Po to właśnie mamy wolność słowa, aby różne przekonania swobodnie cyrkulowały i konkurowały między sobą na „wolnym rynku idei”. Lepsze powinny ostatecznie wygrywać, a gorsze stanowić tylko nauczkę na przyszłość i punkt odniesienia. Nie są jednak pozbawione wartości – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Znaczna część Czytelników zapewne z większą uwagą niż wcześniej obserwuje ostatnio bieżące wydarzenia i doniesienia prasowe. Są ku temu dobre powody. Najpierw pandemia, która wywołała nie tylko olbrzymi kryzys zdrowotny, ale także etyczny, ekonomiczny i prawny. Decyzje medyczne i polityczne zmieniały się chaotycznie, z dnia na dzień. W następstwie pojawiły się problemy natury społecznej i gospodarczej. Nie da się już też ukryć narastającego wewnętrznego konfliktu politycznego, który zresztą rozlewa się na konfrontacje z Unią Europejską, ale w kraju przejawia głównie pod postacią skłócenia Polaków i zmęczenia rządami aktualnej koalicji. Ostatecznie wszystko przypieczętowała agresja rosyjska na Ukrainę, której przyczyny, przebieg i możliwe zakończenie nie są wcale oczywiste, o czym świadczy liczba różniących się jednak komentarzy.

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Dla większości ludzi, niezależnie od ich sympatii politycznych, było dość jasne, że to właśnie Rosja jest agresorem, a Ukraina się po prostu broni i ma ku temu święte prawo. Sam już pisałem o tym, że w oczach przeciętnego odbiorcy casus belli Rosji wydawał się co najmniej naciągany, przedstawione przez jej lidera wytłumaczenia historyczne raczej pseudonauką niż rzetelną analizą stosunków sąsiedzkich pomiędzy plemionami wschodniosłowiańskimi, a stosowane przez rosyjską armię metody za sprzeczne z prawem międzynarodowym i moralnością. Części polskiej opinii publicznej przeszkadzała wprawdzie przymusowa emigracja Ukraińców do Polski, ale uważam, że ten problem był jednak w pewnej mierze medialnie i sztucznie napompowany, a w praktyce uchodźcy otrzymali należny im szacunek i pomoc. Na marginesie uważam, że nikogo do empatii i solidarności nie powinno się zmuszać policyjną pałką albo przepisami prawa, zwłaszcza gdy można polegać na współdziałaniu ludzi robiących to wszystko z własnej i nieprzymuszonej woli.

Niektórzy komentatorzy, także zachodni, próbowali zarazem przedstawiać dodatkowe wytłumaczenia zaistniałej sytuacji. Chodziło o takie fakty, jak nagła i sprzeczna z pewnym międzynarodowym equilibrium ekspansja NATO lub Unii Europejskiej w kierunku wschodnim. Są też tacy, którzy nie dowierzają w możliwość zwycięstwa małej Ukrainy nad olbrzymią Rosją, a więc z konieczności proponują przygotowanie się na jakieś inne rozwiązanie problemu. Jeśli już ma się określone przekonania co do przyczyn lub skutków, to proponowanie odmiennych środków i metod nie jest przecież całkowicie nieracjonalne. Pamiętajmy o tym, że świat nie jest czarno-biały, a ustalenie faktów i związków przyczynowo-skutkowych na gruncie zdarzeń społecznych i historycznych nie jest tak samo łatwe jak w fizyce. Z tego względu, a także z uwagi na panującą na Zachodzie zasadę możliwie szerokiej swobody ekspresji, nie próbujmy tym historykom i komentatorom zamykać ust i z góry oskarżać ich o zdradę. Zawsze warto zbadać intencje i realny cel, a także to, czy oburzające nas twierdzenia nie mają jednak jakiejś racjonalnej podbudowy. Trzeba także dać drugiej stronie możliwość repliki. Z uwagi na to, że nikt z nas nie jest w stanie dosięgnąć prawdy absolutnej, w warunkach demokratycznego pluralizmu musi się pogodzić z istnieniem niedoskonałych opinii i interpretacji faktów, które oczywiście mogą się spotkać z polemiką. Wydaje się to oczywiste, ale tak nie jest.

