Wieziemy Polakom na Wołyniu podstawowe produkty żywnościowe, ale i polskie specjały, o które nas prosili. Czeka tam na nie około 90 osób – mówi Jerzy Zięty, radny miasta Krakowa, członek Stowarzyszenia NZS 1980.

JillWellington/Pixabay

19 grudnia jedzie Pan z paczkami dla Polaków mieszkających na dawnych Kresach II RP. Był Pan tam już wcześniej…

Byliśmy tam, czyli na Wołyniu, już kilka miesięcy temu z darami dla rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi. Jako samorządowcy z Krakowa. Przyszły wtedy do nas 382 rodziny z dziećmi, którym przekazaliśmy (głównie od ludzi z Zachodu – Szkocja, Stany Zjednoczone) trochę jedzenia, słodycze, z których dzieci były – wiadomo – najbardziej ucieszone. Ale daliśmy też rodzinom środki czystości, przybory szkolne (zeszyty, pisaki) i… sól z Wieliczki, gdyż Rosjanie rozwalili warzelnie soli i jej cena skoczyła na 10 zł za kilo. To było w lipcu, czyli chwilę przed sezonem kiszenia, które jest na Wschodzie bardzo popularne, no i zdrowe, a sól do tego jest niezbędna. Pani burmistrz z Łucka zorganizowała swoich pracowników i wszystko poszło w mig, czyli bardzo sprawnie. Przypominało mi to czasy gdy w stanie wojennym (1982-1983) to my otrzymywaliśmy dary, bo jak wiadomo prawie niczego wtedy w sklepach nie było. Pamiętam pomarańczowy holenderski ser w blokach – do dziś mam do niego słabość.

Który raz będzie Pan przekraczał polsko-ukraińską granicę jadąc z pomocą i do jakich rejonów Ukrainy trafiły już dary?

Spiritus movens pomocy jest Łukasz Wantuch, który rozkręcił akcję pomocy właściwie od samego początku. Stworzył ekipę, która jeździ do Bachmutu, Izumia, Chersonia, za Charków – praktycznie bardzo blisko linii frontu. Ja jadę z przyjaciółmi po raz trzeci.

Jaką Ukrainę czasów wojny z Rosją Pan zobaczył?

Na zachodzie Ukrainy, czyli przy granicy z Polską, jest w miarę spokojnie – prócz postów, czyli posterunków, godziny policyjnej i sporadycznych alarmów bombowych, kiedy trzeba się schować w schronach lub być bardziej uważnym. Polaków przyjmują tam z niezwykłą życzliwością.
Powiem tak: pierwszy raz od rzezi wołyńskiej Ukraińcy posprzątali nieliczne cmentarze, na których leżą ofiary tych nieludzkich i bratobójczych rzezi (według różnych danych zginęło do 100 tys. ludzi). Atmosfera jest inna. Byłem na Ukrainie, w Mariupolu, na przełomie 2014/2015 roku i był tam wtedy większy chaos (poza tym wtedy Ukraińcy tę wojnę przegrywali).

Gdzie konkretnie trafią paczki, które Państwo właśnie przygotowujecie?

Paczki trafią głównie do mieszkających tam Polaków. W lipcu poznaliśmy tamtejszego szefa miejscowej Polonii i wydawcę „Monitora Wołyńskiego”, pana Walentego Wakuloka – architekta i dziennikarza. W siedzibie redakcji, przy wejściu, leżały koktajle Mołotowa. „Do obrony!” – powiedział pan Walenty. To mnie strasznie ujęło, ta determinacja. On zna tamtejszych Polaków i to on przekazał, co trzeba przywieźć: kawę, herbatę, polską czekoladę, szynkę, kabanosy i świeczki, a także popularną tam bardzo kaszę gryczaną i kartki z życzeniami. Rodzin i samotnych jest tam około 90 osób, część z problemami onkologicznymi i to do nich trafią nasze paczki.

W jaki sposób można przyczynić się do tego, by paczek z darami było więcej? Kto jest organizatorem zbiórki?

Zbieramy przez wpłatę na konto NZS 1980 (37 1240 4722 1111 0010 2115 5551) z dopiskiem: Pomoc dla Wołynia i powiem – każde sto złotych się liczy. Mam tylko nadzieję, że mróz zelżeje, przestanie padać śnieg i przebrniemy przez ukraińskie drogi.

Na koniec nie mogę nie zapytać o nastroje, jakie panują wśród Polaków mieszkających na Ukrainie i wśród samych Ukraińców. Jest duża wiara w zwycięstwo nad Rosją?

Na to pytanie odpowiem po powrocie.

Życzę zatem szczęśliwej drogi i proszę przekazać pozdrowienia od czytelników Forum Polskiej Gospodarki, których zapraszamy do wsparcia tej akcji.


Jarosław Mańka

Poprzedni artykułFatalna polityka promocji UE dla produktów rolnych
Następny artykułCzy filary nowej strategii PKO BP stoją mocno?