Dewizy nie tylko budziły pożądanie, ale też bywały przyczyną kłopotów. Dlaczego? O tym najnowszy felieton Stanisława Michalkiewicza.

Starsi ludzie pamiętają, że za pierwszej komuny jedną z najcenniejszych rzeczy były dewizy. Tak partia nazywała obce waluty, to znaczy waluty krajów zacofanych pod względem ustrojowym, za to przodujących pod względem gospodarczym. W czytance przeznaczonej już dla drugiej klasy szkoły podstawowej partia wyjaśniała, na czym polegają różnice między jednymi i drugimi krajami. Zapamiętałem tedy z tamtych czasów, że „w ZSRR istnieje planowa gospodarka państwowa”, podczas gdy „w USA pracuje się bez planu”. W takiej sytuacji ZSRR powinien być przodującym na świecie państwem pod względem gospodarczym, a rubel – najbardziej poszukiwaną dewizą. Z zagadkowych przyczyn było jednak inaczej: to USA wysyłały do ZSRR pszenicę, w dodatku bez konieczności urządzania własnym obywatelom „Hołodomoru”, podczas gdy ZSRR bez „Hołodomoru” nie mógł się obejść. Z zagadkowych przyczyn to nie ruble były najbardziej poszukiwanymi dewizami tylko dolary. Skoro tak, to musimy na te zagadkowe przyczyny rzucić nieco światła.

Kiedy ludzie potrzebują waluty jakiegoś państwa? Odpowiedź jest prosta – wtedy, gdy chcą w tym państwie coś kupić. Jeśli bowiem to państwo nie ma niczego do sprzedania albo ludzie nie chcą tam niczego kupować, to waluta tego państwa nie jest im do niczego potrzebna. Poza tym jedne waluty są „wymienialne”, to znaczy można za nie kupić inne waluty, podczas gdy inne wymienialne nie są, stanowiąc w gruncie rzeczy rodzaj bonu konsumpcji wewnętrznej. Otóż za komuny rubel był właśnie takim bonem i ktoś, kto nie zamierzał jechać do ZSRR na wakacje, rubli nie potrzebował. Inaczej z dolarami. Za dolary można było nie tylko kupić wszystkie inne waluty, ale również towary niedostępne za walutę własną. Nazywało się to „eksportem wewnętrznym”, co złośliwcy interpretowali jako „wydalanie do środka”. Eksportem wewnętrznym najpierw zajmował się państwowy bank Polska Kasa Opieki. Mówiono, że był to jedyny bank na świecie, który detalicznie handlował wódką. Toteż w roku 1972 stworzone zostało specjalne Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego PEWEX. W miarę jak pogłębiały się słynne „trudności wzrostu” i za złotówki można było kupić coraz mniej towarów, oferta PEWEXU stale się poszerzała i pod koniec pierwszej komuny można było kupić tam właściwie wszystko. Zresztą niekoniecznie za dolary, bo partia wykombinowała tzw. bony dolarowe, na które można było sobie wymienić dolary. Przyczyna wyszła na jaw dość późno, bo dopiero w roku 1996, w związku z tzw. aferą Oleksego. Polegała ona na tym, że premier Józef Oleksy został z trybuny sejmowej oskarżony przez ministra spraw wewnętrznych własnego rządu o szpiegostwo na rzecz Rosji. Wywołało to zrozumiałe poruszenie, którego ubocznym efektem była publikacja w tygodniku „Wprost” o tym, jak to partia kradła z PEWEXU waluty obce, a następnie, na podstawie zezwoleń dewizowych NBP, lokowała je sobie w szwajcarskich bankach. Na przykład w latach 1988–1989 partia uzyskała 800 zezwoleń dewizowych, z czego wynika, że musiała codziennie realizować więcej niż jeden transfer.

Przykładowo, pewnego dnia do szwajcarskiego banku wysłano 22 mln franków szwajcarskich i 750 tys. dolarów. I tak przez 18 lat – bo tyle lat funkcjonował PEWEX.

