Fot. Pixabay

Zdaniem premiera Borisa Johnsona jeżeli w ciągu najbliższych czterech miesięcy nie uda się wypracować wspólnego stanowiska, stosunki handlowe Wielkiej Brytanii z UE będą oparte na umowie o wystąpieniu ze Wspólnoty, czyli będą zbliżone do relacji handlowych jakie aktualnie obowiązują pomiędzy Unią a Australią. Stanowisko Johnsona jest zaostrzeniem postanowień umowy wyjściowej zgodnie z którą po 31 grudnia pod żadnym warunkiem niemożliwym stanie się przedłużenie dalszych negocjacji.

Umowa suwerennych państw

Zdaniem Brytyjczyków, najlepszym rozwiązaniem byłoby zawarcie „kompleksowego porozumienia o wolnym handlu” na styl umowy Unii z Kanadą (CETA). – Jest to rodzaj umowy o wolnym handlu między suwerennymi państwami, które szanują swoją niezależność – mówią przedstawiciele z Downing Street.

W ten oto sposób rząd Wielkiej Brytanii daje do zrozumienia, że chce być traktowany na równi z innymi krajami współpracującymi gospodarczo z UE. Premier Wielkiej Brytanii odrzuca również propozycję instytucji wspólnotowych, aby w relacjach handlowych z UE w kwestiach pracowniczych, ochrony środowiska oraz pomocy publicznej obowiązywały rozwiązania unijne oraz sprzeciwia się poddania przyszłych sporów pod jurysdykcję Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Londyn oskarża Unię o narzucenie Wielkiej Brytanii o wiele bardziej „uciążliwych” warunków niż te, które musiały spełnić inne negocjujące kraje takie jak Kanada, Japonia czy Stany Zjednoczone.

Tymczasem Bruksela ostrożnie reaguje na żądania Borisa Johnsona. – Przedwczesne jest spekulowanie na temat wyników negocjacji, które rozpoczynają się w dopiero poniedziałek – powiedział rzecznik Komisji Europejskiej. Zdaniem głównego negocjatora UE ds. Brexitu Michela Barnier z uwagi na wspólną przeszłość nie można porównywać negocjacji pomiędzy Unią a Wielką Brytanią z rozmowami z Kanadą czy też innymi państwami. W jego odczuciu propozycja unijna ma na celu zachowanie relacji handlowych z Wielką Brytanią na dotychczasowym poziomie. Im więcej rozbieżności w prawie, tym trudniejsza jest wymiana gospodarcza.

Mimo to Londyn pozostaje nieugięty. Cokolwiek się stanie, rząd Zjednoczonego Królestwa nie zatwierdzi żadnej umowy, która nie pozwoli mu zachować kontroli nad własnym prawem i życiem politycznym. Oznacza to, że nie zgodzimy się na rozwiązania mówiące o zgodności naszych przepisów z przepisami UE lub przyznające instytucjom Unii Europejskiej, w tym Trybunał Sprawiedliwości jurysdykcji nad Zjednoczonym Królestwem.

„Ość” niezgody

Wszystko wskazuje na to, że negocjacjom z Wielką Brytanią będą towarzyszyć takie same (o ile nie większe) emocje, jak przy rozmowach w sprawie przyszłego budżetu wspólnoty, a wszystko za sprawą dostępu do brytyjskich wód. UE zamierza bowiem uzależnić przyszłą umowę handlową od umowy dotyczącej łowisk, czego Londyn chce za wszelką cenę uniknąć. Kilka krajów europejskich, zwłaszcza Francja i Holandia, ma dostęp do wód brytyjskich i dąży do utrzymania obecnych umów o wzajemności i kwotach. W ramach swojej polityki „odzyskania kontroli” Zjednoczone Królestwo dąży do uznania go jako „niezależnego kraju nadbrzeżnego, mającego prawo do blokowania obcych statków i ustalania własnych kwot”.