Zwróćmy uwagę, że gwałtowny wzrost napięcia w stosunkach między Rosją i Ukrainą nastąpił po dwukrotnym spotkaniu prezydenta Bidena z prezydentem Putinem. Czego mógł chcieć prezydent USA od prezydenta Rosji, skoro w czerwcu i w lipcu ub. roku aż dwukrotnie z nim rozmawiał? O tym m.in. w najnowszym felietonie Stanisława Michalkiewicza.

Wojna, podobnie jak epidemia, stanowi wspaniałą okazję, by niepostrzeżenie przeprowadzić przedsięwzięcia, które w normalnych warunkach byłyby niemożliwe, a przynajmniej bardzo trudne. Wspaniałą okazję do emocjonalnego rozhuśtania milionów ludzi, którzy – manipulowani przez pierwszorzędnych fachowców od propagandy – popadają w amok. Zwrotnie udziela się on też manipulatorom i w ten sposób amok coraz bardziej narasta, angażując nawet Niebo. Oto bowiem biskupi katoliccy, z Jego Eminencją Kazimierzem kardynałem Nyczem na czele, modlą się i zalecają modły w intencji Ukrainy, to znaczy – żeby ona zwyciężyła – podczas gdy patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl wznosi modły o zwycięstwo Rosji.

W tej trudnej sytuacji Pan Bóg nie ma innego wyjścia, jak stanąć po stronie silniejszych batalionów, a wiadomo, że silniejsze to te, które wygrają. Od strony teologicznej wszystko zatem będzie w jak najlepszym porządku. W tej chwili nikt, być może nawet Niebo, nie wie, które bataliony okażą się silniejsze, bo jeśli wierzyć przekazowi strony ukraińskiej, to wynika z nich, że zdemoralizowana armia rosyjska ucieka w popłochu, porzucając sprzęt bojowy, który zresztą i tak został wcześniej zniszczony, więc klęska Rosji wydaje się przesądzona, a zwycięstwo Ukrainy – w zasięgu ręki.

Przekazu rosyjskiego nie znamy, bo – chociaż konstytucja zakazuje cenzury –  Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, w ramach pedagogiki specjalnej, starannie odcięła polską publiczność telewizyjną od rosyjskich kłamstw – bo wiadomo, że Rosjanie nic, tylko kłamią i kłamią – dzięki czemu nic już nie przeszkadza w narastaniu amoku i upowszechnianiu zachowań stadnych.

Jak jest naprawdę? Trudno zgadnąć, bo sytuacja przypomina tę z roku 1940, kiedy to do Berlina przybył sowiecki minister spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow. Podczas rozmowy z ministrem Joachimem Ribbentropem, który zapewniał go, iż Anglia została już właściwie pokonana, nagle zawyły syreny zwiastując alarm lotniczy z powodu brytyjskiego nalotu. Obydwaj rozmówcy zeszli więc do schronu, w którym minister Ribbentrop nadal przekonywał Mołotowa, że Anglia została już rozgromiona. – To dlaczego siedzimy w schronie – zapytał Mołotow?

Odnosząc tę, zresztą całkowicie prawdziwą, anegdotkę do sytuacji na Ukrainie, widzimy, że jedynym konkretem jest rosnąca lawinowo liczba uchodźców z tego kraju. W dzień poprzedzający napisanie tego felietonu liczba tych, którzy przedostali się do Polski, przekroczyła milion, a Straż Graniczna przewiduje, że kolejnego dnia przybędzie dodatkowo 140 tysięcy. Jeśli sukcesy ukraińskie jeszcze trochę potrwają, to w Polsce mogą wkrótce znaleźć się 2, a może nawet 3 miliony obywateli Ukrainy. Skoro zatem jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

