Pod niewymagającym wyjaśnienia tytułem Polacy spodziewają się czwartej fali, ale nie zgadzają się na ogólnokrajowy lockdown Joanna Ćwiek opisała na łamach „Rzeczypospolitej” wynik zleconego IBRiS sondażu dotyczącego nastrojów Polaków związanych z kolejną falą pandemii. W komentarzach ekspertów widać jednak zupełnie niezrozumienie tego, o czym sami piszę – narażając się na wygłoszenie niepopularnych opinii – już od dawna.

sondaż IBRiS nastroje polaków związane z kolejną falą pandemii - grafika wpisu

Po pierwsze, dziwnym trafem wszyscy ci eksperci, lekarze, oświeceni dziennikarze i autorzy blogów naukowych na Facebooku rzadko wspominają o kosztach lockdownu, a sprowadzają go tylko do kwestii kontrolowania poziomu zakażeń, tak jakby było to jedyne znane ludzkości zjawisko. Może myślą, że recesja, bezrobocie, problemy psychiczne, przemoc, zapaść edukacji nie mają wpływu na zdrowie narodu.

Po drugie, chodzi o to, że lockdown to rozwiązanie sprzeczne z ludzką naturą i absolutystyczne. Jesteśmy wprawdzie świadomi konsekwencji braku masowej kwarantanny – której idea jeszcze przed aktualną pandemią była zresztą krytykowana ze względów humanitarnych – ale najwyraźniej nie mamy zamiaru wyniszczać stosunków międzyludzkich, budżetów domowych i firmowych oraz szkolnictwa tylko dlatego, żeby ułatwić rządowi pracę. Zgoda na długotrwałe albo powtarzające się lockdowny przypomina zrezygnowanie z zasady domniemania niewinności i dwuinstancyjnego postępowania sądowego. O ile łatwiej policji ścigałoby się przestępców bez tych wszystkich ograniczeń, prawda? Nikt jednak nie byłby w stanie zliczyć, ile przy tym nastałoby krzywd i niesprawiedliwości. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego działania związane z epidemiologią traktujemy tak, jak by była to jakaś świętość albo nie musiano się w tej dziedzinie liczyć z nieprzekraczalnymi w demokracji liberalnej granicami. Niektórzy zbywają krytykę brakiem eksperckiej wiedzy po stronie polemistów. Jednak każdy z nas zgodzi się chyba, że w pewnym momencie ekstremalne restrykcje muszą zostać zniesione, nawet jeśli mają oparcie w dowodach naukowych?

Polacy obserwują przecież to, co się dzieje za granicami naszego kraju. Rząd Jej Królewskiej Mości wypuścił dopiero co Brytyjczyków z trwającego cztery miesiące twardego lockdownu, jednocześnie obiecując, że 21 czerwca 2021 r. będzie „Dniem Wolności”, upragnionym momentem zniesienia wszelkich restrykcji sanitarnych. Okazuje się jednak, że zarówno politycy, jak i prasa już straszą Synów Albionu koniecznością przesunięcia tego terminu. Chodzi o ryzyko związane z wystąpieniem tzw. indyjskiego wariantu (wariantu Delta), który może być bardziej zaraźliwy niż dotychczasowe. Mając świadomość długotrwałości ostatniego brytyjskiego lockdownu oraz tego, że Wielka Brytania jest jednym z najlepiej „wyszczepionych” miejsc w Europie, niejedna osoba zastanowi się, czy to wszystko ma jeszcze sens i czy Szwedzi nie mieli jednak racji, zakładając swoją długoterminową, choć nieco defetystyczną strategię? Czy po prawie półtora roku pandemii naprawdę wypada nadal pokrzykiwać na obywateli, że nie chcą być ofiarami ekstremalnych i przedłużających się polityk? Polacy być może zrozumieli też to, co mieli na myśli epidemiolodzy i wirusolodzy, gdy mówili, że „wirus już z nami zostanie” i „musimy z nim żyć”. Mogą też zastanawiać się, czy tym razem rząd także zapomni zadbać o legalność wprowadzanych ograniczeń i będzie próbował nas uwięzić w domach napisanymi „na odwal” rozporządzeniami ministra zdrowia albo Rady Ministrów.

Lockdown jest też w dużej mierze wynikiem myślenia grupowego. Często przedstawiany jest jako rzecz konieczna przez tych samych ludzi, którzy jako przykłady państw dobrze radzących sobie z pandemią podają np. Tajwan, Japonię czy Południową Koreę. Państwa te nie wydały jednak nigdy ogólnokrajowych nakazów pozostania w domu.

Lockdown rozleniwia rządzących, którzy nie próbują prowadzić dobrego wywiadu i nadzoru epidemiologicznego oraz poszukiwać innych sposobów odciążania szpitali i mitygowania śmiertelności. Powstaje zjawisko przerzucenia ciężaru pandemii z bark państwa na obywateli. To obywatele mają sobie kupować za własne pieniądze maseczki, to oni mają siedzieć w domach, to ich firmy mają bankrutować, to ich dzieci mają tracić kolejne miesiące bez edukacji i koniec końców – to oni chorują i umierają. Rzecz w tym, że o spektakularnych działaniach służb epidemiologicznych na granicach państwa i na poziomie krajowym nic nie słychać. Aktualnie mamy relatywnie mało przypadków zakażeń, to teraz jest czas na działanie służb, czas na wdrażanie „skrojonych na miarę” restrykcji. Nie później, gdy już żaden wywiad epidemiologiczny nie nadąży nad rozlewającą się wykładniczo pandemią. Mamy setki tysięcy ludzi siedzących na kwarantannie, dziesiątki tysięcy wykonywanych dziennie testów i nie powoduje to wygasania ognisk epidemicznych. Nie wiadomo nawet, ile z tych osób rzeczywiście okazało się zakażonych i jak cały ten kulawy system kwarantanny wpływa na przebieg epidemii. Rząd w ogóle nie potrafi stosować celowanych rozwiązań. Gdyby ślepemu szympansowi dać do dyspozycji tak daleko idącą swobodę działania na granicy prawa, wyrzucania pieniędzy w błoto i zajmowania się głównie jedną dziedziną życia, prawdopodobnie zdołałby lepiej rozwiązać problem.

Na jesieni zapewne i tak czeka nas kolejny lockdown, zwłaszcza, że poziom wyszczepialności jest umiarkowany. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będziemy już mogli sobie darować dyskusję o lockdownach, a na przyszłość ułożymy plany pandemiczne, które ograniczą możliwość stosowania masowej kwarantanny wobec zdrowych ludzi w przypadku wirusów o relatywnie niskiej śmiertelności dla znamienitej części społeczeństwa.