Małe i średnie przedsiębiorstwa liczą na to, że sektor finansowy nie porzuci ich w kryzysie, a nad chęcią wyżyłowania za wszelka cenę zysków, do którego przyzwyczaili się przez lata akcjonariusze banków, przeważy chęć utrzymania dobrych relacji i wspólnego radzenia sobie w koronawirusowym kryzysie. Chociaż wielu przedsiębiorców wzruszy w tym momencie ramionami, uśmiechając się sceptycznie, jest jednak nadzieja.

Fot. Pixabay

Z uznaniem należy ocenić przedłużenie przez banki do końca września terminu obowiązywania tzw. moratorium pozaustawowego, czyli składania przez firmy wniosków o wakacje kredytowe. Spróbujmy uwierzyć, że banki zgodziły się na to, zapewne bez entuzjazmu, ale nie wyłącznie pod naciskiem decyzji Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego. Zdecydowały się na odłożenie części swoich przychodów na przyszłość. Mimo skarg na obciążenie podatkiem bankowym i obaw o to, że pogorszeniu ulegnie sytuacja finansowa sporej grupy przedsiębiorców, czyli ich klientów.

Co dla firmy z moratorium?

Stanowisko banków zostało wypracowane „pod patronatem Związku Banków Polskich, w ramach uzgodnień z bankami-członkami ZBP i w związku ze stanem pandemii koronawirusa SARS-CoV-2”. Ponieważ bankami-członkami jest lwia część banków w Polsce, można przyjąć, że za przedłużeniem moratorium były wszystkie banki, łącznie z bankami spółdzielczymi. Moratorium obowiązuje dla instrumentów pomocowych udzielanych od 13 marca 2020 r. do 30 września 2020 r., a MŚP mogą występować o odroczenie spłat rat kapitałowych lub kapitałowo-odsetkowych w trybie automatycznym lub uproszczonym na maksymalnie 6 miesięcy (niezależnie od liczby złożonych wniosków przez danego klienta).

Do końca maja firmy złożyły 109 tys. wniosków o tzw. pozaustawowe wakacje kredytowe, do dziś – ponad 110 tysięcy. ZBP twierdzi, że banki rozpatrzyły pozytywnie 86 proc. tych wniosków. Łączna kwota odroczonych rat miała wynieść ok. 18,2 mld zł i wartość ta niewątpliwie robi wrażenie.

– Jeśli klient miał moratorium na trzy miesiące i teraz na początku lipca chciałby je przedłużyć o kolejne trzy, to musi złożyć ponownie wniosek. Trzeba pamiętać, że maksymalny termin odroczenia spłaty rat to 6 miesięcy. Jeśli ktoś już wykorzystał te 6 miesięcy, to nie ma już uprawnienia w ramach moratorium – informuje Tadeusz Białek, wiceprezes Związku Banków Polskich.

Istnieje możliwość (ale nie obowiązek) przedstawienia przez firmę dodatkowego zabezpieczenia kredytu, w tym m.in. gwarancjami BGK. Z sygnałów, które do nas napływają od firm, wynika jednak, że owa „możliwość” w praktyce potrafi się zamieniać w dotkliwą konieczność. Żeby firma utrzymała korzystne dla siebie warunki, musi wykupić np. kosztowną polisę na życie czy inny, zazwyczaj zbędny jej produkt bankowy. W takiej sytuacji atrakcyjność wakacji kredytowych maleje i korzyść tego całego rozwiązania stawia pod dużym znakiem zapytania.

Wielokierunkowe ruchy?

Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes ZBP, mówił jeszcze w maju o „pewnych, wielokierunkowych ruchach”, które mieli robić przedsiębiorcy po wejściu w życie antykryzysowej Tarczy finansowej: „Część klientów indywidualnych i przedsiębiorców podejmuje decyzje kolidujące. Wycofują swoje wnioski o przesunięcie harmonogramu spłat kredytów dlatego, że spodziewali się gorszej sytuacji, a ona się nie ziściła. Miejsca pracy i wynagrodzenia zostały utrzymane. W niektórych przypadkach wyraźnie widać, że klienci – szczególnie przedsiębiorcy – uzyskali już lub są w trakcie uzyskania ulgi z ZUS i korzystają z preferencyjnego systemu podatkowego, do tego negocjują nowe umowy ze swoimi partnerami biznesowymi, a mimo tego wszystkiego dokonują zmian w składanych wnioskach do banków”.

Trochę dziwne te dywagacje o „wielokierunkowych ruchach”. Przyjmijmy, w dobrej wierze oczywiście, że Pietraszkiewicz nie sugerował, iż przedsiębiorcy próbowali coś „zachachmęcić” przy okazji korzystania z dobrodziejstw tarcz antykryzysowych. Ot, zwyczajnie, na początku był większy bałagan niż zwykle i już się to „wyprostowało”.

