Lockdown coraz bardziej doskwiera polskim przedsiębiorcom. Wielu z nich jest już na skraju wytrzymałości nerwowej i finansowej. A to nie biurokraci ani politycy, ale przedsiębiorcy właśnie – ludzie zaradni, którym się chce – tworzą wzrost gospodarczy i realny dobrobyt.

fot. Tomasz Cukiernik

W bardzo złej sytuacji znajduje się gastronomia, na którą – według danych Związku Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) – składa się ponad 76 tysięcy lokali zatrudniających łącznie niemal milion osób. Zamówienia dań na wynos generują zaledwie drobny ułamek wcześniejszego obrotu. Szacuje się, że już wiosną, w wyniku pierwszego lockdownu, zbankrutowało około sześć tysięcy różnego rodzaju knajpek.

„Rezultaty tej sytuacji są dramatyczne – branża, która jeszcze kilkanaście miesięcy temu rozwijała się na tyle dynamicznie, że stanowiła powód, by Polskę uznawać za jeden z ciekawszych kierunków turystycznych dla smakoszy, dzisiaj kurczy się w zastraszającym tempie. Reprezentacyjne ulice miast pustoszeją, coraz więcej lokali jest zamykanych. Istnieje poważne zagrożenie, że polska gastronomia wróci do stanu sprzed kilkunastu lat – tym samym pogrzebane zostaną wysiłki wielu restauratorów kultywujących polskie tradycje kulinarne i mozolnie rozwijających nasz rynek” – pisze ZPP, apelując o odmrożenie wszystkich branż.

Tragiczna alternatywa

Przedsiębiorcy nie wiedzą, co robić. Z jednej strony, jeśli posłuchają rządu to grozi im bankructwo i niewypłacenie się do końca życia – wielu z tych ludzi nie tylko utrzymuje swoje rodziny, ale także pracowników, obiekty, gdzie prowadzona jest działalność i spłaca kredyty. Z drugiej strony, jeśli wbrew zakazom otworzą swoje biznesy, grozi im kara w wysokości 30 tys. zł. Wielu zastanawia się, co jest gorsze.

W rozwiązaniu tego dylematu pomógł przedsiębiorcom Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu, który orzekł, że sanepid niesłusznie ukarał fryzjera z Prudnika nakładając 10 tys. zł grzywny. Sąd przypomniał, że zgodnie z konstytucją tylko w przypadku wprowadzenia stanu klęski żywiołowej państwo może – i to wyłącznie w drodze ustawy – zakazać prowadzenia określonej działalności gospodarczej.

Mając nóż na gardle przedsiębiorcy wbrew zakazom zaczynają otwierać swoje biznesy. Jednym z pionierów była cieszyńska restauracja U trzech braci. Po kilku godzinach od otwarcia przyjechała policja, która poinformowała, że łamane jest prawo i spisała klientów. Pojawił się także sanepid, jednak kontrolerki wycofały się po oświadczeniu będącego na miejscu posła Lewicy Przemysława Koperskiego, że będzie przyglądał się podejmowanym czynnościom.
Ale uruchamiane są nie tylko lokale gastronomiczne. We Wrocławiu otwarto dyskotekę, w Zamościu – centrum rozrywki Laser Factory, na Śląsku kręgielnię, w Kędzierzynie-Koźlu – siłownię Fitness Gyms, a w górach wiele pensjonatów przyjmuje turystów.

Niektórzy kombinują, aby przynajmniej stwarzać pozory legalności. Właściciel jednej z siłowni w Poznaniu zaleca, by przychodzić z licencją związku sportowego i oświadczeniem, że jest się kadrowiczem. Podobno licencję Polskiego Związku Triathlonu można sobie załatwić w 10 minut. Właściciele restauracji Bułkęs w Katowicach czy Tesone w Krakowie każdemu gościowi dają do podpisania umowę o dzieło na testera smaku, co ma zabezpieczyć przed interwencją służb. Niektóre hotele oficjalnie są zamknięte, ale zatrudniają „pracowników” do „odśnieżania parkingu”. Z kolei właściciel lodowiska Lodogryf w Szczecinie udostępnił je jako kwiaciarnię. Jednak sanepid nałożył na niego 30 tys. zł kary i zamknął obiekt. Poseł Stanisław Tyszka ocenia, że „w obliczu bankructwa wielu przedsiębiorców woli dostać teraz wysoką karę od sanepidu, licząc na jej uchylenie przez sąd”.

