonej, by wszystkie rezerwy Wojska Polskiego zamknąć w niemiecko-rosyjskim kotle, do Rumunii i na Węgry przedostało 60 tys. wojskowych. Uciekło także około 25 tys. ludności cywilnej. Można powiedzieć, że uciekinierzy i tak mogli zaliczyć siebie do szczęśliwców. Dla Polaków mieszkających pod sowiecką okupacją rozpoczynał się kolejny rozdział dramatu.

II Rzeczpospolita była całkowicie zaskoczona inwazją ZSRR. Sowiecka agresja pozbawiała Armię Polską zaplecza i rezerw, stając się przysłowiowym gwoździem do trumny. Od samego początku Armia Czerwona dokonywała wielu zbrodni wojennych. Oblicza się, że w egzekucjach rozstrzelano ponad 2,5 tys. wojskowych i policjantów oraz co najmniej kilkuset cywilów, których jedyną winą było to, że zaliczali się do polskiej inteligencji. Należy też przypomnieć, że iście szatańskim pomysłem Rosjan było podżeganie ludności ukraińskiej do mordów na Polakach. W jednej z odezw Armii Czerwonej z września 1939 r. możemy przeczytać :

„Bronią, kosami, widłami, siekierami bij swoich odwiecznych wrogów – polskich panów”.

Bolszewicy szybko zaprowadzali we Lwowie swoje rządy. Niebawem zaczęły się wywózki Polaków, aresztowania. Eleganckie kamienice zasiedlali prymitywną ludnością. Ludność polska zamieszkująca tereny zagarnięte przez ZSRR szybko przekonała się, co oznacza „władza sprawiedliwości społecznej”. Dla Polaków 17 września stał się początkiem golgoty, która nierzadko trwała także po roku 1945 r.

Bolszewicka agresja była wypełnieniem tajnego protokołu do niemiecko-sowieckiego paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku. O tajnym protokole paktu Hitlera ze Stalinem polskie władze niestety nic nie wiedziały, niemniej niczego dobrego po niemiecko-rosyjskich konszachtach nie można się było spodziewać.

Polska niestety nie wiedziała też, że jest jedynie pionkiem na francusko-angielskiej szachownicy. Alianci od początku nie zamierzali się wywiązać ze zobowiązań sojuszniczych wobec Polski i (parafrazując słowa ministra spraw zagranicznych II RP Józefa Becka) za nic mieli honor i dotrzymywanie słowa, liczył się własny interes państwowy. Ich interes. Generał Louis Faury, który został mianowany szefem francuskiej misji wojskowej w Polsce i przybył do naszego kraju pod koniec sierpnia 1939 r., opisał później swą rozmowę z 22 sierpnia 1939 r. z francuskimi generałami Gamelinem i Georges’em.

Poruszam następnie kwestię, która nie dawała mi spokoju… Jeśli Polska stanie się przedmiotem agresji, to jedynie ofensywa wojsk francuskich będzie w stanie zmusić Niemców do zelżenia ich duszącego uścisku. W jakim terminie rozpocznie się ta ofensywa? Milczenie. Następnie gen. Georges daje do zrozumienia, że armia francuska nie jest zdolna do podjęcia ofensywy i że nie ma możliwości określenia terminu, w którym będzie ona gotowa do działania na wielką skalę. Do tego czasu mogą wchodzić w rachubę jedynie defensywne lub ograniczone działania zaczepne. Gdy nie mogę ukryć mego rozczarowania, gen. Gamelin dorzuca po prostu tych kilka słów: „Trzeba, aby Polska trwała”…