Unia Europejska wzięła się za nas już nie na żarty. Jej celem jest albo całkowite uprzykrzenie nam życia, albo sprawienie, by tego życia nam się… odechciało.

Tomasz Cukiernik

Z dedykacją dla Marcina, który jest przeciwnikiem publikowania takich tekstów, bo „woli mieć auta elektryczne w barwy tęczy niż rosyjski zamordyzm i syf”.

Tydzień temu pisałem, że przy okazji KPO wyszło na jaw, jakie obostrzenia na samochody spalinowe zamierza wprowadzić polski rząd, by dostać unijne srebrniki. Są to: nowy podatek za rejestrację pojazdu z silnikiem benzynowym lub diesla (od 2024 r.), specjalny podatek dla wszystkich posiadaczy samochodów spalinowych (od 2026 r.), opłaty za korzystanie z autostrad i dróg ekspresowych (już od przyszłego roku), zakaz lub obłożenie opłatami wjazdu samochodów spalinowych do centrów miast powyżej 100 tys. mieszkańców (od 2025 r.). A pamiętajmy, że w wyniku zmiany dyrektywy energetycznej od 2023 r. ma zostać dwukrotnie podniesiona stawka akcyzy na paliwa.

Zakaz aut spalinowych

Niestety w zeszłym tygodniu Parlament Europejski zdecydował o zakazie sprzedaży samochodów z napędem spalinowym (benzyna, olej napędowy, gaz, hybryda) na terenie UE po 2035 r. Wyjątkowo włoskich producentów samochodów luksusowych, takich jak Ferrari, Bugatti i Lamborghini, zakaz zacznie obowiązywać rok później (nie wiadomo, jak wysoka łapówka stoi za tą decyzją, bo przecież duże silniki tych pojazdów szczególnie mocno szkodzą środowisku). Ten absurdalny pomysł poparł cały szereg lewicowych europosłów wybranych w Polsce: Robert Biedroń, Leszek Miller, Sylwia Spurek, Marek Belka, Łukasz Kohut, Bogusław Liberadzki, Marek Balt oraz Włodzimierz Cimoszewicz.

Mogłoby się wydawać, że mamy jeszcze 13 lat korzystania z aut spalinowych. Jednak z pewnością tak nie jest. Parlament Europejski równocześnie ustalił bowiem pośrednie cele redukcji emisji, które do 2030 r. wynoszą 55 proc. dla samochodów osobowych i 50 proc. dla aut dostawczych. Prawdopodobnie technicznie nie jest to możliwe do zrealizowania, więc już od 2030 r. samochody spalinowe nie będą produkowane. Chodzi rzekomo o ekologię, ale to bajka dla naiwniaków. Z badań w Niemczech oraz w Szwecji wynika, iż w całym cyklu użytkowania pojazd elektryczny emituje więcej szkodliwych dla środowiska substancji niż auto z silnikiem diesla lub benzynowym. Czy Unia Europejska zamieni się w skansen motoryzacyjny podobny do Kuby, gdzie nadal w eksploatacji są pojazdy z lat 50. XX w.?

Wprowadzenie podatków od użytkowania samochodów spalinowych ma nas „zachęcić” do zakupu elektryków i przyzwyczaić do tego, co nastąpi kilka lat później, czyli całkowitej rezygnacji z aut spalinowych. Z powodu tych podatków zakup i eksploatacja tych pojazdów będą coraz droższe, sztucznie zbliżając się do kosztów związanych z zakupem i eksploatacją elektryków. Ale to nie spowoduje, że ludzie zaczną masowo kupować samochody elektryczne. Szczególnie Polaków zwyczajnie nie będzie na to stać. O co więc chodzi? Czyżby o pozbawienie ludzi dostępu do transportu prywatnego, a tym samym zabicie aktualnej powszechnej mobilności społeczeństwa? Temu celowi służy też planowane na poziomie unijnym opodatkowanie podróży lotniczych i likwidacja krótkich połączeń. Czy jedynym środkiem transportu dla większości Polaków pozostaną furmanki i dorożki? Ich też może zabraknąć, bo unijna Strategia na rzecz Bioróżnorodności 2030 i Strategia Leśna UE 2030 radykalnie ograniczają możliwości pozyskiwania drewna z lasów.

Zakaz ogrzewania

Polityka eliminacji samochodów spalinowych to nie jest niestety jedyny nasz problem wynikający z członkostwa w Unii Europejskiej. W ramach tzw. Pakietu Fit for 55 Komisja Europejska zamierza najpierw opodatkować budynki opłatami za emisję CO2 (w związku z ich ogrzewaniem oraz podgrzewaniem wody użytkowej), a następnie zakazać używania pieców węglowych, olejowych czy gazowych (tak, także tych, które polski rząd dotuje, by likwidować niską emisję). Zakaz miałby obowiązywać od 2027 r. dla nowych budynków i od 2030 r. dla modernizowanych. Jak więc będą ogrzewane nowe i gruntowanie remontowane budynki? Pozostanie miejska sieć ciepłownicza (jeśli elektrociepłownie przetrwają najbliższą zimę, bo w wyniku polityki klimatycznej i sankcji na Rosję już są na granicy rentowności), a na wsiach trzeba będzie rozpalać ognisko na środku pokoju z nielegalnie pozyskanego drewna z wyżej wymienionego już powodu albo ze śmieci lub chrustu, których przecież też nie ma w nieskończonej ilości. A zimy przynajmniej w Polsce robią się coraz dłuższe. Nawet w średniowieczu nie zakazywano palenia w piecu, więc cofniemy się do ery kamienia łupanego, kiedy piece jeszcze nie istniały.

