Niemal co druga złotówka wydawana w naszym kraju jest w dyspozycji rządu czy samorządów – o tym, na co wydane zostaną te środki, decyduje elita polityczna i urzędnicza – pisze w najnowszym felietonie wiceprezes WEI Piotr Palutkiewicz.

Co rusz nagłówki kolejnych artykułów prasowych przekazują nam zatrważające dane: „1 procent najbogatszych dysponuje połową światowego majątku”, „10 procent polskiego społeczeństwa posiada połowę bogactwa Polski”, „Najbogatsi Polacy w ciągu roku wzbogacili się o kilka miliardów złotych, zwiększając swoje majątki o kilkanaście procent” i tak dalej, i tak dalej…

Tak na marginesie mówiąc, 10 procent polskiego społeczeństwa to prawie 3,8 mln osób, zatem te dane są bardzo optymistyczne. Ale problem jest inny. Istnieje słynny współczynnik Giniego, który pokazuje nierówności w dochodach danego społeczeństwa. Stosując tę metodologię okazuje się, że Polacy są tak samo nierozwarstwionym społeczeństwem, jak np. skandynawska Dania. Jesteśmy bardziej egalitarnym krajem niż kojarzące się z państwami opiekuńczymi Francja, Niemcy, Hiszpania czy Portugalia. Innymi słowy w Polsce skala nierówności jest na relatywnie niskim poziomie.

Samo mówienie o nierównościach wzbudza jednak wielkie kontrowersje. „The Economist” ogłosił, że dyskusja o nierównościach poszła w złym kierunku, a problem jest przeszacowywany. Wiele analiz dotyczących nierówności to demagogia mająca na celu oddziaływanie na nasze instynkty i wyobrażenia. Wzrost bogactwa tych na szczycie nie powoduje biedy najuboższych. Jest wręcz odwrotnie. Przedsiębiorcy i ich firmy, zwiększając swoje dochody, tworzą szanse na szybszą poprawę losu dla wszystkich. Znajduje to potwierdzenie w licznych badaniach. Poziom ubóstwa na świecie nigdy w dziejach nie był tak niski jak dziś. A to dzięki kapitalizmowi i globalizacji.

Emocjonujemy się jednak tym, że część z nas wypracowuje statystycznie kapitał przewyższający ten posiadany przez mniejszość.

Zupełnie niezauważony pozostaje jednak fakt, że tak naprawdę jest inna grupa, znacznie mniej liczna, która dysponuje połową majątku naszego kraju. Grupa ta występuje niemal w każdym rozwiniętym kraju. Prawdziwa burżuazja, żerująca na dochodach innych. Tych maluczkich.

Nie zatrważa nikogo, że kilkaset osób w Polsce de facto dysponuje połową majątku kraju.
Osoby te znane są z imienia i nazwiska. Są to kluczowi politycy i urzędnicy. Udział wydatków publicznych w PKB naszego kraju wynosił w 2020 r. 45,5 procent. Innymi słowy, niemal co druga złotówka wydawana w naszym kraju była w dyspozycji rządu czy samorządów. To nieliczna grupa elit politycznych i urzędniczych decyduje, na co wydane zostaną te środki. Nikogo nie bulwersuje ten fakt. Co więcej, przedstawiciele lewicy, którzy krytykują koncentrację władzy i majątku w rękach osób, które wypracowały te środki, chętnie chciałby przekazać większą władzę i środki finansowe do dyspozycji elit urzędniczych i politycznych.

Niepokój powinien budzić także inny trend. Udział wydatków publicznych w PKB rośnie niemal na całym świecie. Epidemia koronawirusa i ingerencja państw w wolne rynki była w minionych dwóch latach bezprecedensowa. Trend ten, patrząc na plany wielu rządów, zostanie utrzymany.

Wchodzimy w epokę protekcjonizmu, zwiększania wydatków (i dochodów publicznych) oraz jeszcze większego interwencjonizmu. Polski rząd wzbogacił się na kryzysie o 17 mld zł, licząc dochody samego budżetu państwa w latach 2019–2021. „Rząd wzbogacił się w czasie pandemii”, „Politycy dysponują połową polskiego majątku” – takich nagłówków w prasie nie widzimy.

Poprzedni artykułUkraina blokuje polską gospodarkę. Miliardowe straty
Następny artykułCzy praca zdalna jest taka fajna?