Ceny maksymalne nie tylko nie ochronią przed drożyzną, ale spowodują braki objętego nimi towaru.

Tomasz Cukiernik

Poseł PiS swoim pomysłem wywołał w studiu Polsat News konsternację. Otóż Kazimierz Smoliński przedstawił koncept wprowadzenia cen regulowanych na podstawowe artykuły żywnościowe, takie jak chleb, cukier, mąka itp.

Każdy interwencjonizm państwa przynosi kolejny interwencjonizm. Na przykład interwencjonizm w postaci unijnej polityki energetyczno-klimatycznej powoduje, że rosną ceny wytworzenia energii elektrycznej z węgla. W odpowiedzi sama Bruksela, a także polski rząd wymyślili, by niektóre przedsiębiorstwa, aby nie straciły konkurencyjności rynkowej wobec swoich konkurentów zagranicznych, otrzymywały rekompensaty finansowe. Kolejnym interwencjonizmem po wprowadzeniu konieczności kupowania uprawnień do emisji dwutlenku węgla jest ingerencja w postaci planu implementacji tzw. granicznego podatku węglowego, który zdaniem eurourzędników uratuje unijne firmy, zmuszone do kupowania uprawnień. Bo w rzeczywistości unijny system ETS uderza przede wszystkim w firmy działające na terenie Unii Europejskiej i powoduje, że stają się one mniej konkurencyjne wobec firm pozaunijnych. System ten wraz z nowym cłem granicznym jednocześnie uderza w mieszkańców Unii, którzy z tego powodu drożej będą musieli kupować produkty zarówno wytworzone w Unii, jak i importowane, jeśli te drugie w ogóle będzie się jeszcze opłacało sprowadzać.

Podobnie interwencjonizm w postaci wprowadzenia cen maksymalnych powoduje cały szereg skutków: widocznych i niewidocznych na pierwszy rzut oka. Skutek widoczny to ustabilizowanie się ceny na poziomie ceny maksymalnej. Dopóki jest podmiot, któremu opłaca się po tej cenie sprzedawać dany towar, nadal będzie on w obrocie. Ale ceny maksymalne ustala się właśnie dlatego, że nikomu nie opłaca się sprzedawać go po tak niskiej cenie, ponieważ wyższe są koszty jego pozyskania. Bo w przeciwieństwie do instytucji publicznych (państwowych, samorządowych), które mogą udostępniać towary i usługi poniżej ceny wytworzenia, a nawet za darmo, bo dostają dotacje (także unijne), a do reszty dopłacają podatnicy, takiego komfortu działania nie ma firma prywatna, która musi się utrzymać na rynku. Instytucja publiczna może marnotrawić swoje zasoby i być ciągle deficytową, a firma prywatna musi przynosić właścicielowi zysk. Dlatego właśnie MUSI podnieść ceny, kiedy zmuszają ją do tego coraz wyższe koszty wytworzenia czy pozyskania danego towaru czy usługi. W przeciwnym razie by zbankrutowała.

I wtedy następują te skutki na pierwszy rzut oka niewidoczne, których wprowadzający regulacje wcale by nie chcieli. Jakie to skutki? Najpierw nastąpią braki danego towaru objętego cenami maksymalnymi. Ludzie muszą stać w coraz dłuższych kolejkach, by kupić danych produkt. Co więcej, dłuższa kontrola ceny zamiast zwalczyć problem, jak obiecują politycy, pogłębia go, ponieważ – jak zauważa Murray Rothbard ze szkoły austriackiej – „zasoby produkcyjne przesuwają się do innych linii produkcji”. W tej sytuacji politycy mogą wprowadzić kolejny interwencjonizm: tak jak w Polsce Ludowej kartki i tak jak to jest aktualnie na Kubie – książeczki, za pomocą których państwo reglamentuje przydział danego towaru. Każdy może kupić tylko ograniczoną ilość kawy, butów czy jajek. Jeśli jest to możliwe, firmy zaczynają wytwarzać substytuty brakujących towarów, które są gorsze (i coraz droższe) od tych, których dotyczą ceny maksymalne, ponieważ w tej sytuacji następuje zniekształcenie procesu produkcji i alokacja zasobów nie jest optymalna.

W tym momencie pojawia się drugi „nieprzewidziany” skutek w postaci czarnego rynku objętych cenami maksymalnymi towarów. Ludzie pokątnie (poza oficjalnym obiegiem i nielegalnie) produkują i handlują deficytowymi towarami. Pojawiają się transakcje „pod stołem”, chowanie towaru pod ladą, łapówki czy faworyzowanie niektórych klientów – zauważa Rothbard. Oczywiście ich cena jest wyższa niż ustalona przez urzędników cena maksymalna. Mimo to znajdują się kupcy i chętni na zakup. Wolą zapłacić drożej niż w ogóle nie mieć tej kawy. To jest po prostu cena rynkowa, po której zarówno sprzedającym opłaca się sprzedawać, jak i kupującym kupować. Kary i zakazy nie zlikwidują czarnego rynku, a jedynie spowodują, że cena tych towarów będzie jeszcze wyższa z uwagi na ryzyko, które trzeba wkalkulować w handel. Dokładnie tak to wygląda w przypadku zakazanych narkotyków. One są drogie wyłącznie dlatego, że są zakazane. Legalne byłyby tanie jak cukier.

Socjalistyczne państwo w odpowiedzi na ten kryzys może zastosować jeszcze głębszą ingerencję: wybudowanie państwowych fabryk, które w zamyśle mają tanio produkować deficytowe towary. Niestety skończy się to tak samo, jak z „tanimi mieszkaniami” budowanymi przez urzędników. Państwo nigdy nie jest w stanie wyprodukować niczego taniej niż firmy prywatne. Skutek będzie taki, że państwowa fabryka będzie trwale deficytowa (jeśli ceny maksymalne będą utrzymywane) i cały czas trzeba będzie do niej dopłacać z pieniędzy podatników, tak jak do państwowych kopalni.

To właśnie dlatego mówi się, że socjalizm bohatersko walczy z problemami nieistniejącymi w żadnym innym ustroju. Na dodatek efekt tych działań jest dokładnie przeciwny do zamierzonego. Zamiast większej dostępności towaru, którego cenę państwo kontroluje, następują jego jeszcze większe braki. Przy okazji całego zamieszania zyskuje tylko nowa armia biurokratów, którzy zajmują się regulowaniem cen. Szkoda że nie rozumie tego poseł Smoliński.

Co w takim razie trzeba zrobić zamiast tych wszystkich ingerencji państwa w gospodarkę? Należy odejść od pierwszego interwencjonizmu, który spowodował pierwotny wzrost cen. Trzeba się zastanowić, dlaczego ceny rosną? Najczęściej to efekt właśnie wcześniejszej ingerencji państwa – regulacji windujących koszty produkcji (np. wspomniana unijna polityka energetyczno-klimatyczna wywołuje wzrost cen energii elektrycznej, a to uderza w piekarnie pracujące na piecach elektrycznych, czego rezultatem jest wzrost cen chleba) czy wysokich podatków nałożonych na firmy lub na daną usługę czy towar (np. akcyza nałożona na paliwa). Wystarczy zrezygnować z tych regulacji czy podatków i ceny same spadną. Przyczyna może być też bardziej ogólna – działania państwa, które wywołują inflację. Wtedy należy zwyczajnie odejść od tych działań.

Tomasz Cukiernik