Dość!

Z inicjatywy architekta Sebastiana Pitonia kilkuset przedsiębiorców z Podhala (restauratorzy, właściciele pensjonatów i stacji narciarskich) zjednoczyło się pod hasłem Góralskie Veto, zapowiadając masowe otwieranie swoich biznesów po 17 stycznia. Górali wsparli rolnicy skupieni wokół Agrounii. Za nimi poszli przedsiębiorcy z Pomorza, ogłaszając Bałtyckie Veto. Do nich dołączyli kolejni tworząc Jurajskie Veto, Śląskie Veto, Zagłębiowskie Veto, Wawelskie Veto czy Wielkopolskie Veto.
Przedsiębiorcy oddolnie skrzykują się na portalach społecznościowych i tam też powiadamiają potencjalnych klientów o otwarciu swoich lokali. Twierdzą, że to odpowiedź na kryzys wywołany przez polityków, który jest o wiele bardziej groźny i zabójczy niż koronawirus.

– Przedsiębiorcy, zwłaszcza ci drobni, prowadzący rodzinne firmy, nie mają już innego wyjścia, niż otworzyć się dla klientów. To nie jest kwestia tylko jakiegoś protestu, to jest konieczność, bo ci ludzie stoją na skraju bankructwa. A rząd ze swoimi nieskutecznymi i dziurawymi jak zardzewiały durszlak tarczami zdaje się zupełnie ignorować ten problem, który już doprowadził do wielu ludzkich dramatów i tragedii – mówi Magdalena Stupkiewicz, wiceprezes zarządu w Instytucie Wolności Gospodarczej im. Ronalda Reagana.

Buntownikom chodzi o to, że jeśli wielu przedsiębiorców jednocześnie otworzy swoje biznesy, to policji i sanepidowi zabraknie funkcjonariuszy do interwencji. Dyrektor małopolskiego sanepidu sam przyznał, że „my tego nie opanujemy”.

Za przedsiębiorcami wstawiają się politycy Konfederacji i prawnicy. W Radomiu Konfederacja zorganizowała Marsz niewolników, a na specjalnej konferencji prasowej pod Wielką Krokwią w Zakopanem politycy tego ugrupowania zapowiedzieli przygotowanie projektu ustawy antylockdownowej i wsparcie prawne dla przedsiębiorców, którzy zdecydują się otworzyć swoje firmy. Wśród założeń projektu jest m.in. otwarcie wszystkich działalności gospodarczych, zniesienie kar administracyjnych za otwarcie firm i zniesienie przepisów mówiących o tym, że naruszenie jakichkolwiek ograniczeń dotyczących działalności gospodarczej może pozbawić firmę pomocy publicznej.

Kongres Polskiego Biznesu wyraził zdecydowany sprzeciw wobec praktyki niszczenia polskiej przedsiębiorczości, a adwokat Jacek Wilk, były poseł, ogłosił, że pro bono podejmie się obrony tych firm. Dla wszystkich restauratorów przygotował też poradę „Jak legalnie prowadzić restaurację w czasie COVID19?”.

Niektórzy przedsiębiorcy zamierzają sądownie walczyć o swoje prawa, tym bardziej że wiele firm zostało pominiętych w Tarczy 6.0. Branża fitness trzeci miesiąc czeka na pomoc. W związku z tym sektor o wartości 4 mld zł i zatrudniający około stu tysięcy pracowników organizuje pozew zbiorowy przeciwko restrykcjom oraz w kwestii odszkodowań. Do inicjatywy zgłosiło się już kilkaset obiektów.

