Wojna na Ukrainie stwarza dla Polski wyjątkową okazję, żeby wreszcie spróbowała osiągnąć jakieś korzyści z faktu uczestnictwa w NATO. Jakie? O tym w swoim w najnowszym felietonie pisze Stanisław Michalkiewicz.

Karol Olgierd Borchardt w książce „Znaczy kapitan” wspomina jeden z wykładów w Szkole Morskiej w Tczewie. Przedmiotem wykładu była historia Polski, a zajęcia prowadził oficer marynarki, uprzednio służący w marynarce rosyjskiej. W pewnym momencie powiedział: „Otczizna nasza została podzielona na trzy czensti. Jedną wzięli Giermańcy, drugą – Awstryjcy, a trzecią – my”. Powiadają, że historia się powtarza i kto wie, czy się nie powtórzy, zwłaszcza że nasi Umiłowani Przywódcy już nie mogą wytrzymać, by Polskę jak najszybciej wprowadzić do wojny. Państwa przewidujące postępują odwrotnie: jeśli już wojna jest nieunikniona, to starają się jak najdłużej trzymać od niej z daleka, by wejść dopiero pod koniec tak, żeby zdążyć na defiladę zwycięstwa. Niech wojują inni – ci niecierpliwi. Tak postępowali „Awstryjcy”, a przynajmniej w XVI wieku taką mieli zasadę: „bella gerant alii, tu felix Austria nube” (niech inni toczą wojny, ty szczęśliwa Austrio zawieraj małżeństwa).

Ale i w tej niecierpliwości naszych Umiłowanych Przywódców, by Polskę jak najszybciej wprowadzić do wojny, może tkwić racjonalne jądro, a nawet dwa – a przynajmniej ich pozór. Po pierwsze bowiem, wojna na Ukrainie okazała się dla Zjednoczonej Prawicy prawdziwym darem Niebios. Jak ręką odjął ucichły fałszywe pogłoski o dekompozycji w łonie tej koalicji, a poza tym ustała również walka kogutów, jaką Zjednoczona Prawica od lat prowadziła z obozem zdrady i zaprzaństwa Donalda Tuska. Dzisiaj wszyscy pławią się i prześcigają w patriotycznych frazesach, a kto nie dość skwapliwie z tego klucza ćwierka, to został przez samego Donalda Tuska, stojącego na czele partii przez złośliwców nazywanej Volksdeutsche Partei, oskarżony niemal o zdradę stanu. Po drugie – co wydaje się ważniejsze – ponieważ ogłoszony został początek końca epidemii zbrodniczego koronawirusa, mogło dojść do godziny prawdy, która dla rządu mogłaby okazać się bardzo nieprzyjemna, a nawet groźna. Gdyby jednak Polska została do wojny wciągnięta, to wszystko można by zwalić na Putina, jako że jest on dobry na wszystko, a poza tym pan minister Kamiński, przy współpracy KRRiTV już by dopilnował, żeby żaden z malkontentów nie odważył się nawet pisnąć.

Ale oprócz tych dwóch plusów dodatnich wojna na Ukrainie ma jeszcze dwa kolejne. Po pierwsze – epidemia zbrodniczego koronawirusa, która w optymistycznych prognozach miała zakończyć się dopiero późnym latem, ustała, jakby ręką odjął. I w rządowej, i w nierządnej telewizji możemy sobie obejrzeć dziesiątki tysięcy uchodźców z Ukrainy, wśród których dziwnym trafem pojawia się coraz więcej Murzynów, co to przedtem szturmowali granicę polsko-białoruską, którzy codziennie przekraczają przejścia graniczne. Nikt ich tam nie testuje na obecność zbrodniczego koronawirusa, nikt nie karci ich mandatami za brak maseczek, a jak już znajdą się na polskiej stronie granicy, zaraz odpowiednie służby, bez żadnej kwarantanny, rozwożą ich po Polsce na wszystkie strony. I znowu okazało się, że zbrodniczy koronawirus jest politycznie wyrobiony, bo żadna kolejna fala epidemii się nie podnosi. Ba – niechby spróbowała!

Po drugie – z okazji wojny na Ukrainie prezydent USA Józio Biden wielokrotnie zapewniał, że zrobi „wszystko” dla wzmocnienia wschodniej flanki NATO. W dodatku w dniach ostatnich, rząd „dobrej zmiany” przyjął projekt ustawy o obronie Ojczyzny. Podobno ma ona tyle samo artykułów, co tzw. Polski Ład, którego falstart zatwierdził nawet sam Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, więc i w tym przypadku niebezpieczeństwo falstartu jest duże. Esperons jednak, że to się nie stanie i ustawa szczęśliwie przejdzie proces legislacyjny w tempie stachanowskim.

