“W zeszłym tygodniu skrajnie konserwatywny prezydent Polski utrzymał się u władzy. Jego populistyczny nacjonalizm może przekształcić europejską prawicę” – tak zaczyna swój artykuł Matthis Bitton w “National Review”. To ciekawe, jak postrzega wygraną Andrzeja Dudy środowisko skupiające amerykańskich konserwatystów będących w opozycji do Donalda Trumpa. Warto przeczytać:

Kiedy przyszły prezydent Ronald Reagan i republikańscy fuzjoniści stworzyli antyradziecką koalicję w latach sześćdziesiątych, zebrali całe spektrum libertarian i tradycjonalistów, których nie łączyło zbyt wiele na poziomie filozofii. Od tamtej pory konserwatywni intelektualiści i przywódcy polityczni debatują nad spójnością fuzjonizmu – lub jej brakiem.

Tymczasem w Europie ruchy prawicowe od dawna cierpią z powodu szerszego i głębiej zakorzenionego rozłamu. Z jednej strony umiarkowani konserwatyści, którzy przede wszystkim wspierają wolny rynek, bronią wolnego handlu i Unii Europejskiej, bardzo mało dbają o podtrzymywanie tradycji i są gotowi do interwencji za granicą w imię praw człowieka. Z drugiej strony nacjonaliści, którzy opowiadają się za quasi-socjalistyczną polityką gospodarczą, sprzeciwiają się imigracji, odrzucają Unię Europejską, krytykują nieuregulowany handel międzynarodowy i kładą nacisk na konieczność zachowania tożsamości narodowej. Na pierwszy rzut oka te dwa polityczne ugrupowania nie zgadzają się prawie w niczym. Kiedy nacjonaliści opowiadają się za programami służby wojskowej, umiarkowani odpowiadają, że takie propozycje zagroziłyby wolnościom obywatelskim. Kiedy nacjonaliści twierdzą, że silne państwo opiekuńcze pomaga tradycyjnym rodzinom, umiarkowani odpowiadają, że niewidzialna ręka jest więcej niż w stanie poradzić sobie z sektorem opieki zdrowotnej. Jeśli zaś chodzi o politykę zagraniczną, podczas gdy umiarkowani postrzegają każde wyzwanie dla liberalnego porządku światowego jako zagrożenie egzystencjalne, nacjonaliści z niepohamowanym entuzjazmem świętują upadek współpracy międzynarodowej. Od islamu i edukacji po aborcję i imigrację, lista rzeczy, co do których nie mogą się zgodzić jest bardzo długa.

Ta rozbieżność jest z gruntu filozoficzna. Pod wieloma względami europejska prawica głównego nurtu wyłoniła się jako produkt uboczny Oświecenia. Przyjmując klasyczno-liberalne podejście do państwa i jego funkcji, umiarkowani nie chcą bronić jednoznacznie zdefiniowanej wizji cnoty; zamiast tego ograniczają interwencję rządu, aby uczynić miejsce dla sprzecznych światopoglądów, systemów wartości i przekonań religijnych. Francuscy konserwatyści, tacy jak były prezydent Nicolas Sarkozy, wysoko cenią symboliczne dziedzictwo rewolucji francuskiej – mogą ubolewać nad jej brutalnością, ale całkowicie zgadzają się z modernistycznym przesłaniem, które chciał przekazać rok 1789. W istocie polityka współczesnego konserwatyzmu europejskiego ma charakter proceduralny, a nie merytoryczny. Najważniejsze jest zachowanie tego, co John Stuart Mill nazwał „rynkiem idei”, wspólne używanie rozumu, ochrona porządku publicznego i stabilność umowy społecznej. W głębi duszy centrowa prawica chce „zakonserwować” jedynie struktury ustanowione przez naszych poprzedników, a nie ich sposób życia.

Europejscy nacjonaliści odrzucają ten klasyczno-liberalny projekt, który postrzegają jako nieuczciwą próbę sprzedaży łagodnego centryzmu udającego konserwatyzm. Podczas gdy umiarkowani postrzegają Oświecenie jako początek ograniczenia władzy państwowej i wolności słowa, nacjonaliści pamiętają, jak Immanuel Kant i inni zachęcali sobie współczesnych do wyzwolenia się z „leniwego” i „niedojrzałego” ucisku religii. Podobnie jak ich postępowi odpowiednicy, populistyczni prawicowcy ubolewają nad bezmyślnym oświeceniowym kultem „rozsądku”, postrzeganym jako lek, który ma uwolnić nas od wszelkich uprzedzeń – w tym, jak to ujęła Mary Wollstonecraft, od „służalczego uścisku” tradycji.

Temu racjonalistycznemu etosowi nacjonaliści przeciwstawiają głęboko zakorzenione poczucie przynależności. Cywilizacja jest koniecznym brzemieniem, które powinniśmy dźwigać z niepohamowaną dumą i z odwagą. Nasz synowski obowiązek wobec przeszłości jest absolutny, a jeśli utrzymanie tego, co Perykles nazywał „pieczęcią aprobaty naszych przodków”, oznacza walkę z tym, co inni mogą postrzegać jako „postęp”, to trudno. Nacjonaliści wolą ryzykowną ścieżkę suwerenności od wygody instytucji ponadnarodowych. Ich konserwatyzm jest wszechogarniający: powinniśmy zachować trwałość kultury, zapał religijny i instytucje. Z gruntu formalni europejscy konserwatyści głównego nurtu są gotowi do kompromisu w imię spójności społecznej. Z drugiej strony populistyczni nacjonaliści postrzegają politykę jako grę o sumie zerowej, w której każde ustępstwo na rzecz „dekadenckiej” lewicy przybliża nas o krok do „Drogi do zniewolenia” Hayeka.

