Ale gdybym zajmował się robieniem ilustracji – może bym ją właśnie tracił. Bo obrazy generowane przez maszyny mogą być przydatne, na pewno będą też coraz powszechniejsze i protesty grafików niczego nie powstrzymają. Mimo to sztuka tworzona przez ludzi z nami zostanie, gdzie indziej jednak znajdzie swoje rynkowe optima.

W napisanym przez Stanisława Lema opowiadaniu „Ananke” Pirx jest świadkiem kosmicznej katastrofy. Rakieta sterowana przez sztuczną inteligencję rozbija się, a on sam, jako doświadczony pilot, trafia do komisji badającej wypadek. Razem z nim poznajemy szczegóły przyszłości, którą wyobraził sobie futurolog. Komputery mają swoich trenerów, ci uczą je, jak sobie radzić z coraz trudniejszymi zadaniami. Niestety, błędy i słabości ludzi przechodzą na maszyny, a za nauczanie automatycznego pilota felernej rakiety odpowiadał wiecznie grzebiący się w szczegółach perfekcjonista, który co najwyżej nadawał się na kontrolera jakości. Wyszkolił on maszynę do przesadnej koncentracji na drobiazgach, a to spowodowało trudności w szybkim podejmowaniu decyzji.

Wizja przyszłości Lema to już nasza teraźniejszość, choć oczywiście po drodze wiele spraw poszło nie w tym kierunku, w jakim wyobrażał sobie pisarz. Zamiast eksplorować nasz układ słoneczny, akcja opowiadania dotyczy bowiem wydarzeń na Marsie, badamy spakowaną do Internetu i tam podrasowaną o multimedia Galaktykę Gutenberga, co niestety smuci – zamiast bazy na Księżycu mamy tylko wirtualne konta ze zdjęciami kotów. W sieci natrafiamy jednak na obcą formę życia. Sztuczną inteligencję.

Coraz więcej kontentu, jaki spotykamy w Internecie, jest pisana przez maszyny i czasami o tym nawet nie wiemy. Zwraca na to uwagę prof. Jan Kreft w świetnej „Władzy algorytmów”, podając jako przykład hasła na Wikipedii. Taka twórczość nie jest jednak zarzewiem żadnego konfliktu i nikt tu nikomu nie odbiera pracy, Wikipedia jest bowiem ze swojej natury projektem non-profit. Inaczej się dzieje, kiedy to generowane przez automaty treści zaczynają rywalizować z tymi, jakie tworzą ludzie dla zysku. Cóż, u Lema nie było tego problemu, nie czytamy opowiadania, w którym to pilot Pirx uczestniczy w strajku ludzkich operatorów rakiet sprzeciwiających się ekspansji mózgów elektronowych. W naszym świecie widzimy jednak protest na ArtStation, popularnej platformie, która dla mnie jest składnicą ładnych obrazków do oglądania, a dla artystów – formą witryny, gdzie mogą pokazać swoje portfolio. I może dzięki temu pozyskać klientów. Ostatnio ogromna większość z nich zmieniła swoje avatary na protestacyjne, przekreślony skrót AI jasno komunikuje, że nie chcą oni współdzielić swojej wirtualnej alei z generatorami cyfrowych, wizualnych treści. Krótka wizyta na tej stronie pokazuje, że strajk ma już swoją piątą rundę, zapewne więc na chwilę przycichnie, a później wejdzie w rundę szóstą. Wielu autorów opuściło zresztą to miejsce.

Co istotne, tutaj wracam do literackiej rzeczywistości opowiadań Stanisława Lema, sztuczna inteligencja skądś bierze wzorce, dzięki którym generuje swoje własne obrazy. Bazuje ona na stworzonym już kontencie nie wygenerowanym, ale wymyślonym, zaprojektowanym i stworzonym przez ludzi. Niektórym z nich to się nie podoba. Można zrozumieć to stanowisko, bo pieniądze to taki obszar naszych działań, gdzie bywamy nerwowi. Konkurencja wirtualnego przeciwnika, programu, który oglądając obrazy, uczy się, jak „malować” swoje własne – jest uciążliwa i rynkowo niebezpieczna, będzie też taka coraz bardziej. Dodatkowo, o ile jeszcze dekadę temu programom naśladującym ludzką twórczość szło raczej słabo, o tyle teraz są w stanie kopiować to, co „widzą”, naprawdę dobrze. Mogą na przykład skopiować styl danego twórcy. W przypadku choćby Vincenta van Gogha nie jest to wielki problem, bo artysta już nie żyje i nie może na swoich dziełach zarobić już nic oprócz coraz większego uznania w oczach potomnych. Pytanie o to, czy żyjący twórca, od którego program „pożycza” pewne emblematyczne cechy, może się procesować i właściwie z kim – pozostaje jednak otwarte. Sprawa uregulowania praw autorskich do ilustracji tworzonych nie przez ludzi będzie zresztą bardzo ciekawa. Póki co jest to ziemia niczyja, co z libertariańskiego punktu widzenia jest stanem satysfakcjonującym. Ale to się przecież nie utrzyma długo. Odpowiedzi na to, jaki zysk w sprzedaży komputerowo tworzonych ilustracji powinien mieć trener sztucznej inteligencji, czy pod uwagę powinny być brane roszczenia artystów, na podstawie których uczą się programy, oraz jak je wyceniać i pewnie inne zagadnienia prawne – gdzieś znajdą swoje orzecznictwo. Może nawet niejedno. Mogę sobie wyobrazić konkurencję różnych systemów prawnych, w których to na przykład Unia Europejska będzie miała podejście bardziej chroniące ludzkich artystów, a jakiś inny obszar lub kraj pozwoli swobodnie działać korporacjom generującym ilustracje, nie obciążając ich żadnym podatkiem od wykorzystanego dziedzictwa.