Projekt przewiduje m.in. rozbudowę naszej niezwyciężonej armii do 300 tys. żołnierzy. Obecnie – jak podają panowie Michał i Jacek Fiszerowie – nasza niezwyciężona liczy 144 tys. oficerów i żołnierzy, ale 32 tys. spośród nich służy w batalionach Obrony Terytorialnej. W wojskach lądowych jest 61 tys., ale 12 tys. spośród nich to cywile z Narodowych Sił Rezerwowych. Zatem tak naprawdę nasza niezwyciężona liczy sobie 50 tys. oficerów i żołnierzy, z których część służy w jednostkach logistycznych i zabezpieczających. Zatem naszą niezwyciężoną trzeba by powiększyć o 250 tys. oficerów i żołnierzy. Wprawdzie rząd „dobrej zmiany” przekazał za darmo Ukrainie sporo broni, ale podobno – o czym nie trzeba głośno mówić – była to broń przestarzała, której wojsko chętnie się pozbyło. Ale nawet jeśli to prawda, to i tak te 250 tys. dodatkowych żołnierzy trzeba uzbroić. No i pięknie – ale za co?

Obecnie państwo przeznacza na naszą niezwyciężoną 2 proc. PKB. W roku 2021 PKB Polski wyniósł 628 mld USD. Zatem dotychczasowe wydatki wynosiły 12,5 mld USD, czyli – po aktualnym kursie (4,19 zł) – 52,6 mld zł. Projekt ustawy przewiduje zwiększenie tych wydatków do 2,5 proc. PKB, to znaczy – do 15,7 mld USD, czyli 65,7 mld zł. Ma to być pokryte z pozabudżetowego Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych, który składać się ma z wpływów ze skarbowych  papierów wartościowych, ze środków z obligacji emitowanych przez Bank Gospodarstwa Krajowego, a gwarantowanych przez budżet państwa, z wpłat z budżetu państwa i z wpłat z zysków NBP.  Jak widzimy, możliwości kreatywnej księgowości są tu wyjątkowo duże, ale prędzej czy później godzina prawdy musi nadejść, bo obligacje trzeba będzie wykupić, chyba że NBP w ramach „inwestowania” zacznie skupować je od banków komercyjnych – jak robi to teraz – żeby potem „umorzyć”. Ciekawe, że przy tym wszystkim NBP ma zysk, podobnie jak te wszystkie banki, którym nie tylko zwraca się wydatki na zakup obligacji, ale i wypłaca odpowiedni procent – bez najmniejszego ryzyka z ich strony. Słowem – jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej – co wytłumaczy nam dokumentnie pani red. Danuta Holecka z rządowej telewizji.

Tymczasem wojna na Ukrainie stwarza dla Polski wyjątkową okazję, żeby wreszcie spróbowała osiągnąć jakieś korzyści z faktu uczestnictwa w NATO. Skoro USA dają Ukrainie, która do NATO przecież nie należy, broń za darmo, to czy nie mogłyby, w ramach wzmacniania wschodniej flanki, za darmo uzbroić te 250 tys. dodatkowych żołnierzy naszej niezwyciężonej armii? Przecież jest ona częścią sił zbrojnych Paktu Atlantyckiego, a w dodatku rozlokowana jest na wschodnim skraju obszaru obrony NATO. W tej sytuacji wymaganie od Polski, by się wysiliła na samodzielne wzmacnianie wschodniej flanki, byłoby nieuzasadnionym faworyzowaniem państw NATO z Europy Zachodniej i Ameryki Północnej.

A przecież na tym nie koniec. Polska przyjmuje codziennie dziesiątki tysięcy uchodźców z Ukrainy i skąd się tylko da, zapewniając im schronienie, żywność i opiekę medyczną. To też kosztuje, więc byłoby dobrze, gdyby w tych kosztach partycypowały wszystkie pozostałe państwa NATO, podobnie jak w kosztach transportowania z Ukrainy do Polski tamtejszych rannych i chorych oraz ich leczenia w polskich szpitalach.

Na tym jednak nie koniec, bo oto w ramach wojny hybrydowej, jaką od początku roku 2016 prowadzą przeciwko Polsce Niemcy za pośrednictwem skorumpowanych instytucji Unii Europejskiej, Polska, podobnie jak i Węgry, ma zablokowane przez Komisję Europejską nie tylko środki z Funduszu Odbudowy, ale – jak słyszymy – również środki budżetowe na ogólną sumę 770 mld zł. W tej sytuacji czyż prezydent Biden nie powinien nacisnąć na Niemcy, by tę wojnę hybrydową przeciwko Polsce zakończyły i nakazały Komisji Europejskiej odblokować subwencje i zaprzestać stosowania szantażu finansowego?

Gdyby tedy nasi Umiłowani Przywódcy, zamiast upajać się patriotycznymi i buńczucznymi frazesami, spróbowali załatwić te wszystkie sprawy, to by się nawet Polsce przysłużyli. Ale periculum in mora, bo okazja raz stracona jest stracona na zawsze.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułRząd wprowadza w życie rekomendacje ekspertów
Następny artykułKontrowersje wokół unijnego Aktu o rynkach cyfrowych