Oprócz sporów politycznych, kolejną znaczącą różnicą między dwoma ruchami politycznymi jest styl. Umiarkowani konserwatyści europejscy, tacy jak Theresa May czy Angela Merkel, zazwyczaj przyjmują rolę subtelnego technokraty. Ich ton jest wyważony, ich postawa oderwana od gniewu popularnej polityki. Nie przedstawiają się jako trybuni rozczarowanego ludu. Pochodzą z elitarnych uniwersytetów i banków inwestycyjnych, uosabiają pewien rodzaj światowej miejskości. Z kolei populistyczni prawicowcy, tacy jak Marine Le Pen czy Nigel Farage, są ulubieńcami tego, co prezydent Trump nazywa „milczącą większością”. Przekonani wojownicy kultury, nie stronią od bombastycznej retoryki, historycznych hiperboli i złowieszczych obrazów. Dla nich polityka nie jest grecką agorą, ale rzymskim konkursem gladiatorów.

W zeszłym tygodniu Andrzej Duda, kwintesencja wschodzącej nacjonalistycznej prawicy, o włos ponownie wygrał wybory na prezydenta Polski. Choć wygrał niewielką liczbą głosów, symboliczne konsekwencje jego zwycięstwa mogą być monumentalne. Triumf Dudy jest jedynie symptomem szerszej zmiany paradygmatu politycznego: stopniowego zastępowania klasycznej, liberalnej prawicy głównego nurtu jej populistycznym odpowiednikiem. Zdeterminowany, by utrzymać się na stanowisku prezydenta, Andrzej Duda prowadził kampanię, która zdecydowanie podzieliła kraj. 13 czerwca powiedział zwolennikom, że ruch LGBT jest „ideologią gorszą od komunizmu”, po czym oskarżył niemieckie media o wspieranie swojego liberalnego przeciwnika, prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. Wśród innych kontrowersyjnych posunięć Duda wykorzystał państwowe media jako narzędzie kampanii dla partii rządzącej: Prawo i Sprawiedliwość (PiS); 9 czerwca napis znajdujący się w centrum podczas głównego polskiego programu wieczornych wiadomości głosił: „Czy Trzaskowski spełni żydowskie roszczenia?” Podczas gdy niektórzy mogą uznać ekscesy Dudy za nie do zniesienia, jego zwolennicy utrzymują, że cel uświęca środki. Koniec końcem europejscy nacjonaliści i postępowcy mają co najmniej jedną wspólną cechę: jedni i drudzy postrzegają politykę jako pole bitwy, na którym przeciwnicy muszą zostać całkowicie pokonani.

Wzrost populistycznego nacjonalizmu w Europie może być zjawiskiem przejściowym. Na razie jednak postacie takie jak Duda i Viktor Orbán cieszą się niekwestionowanym wzrostem popularności, co ma przynajmniej dwa uzasadnienia. Po pierwsze, globalizacja sprzyja rozwojowi podziału na obszary wiejskie i miejskie; podczas gdy kosmopolityczni mieszkańcy dobrze skomunikowanych miast są zadowoleni ze stanu rzeczy, ich współobywatele na wsi są świadkami metodycznego rozczłonkowania swoich społeczności. Umiarkowani zdecydowanie za długo odmawiali stawienia czoła tej kulturowej przypadłości, oferując jedynie wytworne uśmiechy i technokratyczne obietnice. Populiści, którzy rozumieją, że emocje i niepokój są niepodlegającymi negocjacjom częściami polityki, wykorzystali bezczynność sił politycznych głównego nurtu. Po drugie i najważniejsze, nowoczesna europejska prawica najzwyczajniej w świecie całkowicie porzuciła solidne konserwatywne wartości. Polski europoseł Ryszard Legutko zauważył, że nie ma już znaczącej różnicy między neoliberalną lewicą a jej prawicowym odpowiednikiem. Chociaż nie musimy zgadzać się z polityką Legutki, jego uwaga z pewnością trafiła do rozczarowanych Europejczyków poszukujących odnowy.

Jednak pomimo wielu obiecujących znaków, narastający podział pokoleniowy może przypieczętować ostateczny upadek nacjonalizmu. W całej Europie populistyczni przywódcy okazali się niezdolni do zdobycia poparcia młodzieży, kolejnej rozczarowanej grupy demograficznej, której znaczenie wyborcze rośnie z dnia na dzień. Duda ledwo wygrał, a 65% wyborców w wieku poniżej 30 lat nie poparło jego kandydatury, podobnie jak młodzi wyborcy odrzucili prezydenta Trumpa, Borisa Johnsona i Matteo Salviniego. Póki co niezachwiane poparcie środowisk wiejskich napędza wzrost nacjonalizmu. Za kilka lat może się okazać, że potrzebny jest bardziej umiarkowany głos, aby zdobyć entuzjazm pokoleń, dla których globalizacja wydaje się być czymś oczywistym.

Nie da się przewidzieć, czy rosnąca fala populistycznego nacjonalizmu wzmocni się, czy osłabnie. Ale dla tych, którzy zaczynają myśleć o budowaniu Partii Republikańskiej po Trumpie, niepowodzenia europejskich konserwatystów głównego nurtu mogą być dobrym punktem wyjścia.

Źródło: Matthis Bitton/ National Review