Kto trzyma klucz do tego Sezamu, jaki z niego robi użytek? Tego nie wiemy, bo kiedy tylko ta publikacja się ukazała, to prezydent Kwaśniewski oznajmił, że jeśli na ten temat ktokolwiek piśnie słowo, to on zarządzi „lustrację totalną”. W odpowiedzi na tę zastawkę legendarny Jacek Kuroń i niemniej legendarny Karol Modzelewski („Pan Karol jak myśli, to myśli szeroko i mnóstwo ogarnia perspektyw” – zachwycał się poeta) napisali do prezydenta Kwaśniewskiego list, żeby się już nie kłócić, żeby się pogodzić i żeby tylko Józef Oleksy podał się do dymisji. I tak się stało.

Jak widzimy, dewizy nie tylko budziły pożądanie, ale też bywały przyczyną kłopotów. W czasach stalinowskich jak tylko Urząd Bezpieczeństwa dowiedział się, że ktoś ma złoto albo dolary, to takiego jegomościa aresztował, a potem brać ubecka prała go dotąd, aż powiedział, gdzie schował. Jak powiedział, to, albo lądował w dole z wapnem, albo, w drodze łaski, niekiedy takiego wraka ludzkiego nawet wypuszczali, pewni, że ze strachu nic nigdy nikomu nie powie.  Ale to było na etapie surowości („Za Lenina – strzelanina. Za Stalina – dyscyplina”). Kiedy jednak nastał etap dynamicznego rozwoju, dewizy nie tylko wolno było mieć, ale nawet wypadało, tym bardziej że gwoli ich pozyskania partia zaczęła nawet obywateli wypuszczać do zacofanych krajów na tzw. „saksy”.  Żeby taki jeden z drugim obywatel nie czuł się tam bezradny, mógł sobie kupić  całe 50 dolarów, które wystarczały mu nawet na trzy dni. Ale nie każdy dostępował takiego luksusu, bo na przykład ja nie, więc napisałem do dyrektora wydawnictwa, w którym pracowałem, żeby w takim razie wypłacał mi zarobki w dolarach. Oczywiście głuche milczenie było mi odpowiedzią, a i Służba Bezpieczeństwa była oburzona taką zuchwałością.

Cenne dewizy były też argumentem stosowanym przy różnych gospodarczych fenomenach. Na przykład jeszcze w latach 50. prawdziwa kawa była rarytasem, podobnie jak owoce cytrusowe, bo za jedno i za drugie trzeba było płacić cennymi dewizami. Ale przed świętami Bożego Narodzenia partia pragnęła przychylać obywatelom nieba i radio podawało komunikaty, że statek, dajmy na to z cytrynami, płynie do Gdyni, czy Szczecina. Już jest coraz bliżej, już go widać – i tak dalej – ale z reguły zawsze coś tam szło nie tak i cytrusy rzadko docierały do sklepów w terminie, jeśli w ogóle. Toteż wielu podejrzliwców uważało, że partia wcale nie kupowała żadnych cytrusów, tylko zamiast nich sprzedawała propagandę.

Dzisiaj, w następstwie transformacji ustrojowej, partia już tak się nie trzęsie nad cennymi dewizami, bo każdy może je sobie kupić w banku, kantorze, a nawet na poczcie. Jeśli się trzęsie, to najwyżej z tego powodu, że trzeba za nie coraz drożej płacić. Za to inne kraje, zwłaszcza Ameryka, która dewizy emituje, bardzo dba o to, by nadal pełniły one funkcję waluty światowej, a jej potężna armia gotowa jest skarcić każdego, kto by próbował ten stan rzeczy zmienić, czy choćby podważyć. Taki los spotkał straszliwego Saddama Husajna, ale dopiero wtedy, gdy zaczął się odgrażać, że w transakcjach eksportu ropy odejdzie od dolara na rzecz euro albo japońskiego jena. Został schwytany, zaciągnięty przed niezawisły sąd, który, rozumiejąc powinność swojej służby, skazał go na śmierć. Muammar Kadafi nie miał szczęścia trafić przed niezawisły sąd, bo po drodze został zlinczowany przez zagniewany lud. Toteż teraz wszyscy uważają, żeby nie padło na nich podejrzenie, że próbują coś kombinować.

Stanisław Michalkiewicz