Fot. Pixabay

Kłamstwo powszechne, narzucone, obowiązkowe to najstraszniejsza cecha charakterystyczna ludzi w waszym kraju – kiedy Aleksander Sołżenicyn, rosyjski dysydent, pisał te słowa w 1974 r., zwracał się do przywódców Związku Radzieckiego. Dzisiaj, prawie pół wieku później, ZSRR już nie istnieje, za to Chiny owszem, wraz z całym arsenałem kłamstw. Obecnie kłamstwem na temat na Covid-19, a wczoraj… w każdym innym temacie.

Jeszcze przed przejęciem władzy Mao Tse-Tung rozumiał użyteczność i potrzebę deformowania prawdy, czy też zaprzeczania jej. Wiedział więc, jak przedstawić pogrom swoich wojsk, jakiego doznał piętnaście lat wcześniej (z Jiangxi wyruszyło 130 000 jego żołnierzy, a do Shaanxi dotarło 25 000…), jako heroiczną epopeję, nazywając ją przy tym poetycko „Długim Marszem”. Zaraz po tym, gdy ostatnie oddziały jego rywala, nacjonalisty Czang Kaj-szeka, zostały wypędzone z kraju, 1 października 1949 r. Mao Tse-tung proklamował powstanie Chińskiej Republiki Ludowej.

Podobnie jak wschodnioeuropejscy rządzący, jemu podobni, skrywał swoją taktykę: i tak tymczasowy rząd, którym kierował, ustąpił miejsca rządowi niekomunistycznemu (rządowi, którego niecała połowa członków była komunistami…), natomiast o wszystkim nadal decydował Rewolucyjny Komitet Wojskowy. W szeregach tego Komitetu znalazło się 75 proc. członków kierownictwa Komunistycznej Partii Chin (KPCh), niedługo potem było już 100 proc. członków.

Jednym z głównych celów Mao było ogłoszenie światu końca feudalizmu na wsiach chińskich, jego zdaniem całkowicie zgodnie z pragnieniami chłopów, którzy zresztą „spontanicznie” zaczęli zajmować ziemie należące do dużych właścicieli ziemskich.

To podwójne kłamstwo – w Chinach nie było wielkich właścicieli feudalnych, jak miało to miejsce w carskiej Rosji trzydzieści lat wcześniej, a to na rozkaz KPCh dokonywano konfiskaty ziem wszystkich tych, którzy posiadali choćby mały kawałek ziemi. Bilans? Ok. 10 milionów zabitych, określonych jako „elementy kontrrewolucyjne”. To była wygodna strategia.

Aby kontynuować unicestwianie struktur starego systemu politycznego i jego przedstawicieli, Mao kontynuował wprowadzanie swojej polityki w sposób zakamuflowany. I tak, niby w imię walki z korupcją, z marnotrawstwem, z oszustwami podatkowymi, z matactwem i w trosce o dobro obywateli, zlecił wyeliminowanie społeczne bądź fizyczne tych osób, które zajmowały stanowiska w strukturach władz Chin w latach 1930-1940. Podobną dwulicowość można odnotować w jego zarządzaniu ogromnym terytorium państwa – Mao Tse-Tung, daleki od obietnic autonomii kulturowej i językowej jakie złożył Tybetańczykom, Mongołom czy Turkom z Xinjiangu, wysłał Ludową Armię Wyzwolenia, po to aby podporządkować sobie wspomniane regiony peryferyjne, które od tamtej pory stały się podległe ludowi Han z Chin.

Takie były pierwsze kroki narodowego komunizmu, który odniósł później sukces, w pewnym stopniu, w całym komunistycznym świecie. Co więcej, odnosi je do dziś…

W 1956 roku Mao wyraził nadzieję, że „sto kwiatów rozkwitnie”, co w słowach bardziej zrozumiałych dla mieszkańców krajów zachodnich oznacza, że wyraził nadzieję na to, że intelektualiści chińscy będą uczestniczyć w „demokratycznej debacie”, proponując swoje pomysły na reformy kraju. Okazało się to dla nich śmiertelną pułapką.

Kampania kulturalno-propagandowa trwała sześć tygodni, a w jej wyniku setki tysięcy pisarzy, filozofów, studentów, artystów i nauczycieli zostało wysłanych do obozów reedukacyjnych.