Ale nie chodzi o to, bo tego, jak było naprawdę, wkrótce się dowiemy, kiedy nastanie pokój. Każda wojna toczy się przecież o pokój, a w każdym razie ja nigdy nie słyszałem, by jakaś wojna toczyła się o wojnę. Pruski teoretyk wojny Karol von Clausewitz twierdził nawet, że wojna jest przedłużeniem polityki, tylko prowadzonej innymi środkami. Jaki może być cel takiej polityki? Zwróćmy uwagę, że gwałtowny wzrost napięcia w stosunkach między Rosją i Ukrainą nastąpił po dwukrotnym spotkaniu prezydenta USA Bidena z prezydentem Rosji Putinem. Czego mógł chcieć prezydent Biden od prezydenta Putina, skoro w czerwcu i w lipcu ub. roku aż dwukrotnie z nim rozmawiał? Tego oczywiście nie wiem, ale bardzo prawdopodobne, że chciał poznać cenę, jakiej Rosja zażądałaby za obietnicę neutralności w momencie, gdy USA przystąpią do ostatecznego rozwiązywania kwestii chińskiej. Wymowni Francuzi powiadają, że apetyt wzrasta w miarę jedzenia – i w tym przypadku było widać, jak wysoko po tych rozmowach Putin zaczął licytować. Licytacja – licytacją, a poczucie rzeczywistości nakazywało ograniczyć się do przywrócenia stanu z 20 listopada 2010 roku. Jak pamiętamy, wtedy właśnie, podczas szczytu NATO w Lizbonie, proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO–Rosja. Było to najważniejsze postanowienie porządku lizbońskiego, którego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, a kamieniem węgielnym tego partnerstwa był podział Europy na strefę wpływów rosyjskich i strefę wpływów niemieckich. Białoruś i Ukraina były w strefie rosyjskiej, więc nic dziwnego, że po wchłonięciu Białorusi, do czego, mówiąc nawiasem, Polska przyłożyła rękę, Putin zażądał powrotu Ukrainy do rosyjskiej strefy, co nazwał jej „demilitaryzacją”. Bardzo możliwe, że prezydent Biden udzielił mu nie tylko przyzwolenia, ale nawet zachęty, bo zanim cokolwiek się zaczęło, wielokrotnie zapewniał, że ani USA, ani NATO nie będą na Ukrainie interweniowały militarnie. Sęk w tym, że ten prezent trzeba było starannie zakonspirować, żeby za żadne skarby nie wyglądał jak prezent, tylko – jak dopust Boży. Toteż tak właśnie wygląda, bo wojna jest przecież rodzajem dopustu Bożego.

Ale – jak mówi poeta – na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności. Tedy na wypadek, gdyby Putinowi po zajęciu Ukrainy zachciało się jeszcze czegoś, prezydent Biden wykorzystał okazję, by na wszelki wypadek doprowadzić do osłabienia Rosji, a przy okazji zademonstrować swoje przywiązanie do ideałów wolności i demokracji. Temu celowi służą tak zwane „sankcje”, którymi Rosja z dnia na dzień została obłożona – chociaż pewne sfery zostały spod nich wyjęte. Mam tu na myśli przechodzący przez Ukrainę ropociąg i gazociąg, przez który, mimo szalejącej wojny, jak gdyby nigdy nic płynie do Europy rosyjski gaz w ilości 107 milionów metrów sześciennych na dobę. Ani Rosjanie go nie bombardują, ani Ukraińcy – nie wysadzają, podobnie jak linii kolejowych – no a Europa Zachodnia wyjęła Gazprom i jego bank spod sankcji, czym wzbudziła zgorszenie rozhuśtanych emocjonalnie obywateli, którzy myślą, że z tymi pryncypialnymi zasadami to wszystko naprawdę. A przecież podczas bombardowania, a potem pacyfikowania Iraku, zginęło znacznie więcej ludzi niż na Ukrainie, gdzie zresztą giną tylko Rosjanie, podobnie jak podczas pacyfikowania innych wrogów Izraela, między innymi Afganistanu i Syrii. Jak retorycznie pyta poeta: „Czy ktoś powiedział na to co? Były z powodu tego dąsy?”. Ależ skądże, wcale nie, bo wtedy – jak zresztą zawsze, gdy stroną wojującą są Amerykanie – chodziło o jedynie słuszną sprawę, podczas gdy ta rosyjska, na Ukrainie, jest głęboko niesłuszna. Taki jest rozkaz i wszyscy miłośnicy wolności w strefie wpływów amerykańskich powszechnie i bez zastrzeżeń podporządkowują się poleceniom Propaganda Abteilung z Waszyngtonu.

Kiedy jednak kurz i emocje opadną, trzeba będzie ustanowić jakiś modus vivendi i przedsiębiorstwa, które na fali świętego oburzenia albo opuszczają Rosję, albo zrywają wszystkie z nią stosunki, będą musiały ponownie je nawiązać i wrócić do Rosji choćby po to, by nie utracić swoich fabryk, a przede wszystkim rosyjskiego rynku, na którym były obecne bynajmniej nie ze względów charytatywnych, tylko dla zarobku. Jak długo będą godzić się z utratą jednego i drugiego? Dobrze byłoby to wiedzieć, bo kiedy już przestaną się godzić, wojna będzie musiała się tak czy owak zakończyć.

Stanisław Michalkiewicz 

Poprzedni artykułWraca projekt ustawy „Tanie paliwo”
Następny artykułUstawa o pomocy dla Ukraińców przyjęta