Rząd zmienił Polski Ład, a właściwie skasował w dużej mierze to, co było jego istotą, i to jest dobra wiadomość. Lecz wciąż jest to o wiele za mało, by zrobić jedyną rzecz, jaka mogłaby nas uratować… Jaką? O tym w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Są dwie metody podejścia do sytuacji, w której władza wycofuje się z idiotyzmu. Pierwsza – którą najchętniej zaleca sama władza – to zachwyt, że rządzący potrafią zmodyfikować swoje podejście, że reagują na sygnały z zewnątrz, że nie są usztywnieni i umieją się dostosować.

Druga – która jest mi bliższa – to wskazanie, że rozwiązania powinny być analizowane przed ich przyjęciem, a nie pchane na chybcika i na rympał. Jeśli zostają głęboko zmienione po zaledwie kilku miesiącach, to znaczy, że ogóle nie powinny były się pojawić w postaci, w jakiej zostały wprowadzone. Owszem, korekty są powodem do chwały, pod warunkiem wszakże, iż dotyczą detali, docierania się przepisów i mechanizmów w trakcie ich obowiązywania. Czymś jednak zgoła innym jest demontowanie po krótkim czasie istoty rozwiązań, które miały stanowić całkowicie nowy system. A to się właśnie stało z Polskim Ładem.

Moja ocena jest ambiwalentna. Z jednej strony, jako zwolennik obniżania podatków, muszę się cieszyć z kierunku zmiany. Obniżka opodatkowania w pierwszym progu do 12 proc. to naprawdę duża zmiana, zwłaszcza w połączeniu z podtrzymaniem wyższej kwoty wolnej i podwyższenia granicy drugiego progu. Trzeba jednak pamiętać, że dla wielu osób wyższa kwota wolna nie rekompensowała niemożliwej już do odliczenia od podatku składki zdrowotnej. Jak to będzie teraz wyglądało, gdy nie mamy jeszcze konkretnych rozwiązań ustawowych – nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że przedsiębiorcy będą mieli nieco łatwiej, bo rząd zapowiada odliczenie składki zdrowotnej od przychodu dla tych na karcie podatkowej, ryczałcie i podatku liniowym.

No i znika niesławna ulga dla klasy średniej, która stawiała granicę tejże na ok. 12 tys. brutto miesięcznie, czyli absurdalnie nisko – zwłaszcza wziąwszy pod uwagę, że „klasa średnia” miała się zaczynać już od ok. 5 tys. brutto. Propozycją zmian rząd potwierdza, że klasa średnia to w istocie ludzie zarabiający wyraźnie więcej. Co nie znaczy, że tę grupę można w ogóle definiować wyłącznie, a nawet głównie poprzez zarobki. Ale to temat na inny tekst.

Jedno trzeba powiedzieć jasno: tak, to jest obniżka podatków i to dobrze. Lecz ocena nie jest jednoznacznie pozytywna. Trzeba bowiem zadać pytanie, które wskazałem na początku: jak to możliwe, że rząd w ogóle wdrożył system, który był ewidentnie nieprzemyślany, który był krytykowany powszechnie, który „zawiesił się” natychmiast po wprowadzenia i o którym było wiadomo, że tak się właśnie stanie? Jak można było tak gruntownie dać plamę?

Jednym z podstawowych kryteriów oceny przez inwestorów – lecz także przez własnych obywateli, którzy przejawiają ducha przedsiębiorczości – danego kraju jako dobrego miejsca do inwestowania jest stabilność prawa. Druga fundamentalna zmiana w ciągu zaledwie kilku miesięcy, przewracająca znów do góry nogami system, którego już jakoś tam księgowi i specjaliści od finansów zdołali się nauczyć, mocno zniechęca. W dodatku zmiany miałyby wejść od połowy roku – jest to możliwe, o ile są korzystne dla podatników – a to oznacza, że w momencie rocznego rozliczenia w kwietniu 2023 r. zapanuje totalny chaos. Dziś chyba nikt nie ma pojęcia, jak będą rozliczane podatki, jeśli do czerwca będzie obowiązywała ulga dla klasy średniej, a potem już nie, za to w grę będzie wchodzić obniżona stawka podatku w pierwszym progu.

Jest też makroekonomiczny aspekt sprawy. Kolejna podatkowa rewolucja nie została przecież spowodowana tym, że politycy PiS nagle stali się zwolennikami ograniczania fiskalizmu. Socjaliści pozostają socjalistami. Powód jest inny: dramatyczna sytuacja gospodarcza, w której będziemy się pogrążali. Nakładało się na siebie mnóstwo złych czynników jeszcze przed wojną na Ukrainie. Ta wymierzyła kolejny cios. Jeżeli Polska – oby nie! – postanowi bez należytego przygotowania substytutów zrezygnować przede wszystkim z rosyjskiej ropy, inflacja nas zgniecie. A i bez tego będzie średniorocznie kilkunastoprocentowa. Ceny gazu nie przestały rosnąć, złotówka jest rekordowo słaba, droga benzyna, a zwłaszcza ropa, to wzrost cen wszystkiego – od bułek po usługi komunalne. Na to nakłada się radykalny wzrost cen żywności, spowodowany przez wojnę i zamknięcie spichlerza Europy, czyli Ukrainy, a także wyeliminowanie importu z Rosji. Rządzący już wiedzą, że będzie bardzo źle. Nawet przekaz Mateusza Morawieckiego nie jest już optymistyczny. Zmiana ma więc zapewne za zadanie nieco osłodzić obywatelom znaczące pogorszenie ich sytuacji, które będzie wynikało również z działań Rady Polityki Pieniężnej, próbującej przydusić inflację za pomocą stóp procentowych. To zaś oznacza kolejne ciosy w posiadaczy złotówkowych kredytów, ale również zmniejszy w ogóle dostępność kredytowania, które przecież jest nieodzownym instrumentem działania biznesu.

Jaki będzie ostateczny skutek, nie sposób dzisiaj powiedzieć. Jesteśmy w sytuacji, w której nie byliśmy chyba jeszcze w historii III RP. Rząd zmienił Polski Ład, a właściwie skasował w dużej mierze to, co było jego istotą, i to jest dobra wiadomość. Lecz wciąż jest to o wiele za mało, by zrobić jedyną rzecz, jaka mogłaby nas uratować: radykalnie ułatwić prowadzenie działalności gospodarczej, jednocześnie obcinając rozbuchane wydatki publiczne, powypychane już w dużej mierze do funduszy celowych, będących poza kontrolą parlamentu.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułFiasko programu Mieszkanie Plus
Następny artykułPaweł Majewski nie jest już prezesem PGNiG