Kluczowym problemem niektórych krajów Europy Wschodniej jest to, że nie zostali w nich wyeliminowani ich ojcowie kontrrewolucjoniści – wyjaśnił któregoś dnia władca Chin, w prywatnej wypowiedzi, obserwując wydarzenia w Polsce i na Węgrzech. Kampania propagandowa Stu Kwiatów nie miała innych celów jak tylko wywabić z ukrycia tych, którzy krytykowali władze komunistyczne. Po to, by ich ukarać.

Kilka lat później Mao ruszył z propagandowym programem gospodarczym „Wielki skok naprzód”, który miał na celu upowszechnić ideę proletariatu na wsiach, a także dokończyć ich kolektywizację poprzez tworzenie „komun ludowych”, jednostek organizacyjnych życia społecznego, w których wszystko było wspólne. Opracowana została polityka rolna ze swoistym kodem postępu, a która oparta była na teoriach T. Łysienki, z uchwalonym swoistym „kodem postępu” (zagęszczony ponad miarę siew, próby kontrolowania szkodników, głęboka orka, itd.). Konsekwencje okazały się tragiczne: dwa lata głodu i ok. 40 mln śmiertelnych ofiar.

To była wina złych warunków klimatycznych – jak stwierdziły chińskie władze…po śmierci Mao. Za jego życia zaprzeczano wszelkim informacjom o głodzie w kraju. „Życzliwi” rządzący niektórych krajów zachodnich prześcigali się w powielaniu tego kłamstwa, Wśród nich François Mitterrand, który w lutym 1961 roku w tygodniku L'Express został rzecznikiem negacjonistycznego chińskiego przywódcy, schlebiając mu. Przyszły francuski prezydent utrzymywał, że „Mao nie jest dyktatorem” i że „kontrola, jaką chiński przywódca sprawuje, pochodzi z mocy oddziaływania, jaką ma on na swój lud i nie jest produktem demagogicznego fanatyzmu, tak jak to miało miejsce w przypadku Hitlera i Mussoliniego, gdzie fanatyzm był wspierany przez aparat policji państwowej”.

W 1966 roku rozpoczęła się rewolucja kulturalna. Oficjalnie chodziło o to, aby oczyścić pozostałości dawnego systemu ze szkodliwego tradycjonalizmu oraz biurokracji, która zżerała go od środka. Rzeczywistość była zupełnie inna, o czym mówił, jako jedyny, Simon Leys. Mao Tse-Tung, osłabiony poprzez katastrofę swojej polityki „Wielkiego skoku naprzód” obserwował, jak partia i państwo żyją i rozwijają się praktycznie bez niego. Udając, że wycofuje się z życia politycznego (jak to ujął w 1965 r. w rozmowie z amerykańskim dziennikarzem Edgarem Snow, przychylnym reżimowi Mao „Jestem starym mnichem z podziurawiona parasolka pod gwiaździstym niebem”), Mao Tse-Tung zaplanował swój własny zamach stanu odgórnie. Aby go zrealizować, oparł się na ulicach, na młodzieży. Była to tzw. Czerwona Straż, którą poprosił o wypędzenie wszystkich mandarynów pracujących w administracji. Operacja zakończyła się sukcesem, okupionym rozpętaniem całej serii pełnych przemocy wydarzeń (donosy, publiczne procesy, deportacje, egzekucje uliczne, itd.), przybierając wygląd konfliktu bliskiego wojnie domowej (pomiędzy rożnymi frakcjami KPCh, a następnie pomiędzy KPCh i wojskiem).

Tradycja kłamstwa instytucjonalnego nie umarła wraz z Mao Tse-Tung. Aby tak się stało, potrzeba by w Chinach czegoś w rodzaju lokalnej destalinizacji.

Nawet jeśli kolejni przywódcy Chin – od Deng Xiaopinga, który w 1989 r. wydał rozkaz do masakry na placu Tiananmen, a którego reżim nie dostarczył żadnego sprawozdania z tych wydarzeń, aż po przywódcę Xi Jinpinga – przyjęli system ekonomiczny quasi-kapitalistyczny, tymczasem infrastruktury systemu politycznego pozostały tymi z Chin z epoki Mao: jedna partia, absolutny nadzór nad obywatelami, brak wolności opinii, pośrednia kontrola państwowa nad prywatnym handlem… I wszechobecne kłamstwa. Zaczynając od liczb.

Czy rzeczywiście coś się w Chinach zmieniło od czasów „Wielkiego skoku naprzód”, kiedy to Krajowy Urząd Statystyczny został zastąpiony w kampaniach propagandowych przez „instytucje przekazywania dobrej nowiny”?