– Nasz sprzeciw ma podstawy prawne, ponieważ to bezdyskusyjny fakt, że zamknięcie działalności z poziomu rozporządzenia jest nielegalne. Mamy już oficjalną wykładnię na ten temat, potwierdzającą tę tezę – powiedział w rozmowie z portalem tarnogorski.info Tomasz Napiórkowski, prezes Polskiej Federacji Fitness.
Pozwy zbiorowe przygotowują też m.in. branża turystyczna, właściciele hoteli i dyskotek.

Chaos i zapaść

Warsaw Enterprise Institute stoi na stanowisku, że nie istnieje dobre uzasadnienie dalszego wstrzymywania działalności obiektów sportowo-rekreacyjnych, ponieważ przy zachowaniu reżimu sanitarnego nie występuje tam zwiększone ryzyko zakażenia koronawirusem, a z drugiej strony zaniedbanie aktywności fizycznej prowadzi do istotnego pogorszenia się stanu zdrowia publicznego.

– Ludzie dostrzegają też absurdalność i brak konsekwencji w działaniach rządu, który w listopadzie zapowiada poluzowywanie obostrzeń, a kilka tygodni później wprowadza lockdown i to na nierównych zasadach – jedni mogą działać i obsługiwać masowo klientów jak np. dyskonty, markety itp., a inni nie mogą nawet przyjmować pojedynczych klientów (bary, restauracje, niektóre sklepy w centrach handlowych).

Rząd w tej sytuacji niestety zdaje się bardziej walczyć z ludźmi, niż podejmować racjonalne działania w kierunku zwalczania pandemii. Doprowadzić to może jedynie do ogromnego chaosu i zapaści gospodarczej – przestrzega Magdalena Stupkiewicz.

Kryzys w zamkniętych branżach przelewa się już bowiem na pozostałe sektory gospodarki. Stoją busy i taksówki, które woziły turystów, a rolnicy, którzy sprzedawali swoje płody rolne gastronomii, nie mają klientów. „Nie zamkniecie COVID-19 w domach i zamkniętych firmach. Obok kryzysu pandemicznego fundujemy sobie gigantyczny kryzys gospodarczy. Jesteśmy na krawędzi rozlania się zarazy poza 50 dotkniętych sektorów” – napisał w liście do premiera Mateusza Morawieckiego Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP dodając, że musimy się nauczyć żyć z pandemią albo cofniemy się w poziomie życia i rozwoju o dekadę lub dwie.

Rząd stoi na stanowisku, że problemy przedsiębiorców da się załatwić pieniędzmi podatników. Jednak tarcze antykryzysowe nie do końca działają tak, jak powinny.

– Od znajomego, który prowadzi biuro rachunkowe na terenie Mierzei Wiślanej dowiedziałam się ostatnio, że na stu klientów, którzy zmuszeni byli przez rząd do zamknięcia swojej działalności, tylko trzy osoby zakwalifikowały się do pomocy z tarczy, ponieważ większość nie miała zgłoszonej działalności gastronomicznej jako przeważającej według PKD, chociaż faktycznie jest to ich jedyna działalność poza sezonem letnim – mówi Magdalena Stupkiewicz.
Sama ma podobną sytuację – jako działalność główną ma wpisane PKD określające drukowanie, a jako dalsze dopiero fotografię i film. Jedno i drugie leży teraz odłogiem, bo brak klientów na tego typu usługi, ale o pomoc z tarczy mogłaby się starać tylko w przypadku, gdyby jako główne PKD miała wpisane fotografię.

W odpowiedzi na obywatelskie nieposłuszeństwo rząd usztywnił swoje stanowisko i zaczął grozić jeszcze bardziej, m.in. tym, że firmy łamiące lockdown nie będą mogły ubiegać się o subwencję z tarczy finansowej. Co więcej, rządowy Zespół Zarządzania Kryzysowego wydał służbom polecenie, by przeprowadzać masowe kontrole przedsiębiorców ignorujących obostrzenia i nakładać na nich kary finansowe.
Niezbyt dobrze świadczy o władzy to, że nie próbuje nawet pochylić się nad argumentami znaczącej części społeczeństwa. Tymczasem przedłużenie lockdownu do kwietnia będzie gwoździem do trumny dla wielu branż.