Zwolennicy tak zwanych teorii spiskowych mogą z satysfakcją zakrzyknąć: mieliśmy rację! Bo – przynajmniej w niektórych krajach – sytuacja wygląda tak, jakby przy okazji koronakryzysu odbywała się jakaś „akcja” eliminowania małych i średnich firm z gospodarczego krajobrazu Europy.

brytyjski parlament - grafika wpisu

Narzekający na to, że i tym razem pieniądze z polskich tarcz antykryzysowych nie trafią do wszystkich mniejszych przedsiębiorców, że nawet i te środki, które zabezpieczono – według kolejnych kodów PKD – docierają z opóźnieniem na ich konta, że znowu dopieszczane są duże firmy i koncerny, mogą zerknąć na to, co dzieje się poza granicami Polski; na przykład w Wielkiej Brytanii. A tam także nie wygląda to dobrze. W UK rządzą torysi, czyli Partia Konserwatywna. Konserwatywna światopoglądowo, ale liberalna gospodarczo. Jeszcze do niedawna partia ta zdecydowanie popierała małą i średnią przedsiębiorczość. I nagle coś się zmieniło. Nastąpiło to wraz z rozwojem koronakryzysu.

Niepokojący zwrot

Torysi nie tylko przed wyborami popierali niskie podatki dla małych firm i przedsiębiorców. Nadal, co prawda, zdarza im się przeprowadzać kampanie społeczne na rzecz samozatrudnionych, ale tak naprawdę small business, a przede wszystkim mikroprzedsiębiorczość, przestały być ich „bajką”. Okazuje się, że rząd Borisa Johnsona chce usunąć wszystkie korzyści wynikające z założenia własnej firmy. Nie będzie już ulg w podatku od zysków kapitałowych. Ne ma też mowy o zwolnieniu przedsiębiorcy z podatku emerytalnego. Ma nie być żadnych preferencji. Dosłownie – żadnych!

Jeśli torysi są nadal partią samozatrudnionych, bo takie hasła głosili w czasie i po wyborach w 2019 roku, to już tylko na papierze. Teraz ustawa rządowa (nazwana IR35) zmusi osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą do zawierania mniej korzystnych umów o pracę. Jej teoretycznym założeniem jest uszczelnienie systemu podatkowego w UK przed unikaniem płacenia podatków; w tym przed ukrywaniem zatrudnienia pod przykrywką innej firmy działającej jako podwykonawca.

Co zaskakujące, rząd UK nie przewidział dla mikroprzedsiębiorców żadnej rekompensaty. Była o tym dyskusja w mediach, ale tylko na samym początku pandemii w zeszłym roku. I dość szybko ucichła.
Teraz już wiadomo, że to nie koncerny, nie londyńskie City, ale freelancerzy pokryją koszty pomocy przyznawanej w związku z koronakryzysem. Mają płacić podatków więcej, a przede wszystkim – częściej.

Uderzenie w płynność i oszczędności

Nowy system podatkowy zdecydowanie zaszkodzi działalności małych firm. Rząd Borisa Johnsona chce, by przedsiębiorcy płacili podatki co kwartał i by mogły one zmieniać się nawet w ciągu roku – bez konieczności przegłosowania tego przez parlament. Co znamienne, rachunki za gaz i energię elektryczną w Wielkiej Brytanii, monitorowane przecież przez państwo, już teraz zmieniają się coraz częściej. Zmieniają się, czyli stale rosną.

W opinii IPSE, brytyjskiej i opiniotwórczej organizacji zrzeszającej małe i średnie firmy, w efekcie takich zmian podatkowych drobni przedsiębiorcy nie tylko będą tracić płynność, ale będą mieć także mniej pieniędzy na inwestycje. Ich rozwój zostanie zahamowany – nie uda im się odłożyć żadnych pieniędzy. To zaś z kolei niekorzystnie odbije się na rynku pracy, bo gdy nie ma rozwoju, nie ma nowych zleceń i nowego zatrudnienia.

Brytyjski rząd nagle przestał dostrzegać korzyści płynące z drobnej przedsiębiorczości, którą wcześniej miał wypisaną na swoich sztandarach. Wynika z tego lekcja, że być może przyszedł najwyższy już czas, by przestać ufać barwom i hasłom wypisanym na sztandarach. Należy oceniać polityków po zachowaniach i efektach ich działań, czyli po owocach, jakie wydają.