Czego boją się banki?

Banki zazwyczaj nie boją się niczego i nigdy. Czasem tylko udają lęk, czy przez swoich przedstawicieli demonstrują „zatroskanie”, by uzyskać od państwa jakieś dodatkowe korzyści albo przykryć pretensje klientów. Szczególnie te duże, sieciowe i międzynarodowe organizacje finansowe, przyzwyczaiły się do ponadprzeciętnych żniw na polskim rynku. Faktem jest też, że już w pierwszym miesiącu trwania pandemii wartość kredytów zagrożonych, a nie spłacanych należycie od 90 dni – jak poinformował Bankowy Fundusz Gwarancyjny – wzrosła o 2,5 mld zł. Z tego aż 1,4 mld zł to kredyty udzielone firmom. Komitet Stabilności Finansowej, takie specjalne gremium powołane z udziałem sektora bankowego, mówi nawet o „credit crunch” czyli – w uproszczeniu – zapaści, zawalenia się rynku kredytów dla firm. Bo jeśli klienci, którzy odroczyli raty, nie wznowią ich spłacania, a do nich dołączą jeszcze następni, nie dający rady obsługiwać zadłużenia, złe kredyty przygniotą banki. Te zaś mogą odwrócić się od swoich klientów, a koszty kryzysu kredytowego w postaci konieczności utworzenia rezerw celowych przerzucać wyłącznie na firmy. A gdzie było właściwe zarządzanie przez banki ryzykiem kredytowym, gdy była ku temu pora?

Faktem też jest, że bankom dało popalić trzykrotne obniżenie stóp procentowych przez bank centralny, zaś maksymalną wysokość odsetek pobieranych od kredytów ogranicza ustawa antylichwiarska. Hamuje im to drogę do wypracowywania wysokich zysków.

Chociaż ZBP alarmuje o szybkim przyrastaniu w bankach złych kredytów, być może nawet 2,5-krotnie w ciągu dwóch lat, oraz o spadku zysków banków „nawet o kilkadziesiąt procent”, w samym środowisku bankowym nie wszyscy podzielają to „czarnowidztwo”. Kierujący od lat Gdańską Akademią Bankową wiceprezes IBnGR prof. Leszek Pawłowicz mówił na tegorocznym Europejskim Forum Finansowym, że co prawda „szacunki pogorszenia portfela kredytowego są dość pesymistyczne, ale ich zmaterializowanie może nastąpić w przyszłym roku”. Dopiero w przyszłym roku. Może…

Nie ma co dramatyzować. Tym bardziej, że krajowy sektor bankowy ma dobry bufor kapitałowy. Zarabiał dotąd, od 20 lat z górą, rokrocznie po kilkadziesiąt miliardów złotych netto. Na pogorszenie się jakości portfela kredytowego na skutek kryzysowego spowolnienia gospodarki niektóre banki mają odpowiedź taką, jak zwykle: niech zapłacą klienci. Rosną więc marże nowo udzielanych kredytów. Mnożą się przychody „pozaodsetkowe”, czyli różne prowizje i opłaty. Zwiększają się naciski na wykupywanie dodatkowych i kosztownych produktów. Maleje wartość kredytu, który firma może dostać. Branże, które szczególnie ucierpiały wskutek COVID-owej zapaści, takie jak turystyczna, hotelarska czy gastronomiczna, trafiły wręcz w niektórych bankach na „czarną listę”. Czyli listę klientów, którym kredytu nie należy udzielać.

Potrzebna jest zmiana myślenia. Naprawdę to nie jest tak, że bank musi zawsze „swoje” zarobić. Nawet kosztem klienta, kosztem firmy, z którą od lat dobrze współpracuje, kosztem całego sektora, czy zagrożonej branży. Kosztami kryzysu powinno się dzielić tak, jak w czasach prosperity dzieli się zyskami. Jest jednak szansa, że taki sposób rozumowania dotrze także do bankowców.

ZBP mówi o „rewitalizowaniu”, a w razie potrzeby „restrukturyzowaniu” firm. – Zaproponujemy takie instrumentarium, by nie doszło do „credit crunchu”. Będą to m.in. dodatkowe narzędzia restrukturyzacyjne dla firm, bo te obecne są niewystarczające. Narzędzia, które będą mogły pomóc firmom i całym branżom poszkodowanym skutkami pandemii. Oczekiwalibyśmy jednak pewnej liberalizacji podatku bankowego, co pomoże z kolei sektorowi – dodaje prezes Białek.

To też weźmy za dobrą monetę. Czekamy na konkrety.