Skoro rekompensaty nie zadziałały, to może zadziała dodatek węglowy? To oczywiście pytanie retoryczne – od niego również węgla nie przybędzie, najwyżej wzrosną jego ceny. Taki jest normalny mechanizm rynkowy. Zresztą na tym, niestety, nie koniec – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Jeden z najbardziej znanych bon motów Kisiela to ten, że socjalizm bohatersko walczy z trudnościami nieznanymi w żadnym innym ustroju. Nie tylko brzmi to bardzo zgrabnie, ale też w lapidarnej formie ujmuje doskonale pewną uniwersalną prawidłowość, która działała nie tylko w PRL-u, ale działa zawsze w każdym innym systemie, który jako zasadę przyjmuje głęboką interwencję w mechanizmy gospodarcze i społeczne. To niezmiennie wywołuje problemy, których nie mają systemy mniej etatystyczne, a w związku z tym rządzący uznają, że aby z tymi problemami walczyć, konieczna jest kolejna interwencja, ta z kolei wywołuje znów problemy – i tak dalej.

Modelowym tego przykładem jest polski zakaz niedzielnego handlu, który jest nieustającą zabawą w kotka i myszkę pomiędzy ustawodawcą, idącym w tej sprawie ręka w rękę ze związkowcami, a przedsiębiorcami.

Lecz oto dostajemy inny, może nawet lepszy przykład w postaci kryzysu węglowego, który okazuje się bardzo – by użyć policyjnego języka – rozwojowy, a ostatecznie wszystko kończy się i tak na tym co zawsze, czyli na publicznych, a więc naszych pieniądzach. Zaczęło się, jak wiadomo, od przedwcześnie wprowadzonego embarga na rosyjski węgiel – bez planu, bez oceny skutków, bez uwzględnienia poziomu rezerw. Gdy ostatecznie rządzący musieli przyznać, że faktycznie węgla brakuje, trzeba było podjąć jakieś działania. Tu trzeba podkreślić słowo „jakieś”, ponieważ aktywność polityków sprawujących władzę wobec trudności, które sami wywołali, bardzo często, może nawet zazwyczaj, sprowadza się nie do podejmowania przemyślanych, sensownych działań, ale do zrobienia byle czego, byle wydawało się, że „coś robią”. Widzieliśmy to wyraźnie w czasie epidemii.

Najpierw zatem wymyślono „rekompensaty”, które miały zapewnić węgiel za 996 zł za tonę. Oczywiście nie zapewniły, przede wszystkim dlatego, że węgla nie ma, a od dopłat go nie przybywa. Rekompensaty dla przedsiębiorców były skonstruowane w taki sposób, że trzeba by być węglowym doktorem Judymem, aby z nich korzystać. Pisałem o tym i mówiłem wielokrotnie, więc nie będę tutaj ponownie wyjaśniał, jak absurdalny był system stworzony przez ustawę. Już tutaj jednak mieliśmy sięgnięcie do publicznej kasy, bo przecież owe rekompensaty (możliwe, że skorzystała z nich jakaś liczba nabywców indywidualnych) nie miały być wypłacane z prywatnych pieniędzy pana premiera.

Następnie pan premier wydał polecenie dwóm państwowym spółkom – PGE Paliwa oraz Węglokoksowi – żeby dokonały zakupu węgla za granicą. Opierał się tutaj prawdopodobnie na znowelizowanej w marcu Ustawie o zarządzaniu kryzysowym, która daje mu niesamowicie szerokie kompetencje i właśnie możliwość wydawania poleceń na zasadzie dyktatorskiej w „sytuacji kryzysowej”. Ustawa definiuje ją jako „sytuację wpływającą negatywnie na poziom bezpieczeństwa ludzi, mienia w znacznych rozmiarach lub środowiska, wywołującą znaczne ograniczenia w działaniu właściwych organów administracji publicznej ze względu na nieadekwatność posiadanych sił i środków”. W takich okolicznościach szef rządu może wydawać polecenia między innymi osobom prawnym i jednostkom organizacyjnym nieposiadającym osobowości prawnej oraz – uwaga, mało kto na ten detal zwrócił jak dotąd uwagę! – przedsiębiorcom.

