Unijna polityka pochylania się nad ciężkim losem pracowników i prawami człowieka w zacofanych krajach, gdzie stopa urzędnika z Brukseli nigdy nie stanęła i pewnie nie stanie, uderzy w biznes, obciążając w efekcie końcowym kieszenie konsumentów. Może też doprowadzić do katastrofy cywilizacyjnej w niektórych regionach świata.

fot. Pixabay

Raport brytyjskich naukowców z Uniwersytetu Sheffield Hallam (SHU) sygnalizuje nowy światowy problem: blisko połowa krzemu stosowanego w produkcji komponentów dla energetyki słonecznej pochodzi z chińskiego Xinjiangu. Tam wytwarzają je zniewoleni w obozach pracy Ujgurzy. Chiny są źródłem większości światowego polikrzemu. To kluczowy materiał używany w produkcji paneli słonecznych. Chińczycy nie tylko śmieli zignorować prośby ekologów i uniokratów o zamknięcie elektrowni węglowych, które przecież dostarczają tanią energię elektryczną potrzebną do produkcji m.in. fotowoltaiki, ale korzystają z darmowej siły ujgurskich więźniów.

My uważamy ich – jak przekazują zachodnie media – za prześladowaną mniejszość. Chińskie władze za terrorystów i separatystów operujących przy ich zachodniej granicy. Urzędnicy Komunistycznej Partii Chin twierdzą, że generalnie autonomiczny i wielokulturowy region Xinjiang-Ujgur znakomicie się rozwija.

Brak własnej produkcji

I co teraz? „Ekologiczne” Europa i Ameryka przestaną kupować od Chin sprzęt do fotowoltaiki? Nie oszukujmy się, nie przestaną. Europa nie ma praktycznie własnej produkcji, a Stany Zjednoczone poniosły klęskę na tym polu – z 75 głównych fabryk części fotowoltaicznych większość została już zamknięta. Ostatnio, po trzynastu latach pracy i wpompowanych w jej rozwój setkach milionów dolarów amerykańskiego podatnika (na samym starcie kapitalizacja firmy w 2008 r. wyniosła 440 mln dolarów), ogłosiła bankructwo strategiczna fabryka SolarWorld AG w Hillsboro w stanie Oregon.

Ten sam Raport SHU piętnuje dziesiątki firm należących do grona światowych potentatów na rynku fotowoltaiki – w tym koncerny niemieckie. Wszyscy żyją ponoć z niewolniczej pracy. Taki raport to gratka i świetny „podkład” dla europolityków, chcących wdrażać w życie nowe idee, mające uzdrowić świat. Ponieważ niemieccy politycy od lat robią, co mogą, by nie łączyć Niemiec z nazizmem i obozami zagłady, do Bundestagu trafiły propozycje nowych przepisów o tzw. rozszerzonej odpowiedzialności biznesu. Zwykła „odpowiedzialność biznesu” i wewnętrzne kodeksy etyki firm już nie wystarczają! Trzeba „przetrzepać” wszystkich, czy oby na pewno w tym zakresie nie kłamią, a pewnie z czasem – wzorem kosztów obciążających „brudne” emisje – wymyśli się tu jakiś szczególny podatek.

Przyjdzie kolej na innych

Na razie obrońcy praw człowieka chcą nałożyć na duże niemieckie firmy obowiązek kontrolowania i wpływania na podwykonawców produktów „w zakresie standardów pracowniczych oraz dotyczących praw człowieka”. Za ich łamanie mają być grzywny.

Po Niemcach przyjdzie kolej na innych, bo Bruksela planuje tu już szczególną regulację. Unia Europejska chce bowiem narzucić firmom odpowiedzialność za łamanie praw człowieka i zasad ochrony środowiska. Urzędnicy unijni uważają, że do tych „faszystowskich” zachowań dochodzi w procesie produkcji, uprawy lub hodowli w krajach rozwijających się. – Problem dotyczy takich powszechnych produktów, jak na przykład czekolada, smartfon czy żel pod prysznic, gdzie przy produkcji łamane są prawa człowieka – apelują Sarah Anne Aarup i Eddy Wax, demaskatorscy komentatorzy POLITICO.