O ogrzewaniu (jak i ładowaniu akumulatorów aut elektrycznych) prądem można zapomnieć. Już teraz energetyka węglowa płaci grube miliardy za uprawnienia do emisji CO2. Jej likwidacja – zgodnie z unijną polityką energetyczno-klimatyczną – i brak zastąpienia jej np. energetyką atomową doprowadzi do braków energii elektrycznej i blackoutów dużo wcześniej niż w perspektywie roku 2035. Co więcej, w rozporządzeniu Rady (UE) zapisano, iż od 1 stycznia 2025 r. zakazuje się uwalniania do atmosfery i spalania w pochodni metanu ze stacji odmetanowania. Bez odmetanowywania nie jest możliwa praca górników. Oczywiście można wyłapywać metan bez uwalniania go do atmosfery, by go wykorzystać do celów przemysłowych, ale większość polskich kopalni tego nie robi. To by oznaczało, że większość polskich zakładów górniczych nie zakończy wydobycia węgla do 2049 r., jak zdecydował rząd pod wpływem unijnego szantażu, ale być może już w 2025 r.

Czeka nas skrajna bieda

To nie koniec złych wiadomości. Być może zostaniemy zmuszeni do jedzenia sztucznego mięsa. W ramach unijnej inicjatywy obywatelskiej złożono niedawno wniosek do Komisji Europejskiej zakładający zlikwidowanie hodowli zwierząt w Unii Europejskiej. Jeśli aktywiści End The Slaughter Age w ciągu roku zbiorą minimum milion podpisów w co najmniej siedmiu krajach członkowskich, to Komisja Europejska będzie musiała ten wniosek rozpatrzyć. Zamiast tradycyjnego mięsa aktywiści proponują rolnictwo komórkowe, które umożliwia produkcję mięsa, mleka, jaj, kości, skóry w laboratorium oraz dania warzywne imitujące mięso. Pojawiają się też pomysły, by mięso słono opodatkować, choć na razie jego spożycie w ramach unijnych funduszy jest mocno reklamowane.

Zmiany, jakie proponują i wdrażają hipokryci z Unii Europejskiej, idą całkowicie wbrew nie tylko zdrowemu rozsądkowi i interesom przeciętnego mieszkańca bloku, ale i wbrew całej propagandzie o prawach człowieka, demokracji i wolności, jakie rzekomo Bruksela gwarantuje wszystkim mieszkańcom. Gdzie wolność kierowcy, konsumenta i zwykłego mieszkańca miasta czy wsi? To kierowca, a nie polityk, powinien zadecydować, czy chce jeździć autem spalinowym, czy elektrycznym. To właściciel, a nie urzędnik powinien decydować, jaki piec chce zainstalować w swoim domu. To konsument, a nie lewacki ideolog powinien decydować, jakie mięso będzie produkował rolnik. Jeśli ludzie będą chcieli tego wszystkiego, co Unia na siłę wprowadza, to zmiana i tak nastąpi bez ingerencji politycznej. I powinno się to odbyć naturalnie, ewolucyjnie, a nie gwałtownie, rewolucyjnie, jak chcą eurokraci. Nigdy nie wprowadzono prawnego zakazu sprzedaży dorożek i furmanek, a mimo to nie widuje się ich na drogach. Bo tak zdecydował rynek, czyli konsument.

To euroszaleństwo, które rząd PiS bezrefleksyjnie akceptuje, musi zostać zatrzymane (dobrym sygnałem jest, że zaczyna się buntować koalicyjna Solidarna Polska). W wyniku jego realizacji Polska stanie się gospodarczym skansenem, w którym zdecydowana większość społeczeństwa będzie egzystować w skrajnym ubóstwie. Dlatego Polska jak najszybciej powinna się wypisać z tego eurowariatkowa, a co najmniej wypowiedzieć obłąkańczą unijną politykę energetyczno-klimatyczną, Europejski Zielony Ład, Pakiet Fit for 55 (który wkrótce ma się przeistoczyć w Pakiet Fit for 65) itd. Nam pozostaje mieć nadzieję, że w roku 2035 Unia Europejska już od dawna nie będzie istnieć. Przynajmniej w takiej lewackiej, zideologizowanej formie.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułNiemcy zwiększyły o 60 procent import z Rosji. Ukraina oburzona
Następny artykułZUS przypomina o ważnym obowiązku przedsiębiorców