I tu znów mamy sięgnięcie do naszych kieszeni. Węgiel jest dzisiaj towarem deficytowym, a jego światowe ceny poszybowały w górę. Jego zakupy w Australii, Indonezji, Kolumbii – zresztą po kawałeczku, bo nigdzie nie da się zakontraktować nawet połowy brakujących około 11 mln ton – stają się w ten sposób horrendalnie drogie. I te ceny będą płaciły spółki bądź co bądź państwowe. Tymczasem na hałdach po drugiej stronie naszej wschodniej granicy zalega zamówiony i opłacony przez polskich importerów rosyjski węgiel, którego z powodu ustawy sankcyjnej nie można sprowadzić do Polski. Tu zresztą znów zapłaci podatnik, bo importerzy i firmy obsługujące na granicy import węgla albo ograniczają działalność, albo ją zawieszają, a to oznacza, że część ich pracowników przynajmniej na jakiś czas przechodzi na garnuszek państwa, zaś firmy te przestaną płacić podatki.

Skoro rekompensaty nie zadziałały, to może zadziała dodatek węglowy? To oczywiście pytanie retoryczne – od niego również węgla nie przybędzie, najwyżej wzrosną jego ceny. Taki jest normalny mechanizm rynkowy: uniwersalna dopłata będzie zawsze podnosiła cenę towaru, szczególnie takiego, na który popyt jest sztywny – a tak jest w przypadku węgla. Kto się nim ogrzewa, po prostu musi go kupić. I nie da się go wymienić na nic innego. I cyk – kolejne sięgnięcie do kieszeni podatnika: 11,5 mld zł.

Lecz na tym nie koniec. Wróćmy do interwencyjnych zakupów węgla. Zakontraktowanie go w którymś z krajów eksportujących ten surowiec to tylko początek drogi. Węgiel musi jeszcze do Polski przypłynąć (informacje o tym wyglądają jak w PRL-u wiadomości o zmierzających do nas statkach z bananami i pomarańczami na święta Bożego Narodzenia). Gdy przypłynie, musi zostać rozładowany, a polskie nabrzeża węglowe mają określoną przepustowość, podobnie jak portowe składy węgla mają ograniczoną pojemność. Następnie z portów musi zostać przewieziony do miejsc przeznaczenia. I tu pojawia się najwęższe gardło: kolej.

Problem z węglarkami jest już powszechnie znany: PKP Cargo sprzedało ogromną ich część w ostatnich latach, przekonane, że idziemy w kierunku zazielenienia energetyki oraz wygaszania węgla i w związku z tym takie wagony po prostu nie będą potrzebne. Cóż, świat nas wciąż zaskakuje, ale spółki bym nawet nie winił – ona zachowała się racjonalnie w świetle ówczesnych przesłanek i polityki rządu. Oznacza to jednak, że wagony trzeba będzie wynająć od innego podmiotu za grube pieniądze. Dalej mamy kwestię przepustowości sieci kolejowej, której się przecież nie nadmucha, oraz zdolności przewozowych samego PKP Cargo. Te ostatnie zależą zaś również od liczby maszynistów. W firmie trwał spór płacowy, a efektem braku podwyżek było odchodzenie pracowników do konkurencji. Tu dodać trzeba, że ciężkiego pociągu z węglem (waga nawet 4000 t) nie może poprowadzić każdy maszynista z marszu. Przepisy kolejowe wymagają specjalnych uprawnień, a dodatkowo autoryzacji na dany szlak kolejowy, zwanej w przepisach znajomością szlaku. Te kwestie kontroluje Urząd Transportu Kolejowego. Mówiąc najkrócej – maszynistów z odpowiednimi uprawnieniami może po prostu zabraknąć.

Z kwestią obłożenia sieci kolejowej i zdolności przewozowych PKP Cargo postanowił sobie poradzić pan premier, zapowiadając, że w razie potrzeby firma ma zrywać kontrakty dotyczące transportu innych towarów, aby przewozić węgiel. Oczywiście za zerwanie kontraktów PKP Cargo będzie musiała zapłacić kary, bo przecież jej kontrahentów nie obchodzi – i słusznie – że Polska ma problemy z węglem, które sama sobie zgotowała. A kto zapłaci te kary? Tak jest, dobrze państwo myślą: my sami, ponieważ pan premier zapowiada, że PKP Cargo dostanie na to pieniądze z budżetu.

I tak mamy cały łańcuszek negatywnych skutków, które wszystkie wzięły się z jednej absurdalnej decyzji podjętej w marcu.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułW Bułgarii nie chcą zboża z Ukrainy
Następny artykułPolskie drogi są coraz gorsze