O co chodzi? 60 proc. światowych dostaw ziaren takiego kakaowca pochodzi z Wybrzeża Kości Słoniowej i Ghany, gdzie za niewielkie pieniądze na plantacjach pracuje ponad 1,5 mln dzieci. Podobnie było w kopalniach kobaltu w Kongo. „Przy zbiorach oliwek we Włoszech korzysta się z pracy niewolniczej nielegalnych imigrantów, wykorzystywanych jako tania siła robocza za 2 czy 2,50 euro za godzinę. Powszechne stosowanie oleju palmowego do produkcji np. żelu do kąpieli, prowadzi do masowego wylesienia na innych kontynentach” – alarmuje gazeta.

Teraz wszystkie przedsiębiorstwa z siedzibą w UE mają poczuwać się do odpowiedzialności za naruszenia praw człowieka i środowiska i to na każdym etapie ich łańcucha dostaw. Jeśli nie będą się poczuwać, zmuszą ich do tego nowe przepisy unijne dotyczące należytej staranności (due diligence regulations).

Regulacja sumień

Jak widać, Unia Europejska na poważnie zajęła się też regulacją sumień. Szkoda tylko, że przez kilkadziesiąt lat nie dostrzegała tego rodzaju problemów. Także nie widziała go w krajach Europy Środkowej i Wschodniej, gdzie gros firm żyło – w opisywanym sensie – z pracy quasi niewolniczej.

Dość wspomnieć wielkie, prywatne plantacje drzewek i krzewów owocowych, ogrodzone wysokimi murami z drutem kolczastym, najeżone kamerami i zaopatrzone w wieżyczki obserwacyjne. Podobno to własność niektórych polityków, wykorzystujących w okolicach Radomia i Warki pracę Ukraińców i innych imigrantów oraz pracowników sezonowych. W ogóle to przez większość okresu III RP płace w Polsce – delikatnie mówiąc – nie należały do wygórowanych, w relacji do cen na rynku.

W marcowym raporcie Parlament Europejski uznał sprawę „niewolniczej pracy” za bardzo pilną. Firmy pochodzące z Unii muszą zająć się teraz zapobieganiem nadużyciom. Również Komisja Europejska pospieszyła tu ze stosownym raportem: tylko 37 proc. firm w Unii przeprowadza odpowiednie badania naruszania praw człowieka lub stopnia działalności bez szkody dla przyrody. Obrońcy praw człowieka przystąpili od razu do ataku: prawo dotyczące tzw. należytej staranności ma sprzyjać pociąganiu do odpowiedzialności unijnych firm za szkody wyrządzone w biednych krajach. Sergi Corbalán, dyrektor wykonawczy Fair Trade Advocacy Office na łamach POLITICO wyraził pogląd, że prawo zmusza obecnie firmy do przestrzegania przepisów, ale tylko na papierze i nie da się tego zmienić „bez faktycznego zmuszania ich do zmiany sposobu kupowania i tego, ile płacą za produkty”.

Etyczny biznes

Według różnych statystyk przemysł odzieżowy jest jedną z najbardziej szkodliwych dla środowiska gałęzi przemysłu na świecie. Połowa wszystkich pestycydów stosowana jest przy uprawach bawełny, a jak podaje WHO – co roku na całym świecie dochodzi nawet do 20 tysięcy zgonów w wyniku przypadkowego zatrucia nimi.

Niektóre polskie firmy też chcą nadążać za nowym, europejskim trendem – by produkcja ubrań odbywała się wreszcie w sposób przyjazny dla środowiska, a także z poszanowaniem wartości etycznych. Marka EarthPositive tak opisuje zasady etyczne, którymi się kieruje: „Co ważne, nasze ubrania są również lepsze jakościowo od tradycyjnych. Przy uprawie i zbiorach bawełny nie wykorzystuje się pracy dzieci”.

Z kolei Purella Superfoods chce prowadzić biznes odpowiedzialny społecznie. Firma deklaruje, że dba o to, żeby wszyscy pracujący na plantacjach mieli godziwe warunki pracy i byli dobrze wynagradzani. „Między innymi dlatego wybieramy do współpracy partnerów, którzy są zrzeszeni w organizacji FairChoice, dbającej o zapewnienie odpowiednich standardów pracy”. FairChoice to niemiecki Instytut Zrównoważonego Rozwoju, którego uczestnikami są przede wszystkim podmioty branży winiarskiej. Warto zapamiętać i tę nazwę.