Wracając do teraz: ArtStation obiecało tak zmienić warunki korzystania z serwisu, aby jego użytkownicy mogli zastrzec, czy chcą, aby generatory treści uczyły się na przykładach ich autorskich dzieł. Protest taperów nie zatrzyma jednak filmu dźwiękowego.

Zautomatyzowaniu zostaje właśnie poddana taka dziedzina ludzkiej aktywności, która wydawała się być na to odporna. Maszyny wirtualne robią jednak z ogromną szybkością to, co nam, ludziom, zajmuje całe lata: uczą się na przykładach, stają na ramionach gigantów znacznie szybciej niż my. Ostatecznie bowiem każdy malarz, oprócz dosłownie pierwszych twórców odbijających swoje dłonie w jaskini, na czymś bazował. Obejrzał pewną liczbę dzieł mistrzów, ćwiczył, a następnie, jeśli chciał zaistnieć w branży, musiał być oceniany, jeśli zaś chciał utrzymywać się ze swojej działalności – musiał wygrywać na rynku, zdobywać zlecenia. Maszyna robi to samo tylko szybciej, bo nie jest człowiekiem. Nie musi zresztą nawet wiedzieć, co robi – bo liczy się efekt, twórcą mogę być zresztą ja sam. Będąc bowiem odbiorcą cudzych treści, artysty lub programu, mogę sam znajdować w nim konteksty, a emocje, jakie we mnie one wzbudzą, będą ostatecznie moje. Radość, dumę, motywację – ale też smutek, zadumę, nostalgię – może zaszczepić w moim umyśle tak dzieło człowieka, jak i algorytmu.

Nie ma jednak mowy o końcu ludzkiej kreatywności, choć w dobitny sposób i bliżej, niż nam się wydawało, znaleźliśmy część jej granic. Wspomniani taperzy jak najbardziej istnieją – sam byłem kiedyś na pokazie Metropolis z akompaniamentem na żywo. Świetne doświadczenie, inne niż oglądanie filmu z dźwiękiem. Tak samo stanie się z artystami. Nie każdy będzie chciał, czy też potrzebował korzystać z usług wirtualnego grafika. Praca ludzi będzie inaczej wartościowana i kiedy maszyny do tworzenia ilustracji staną się bardzo popularne, rynek w innym miejscu określi popyt i podaż. Ilustracja informacyjna do tekstu wcale nie musi być tworzona przez profesjonalnego fotografa czy grafika. Generyczny obrazek może być dostarczony przez generator. Sztuka ludzi zresztą nie zniknie – twórczość jest nam potrzebna, bez możliwości ekspresji niektórzy z nas nie są w stanie funkcjonować. Sztuczne perły nie wyparły prawdziwych, a wołowina dziczyzny.

Kontent generowany maszynowo wypiera jednak kontent generowany przez ludzi – bo ludzie wykonujący zawody teoretycznie kreatywne w praktyce też bywają odtwórczy. Niekoniecznie z winy własnych ograniczeń lub upodobań. Częściej dlatego, że publiczność lubi te piosenki, które już zna. Masowym gustom można jednak schlebiać taniej i nie ma w tym nic złego. Ostatecznie może niektórzy z grafików obecnie sprzedających powtarzalność znajdą okazję do tego, aby zaproponować nowość.

Marcin Chmielowski
* autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułNa świecie i w UE rośnie wydobycie i zużycie węgla
Następny artykułUE ściga się z USA o wysokość dotacji dla zielonego przemysłu