W tym kontekście, jako przecież laik z zakresu taktyki prowadzenia działań wojennych, mam problem z oceną raportu Amnesty International, który ostatnio wywołał oburzenie opinii publicznej. Zacznijmy od tego, że z organizacją tą nie do końca, a przynajmniej nie zawsze, zgadzam się politycznie. To rzecz normalna. Amnesty International głosi wprawdzie pewne uniwersalne hasła, takie jak działanie na rzecz zniesienia kary głównej i przeciw torturom, poszanowanie prawa do protestu i swobody ekspresji, czy w końcu ochrona praw dysydentów politycznych. Moim zdaniem, wpadła jednak w popularną dzisiaj pułapkę stawiania znaku równości między bardziej klasycznymi prawami człowieka, które przed chwilą wymieniłem, a pewnymi postulatami z zakresu obyczajowości, nazywanymi często na przykład „prawami reprodukcyjnymi”. Podobne zarzuty natury politycznej można by mnożyć, ale nie w tym rzecz.

Ciekawe jest również to, że przed publikacją wspomnianego raportu na temat Ukrainy, Amnesty International była raczej pupilkiem polskich środowisk liberalnych i progresywnych. Przejawiało się to choćby „w oświadczeniu w sprawie ataku TVP na polskiego rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara”. Trochę to przypomina już wcześniej przeze mnie omówioną sprawę papieża Franciszka, który odkąd zaczął relatywizować sprawę konfliktu za naszą wschodnią granicą, przestał być ceniony przez ośrodki wcześniej chętnie powołujące się na jego doktrynę społeczną. Czy ta reakcja opinii publicznej jest słuszna, czy nie, tego nie jestem w stanie ocenić. Wszelako, skoro jest silnie nacechowana emocjonalnie i gwałtowna, na pewno może rodzić poczucie niesprawiedliwości, jeśli ktoś wyrażający odmienny pogląd miał zasadniczo dobre intencje i był przekonany o słuszności przesłanek swojego rozumowania. Dopóki tego wszystkiego głośno nie wypowie, często nie przekona się przecież, czy się mylił. Po to właśnie mamy wolność słowa, aby różne przekonania swobodnie cyrkulowały i konkurowały między sobą na „wolnym rynku idei”. Lepsze powinny ostatecznie wygrywać, a gorsze stanowić tylko nauczkę na przyszłość i punkt odniesienia. Nie są jednak pozbawione wartości, tak jak nie są pozbawione wartości spekulacje starożytnych Greków, które dzisiaj uważamy często za nienaukowe w sensie empirycznym, ale jednocześnie za budulec naszej cywilizacji.

Być może jest to istotna wada mojego felietonu, ale nie chcę jednak wnikać w meritum raportu Amnesty International na temat taktyki obronnej Sił Zbrojnych Ukrainy. Po pierwsze, nigdy nie byłem naocznym świadkiem skutków tej walki (i chyba bym nie chciał), a po drugie nie jestem specjalistą w tej dziedzinie. Nakazuje mi to zachować pewną pokorę. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na dwie kwestie. Jeśli nawet inkryminowany raport nie do końca odpowiada naszym oczekiwaniom co do rzetelności i uważamy, że w danym czasie i miejscu mógł mieć szkodliwe działanie, to czy – po pierwsze – nie jest wartością samą w sobie, że wywołał dyskusję? Po drugie, czy rzeczywiście jego publikacja powinna skutkować całkowitą „kancelacją” organizacji? Przypomnijmy, że ma ona przeszło sześćdziesięcioletnią historię, obejmującą także otrzymanie Pokojowej Nagrody Nobla. W tym kontekście zwróćmy również uwagę, że wydano „Oświadczenie Amnesty International Polska nt. ustaleń dotyczących dokumentowania naruszeń prawa humanitarnego”. Nie bez racji stwierdzono tam, że „Amnesty International niezmiennie potępia inwazję Rosji na niepodległą Ukrainę (…)”, a ponadto organizacja zadeklarowała, że stara się działać respektując: „Niezależność, bezstronność i oparcie o dowody (…)”.

Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek w życiu będę czuł się w obowiązku w pewnym sensie bronić tej organizacji, ale być może naiwnie postaram się dać Amnesty International drugą szansę. Nie wiem, czy popełnili błąd przeinaczenia faktów, nadmiernego symetryzmu albo szukania sensacji na siłę, ale brakuje mi dowodów na potwierdzenie często ostatnio rzucanych bez pokrycia obelg, że chodzą na pasku Putina. W końcu mówi się, aby żyć zgodnie z głoszonymi przez siebie samego zasadami. A ja wielokrotnie pisałem w swoich felietonach o tym, że kultura cancelowania prowadzi do przedwczesnych i emocjonalnych ocen oraz niesprawiedliwych reakcji. Czy tak jest w tym przypadku, to oceni historia.

Michał Góra

Poprzedni artykułMocno spadają płace realne w Polsce!
Następny artykułW sektorze produkcji przemysłowej wciąż brakuje pracowników