W Grupie Dino Polska S.A. zabronione są jakiekolwiek przejawy nękania, mobbingu czy molestowania seksualnego. I dobrze. Firma dodaje jednak: „na żadnym etapie naszego łańcucha dostaw nie akceptujemy pracy i zatrudniania dzieci poniżej 15. roku życia. Nie akceptujemy pracy przymusowej ani żadnych form niewolnictwa” – czytamy w dokumencie pt. „Kodeks etyki Dino Polska S.A. i spółek zależnych”.
Przykładów polskich spółek deklarujących stosowanie etycznego biznesu w podobny sposób jest oczywiście więcej.

Sprawiedliwy handel

Od marketingowych deklaracji, mających przełożyć się na sprzedaż, wolimy jednak czyny. Sprawiedliwy Handel (Fair Trade) to partnerstwo handlowe oparte na dialogu, przejrzystości i szacunku, które dąży do większej równości w handlu międzynarodowym. Wypełnianie zasad tzw. zrównoważonego rozwoju jest tu praktyką, a nie tylko pustym gadaniem – poprzez oferowanie przez firmy importujące towary lepszych warunków sprzedawcom i realne wspieranie w ten sposób małych producentów rodzinnych.

Faktem jest, że pracownik rodzinnej plantacji kawy w Kenii czy w Ugandzie zarabia pół dolara dziennie, czyli ok. 100 dolarów rocznie. Niewiele więcej zarabia także jej właściciel. Jest to kwota bardzo mała, nawet jak na zdecydowanie niższe koszty życia w tych krajach niż w Europie. Można oczywiście apelować o większe płace i lepsze warunki socjalne dla tamtejszych pracowników, ale faktyczną pomoc dla tych gospodarstw i pracujących tam ludzi będzie stanowiło składanie zamówień na ich towary. Płacąc przy tym za nie uczciwą cenę.

Działający na rzecz sprawiedliwego handlu regularnie prowadzą akcje marketingowo-promocyjne zachęcające ludzi Zachodu do zakupu kawy z małych plantacji. Kawy uprawianej w dobrych warunkach, przy użyciu naturalnych metod i ze starannością oraz z sercem włożonym w uprawy, a potem w zbiory.

Przykładem działania prowadzonego w sensownym kierunku jest działalność fundacji Fairtrade Polska. Przeprowadza ona akcje edukacyjne i informacyjne skierowane do konsumentów oraz aktywnie wspiera firmy zainteresowanie wprowadzaniem produktów małych plantacji afrykańskich do swojej oferty. Dysponuje bazą dostawców surowców i produktów z całego świata – rozszerzonym systemem eCert, dzięki któremu może pomóc firmie w znalezieniu odpowiednich kontrahentów. Służy materiałami promocyjnymi itd.

Przykład od pallotynów

Ojcowie pallotyni w podwarszawskim Konstancinie-Jeziornie poświęcają czas nie tylko modlitwom i pracom teologicznym, ale także propagowaniu zdrowego jedzenia i trybu życia. Pokazują, najczęściej na swoim przykładzie, jak można realnie pomóc mieszkańcom biednych społeczności afrykańskich, w tym także dzieciom. Sklep charytatywny Amakuru powstał w 2016 r. we współpracy z Pallotyńską Fundacją Misyjną Salvatti.pl. Pallotyni jeżdżą często z misją do najuboższych krajów Afryki, Azji i Ameryki Południowej. Na różne sposoby starają się nieść pomoc w krajach takich jak Rwanda, Kenia, Demokratyczna Republika Konga, Etiopia, Burkina Faso, Wybrzeże Kości Słoniowej, Senegal, Kamerun najuboższym regionom, które dotknęły głód, klęska żywiołowa czy epidemie. Jednym z takich sposobów jest promowanie zakupu kawy wytworzonej przez małe, rodzinne gospodarstwa rolne.

Namawianie – zgodnie z unijnym trendem przez niektórych celebrytów do niekupowania produktów pochodzących z gospodarstw, gdzie „wykorzystuje się pracę niewolniczą” należy uznać nie tylko za głupie, ale i wysoce szkodliwe. Sekowane firmy poradzą sobie w najprostszy możliwy sposób, czyli zwalniając część pracowników i zostawiając całe rodziny bez środków do życia. Same zaś ograniczą lub przeniosą produkcję gdzie indziej i podniosą ceny. Tak skończy się pochylanie nad wykorzystywanymi.
Zdecydowanie lepiej przyjąć podstawę „za”, a nie „przeciw”. Bo jeśli nawet za tym najeżeniem i srogością stoją dobre intencje, to wiadomo, jakie miejsce jest nimi wybrukowane.