Czy wyobrażamy sobie, aby komercyjna spółka, jaką jest jeden z największych polskich operatorów pocztowych, wprowadziła do swojego regulaminu postanowienie, zgodnie z którym będzie przeglądać listy prywatnych osób w celu poszukiwania zakazanych treści, nawet jeśli byłyby one tak szalone, że sugerowałyby transmisję wirusa drogą nadajników 5G? No to może powinniśmy zacząć sobie coś takiego wyobrażać…

Prasę obiegły ostatnio dwa interesujące newsy. Po pierwsze, ze względu na zarzut rozpowszechniania dezinformacji medycznej, YouTube zablokował w Niemczech kanały powiązane z Federacją Rosyjską, w związku z czym ta ostatnia zapowiedziała nawet odwet. Warto już w tym miejscu zamieścić istotne zastrzeżenie, że nie rozchodzi się o to, aby kwestionować możliwość prowadzenia przez Rosję szkodliwej wojny informacyjnej na Zachodzie, także w zakresie polityki zdrowotnej. Uzasadniona jest jednak obawa, czy w sprawie reglamentacji treści udostępnianych na portalach społecznościowych nie wylejemy dziecka z kąpielą. Po drugie, właściciel serwisu YouTube po raz kolejny poinformował o zmianie swojej polityki dotyczącej treści odnoszących się do spraw zdrowotnych, przede wszystkim szczepień.

Na chwilę cofnijmy się jednak do przeszłości. Technologiczny gigant już w połowie 2020 r. opublikował bowiem politykę pod nazwą „Zasady dotyczące nieprawdziwych informacji medycznych na temat COVID-19”. Treść tego dokumentu musi jednak budzić wątpliwości, bo jest z jednej strony ogólnikowa, a z drugiej po prostu arbitralna.

Ogólnie stwierdza się tam, że „YouTube nie zezwala na publikowanie treści rozpowszechniających nieprawdziwe informacje na temat choroby COVID-19, które są sprzeczne z opiniami ekspertów lokalnych instytucji zdrowia publicznego lub Światowej Organizacji Zdrowia (WHO)”. Niemniej, opinie te są niekiedy przeciwstawne. Przykładowo, oficjalne zalecenia WHO zakładają, że zasadniczo maseczki – tak jak dorośli – powinny nosić tylko osoby powyżej 12 roku życia, a pomiędzy 5. a 12 rokiem życia – tylko wyjątkowo, po rozważeniu okoliczności konkretnego przypadku. Tymczasem, amerykańskie władze lokalne i stowarzyszenia pediatryczne zalecają nierzadko maskowanie dzieci od 2 roku życia, co jest niezgodne z wytycznymi WHO. Czy obywatele Stanów Zjednoczonych powinni mieć zakaz mówienia o tym rozdźwięku?

Niezależnie od tego za zakazane uznaje się między innymi „Treści stwierdzające, że pewne grupy lub osoby są odporne na wirusa i nie mogą go przenosić”. Rzecz w tym, że najprawdopodobniej część osób w istocie jest naturalnie odporna na działanie niektórych patogenów, co może dotyczyć także SARS-CoV2. Nie jest to teoria spiskowa, lecz fakt medyczny potwierdzony opinią autorytetów. Na przykład prof. Krzysztof Simon w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” („Prof. Simon: Wirusy są elementem naszej biologii i naszego świata”) stwierdził, że „Istnieją ludzie, którzy genetycznie nie chorują na daną chorobę”. W świetle cytowanej polityki medialnego giganta, gdyby rozmowa ta ukazała się na kanale prowadzonym w ramach YouTube, mogłaby zostać ocenzurowana, a lekarz oskarżony o szerzenie dezinformacji.

Na marginesie, być może warto wspomnieć, że w na stronie RPO możemy odszukać informacje o wystąpieniu Rzecznika w obronie prawa do swobodnej wypowiedzi przez prof. Simona, który krytykował sposób walki władzy z pandemią na jej wczesnym (ale także późniejszym) etapie. Wypada się zastanowić, czy ostrze cenzorskiego miecza, który niektórzy entuzjastycznie chcą wznieść przeciwko innym, nie obróci się kiedyś przeciwko nim samym.

W omawianej polityce portalu YouTube jest więcej kontrowersyjnych zakazów. Między innymi niedozwolone jest „Twierdzenie, że objawy lub poziom śmiertelności bądź zakaźności choroby COVID-19 nie są tak poważne jak w przypadku zwykłego przeziębienia lub grypy albo że są porównywalne”. Problem tkwi w tym, że plany pandemiczne niektórych krajów zachodnich zakładały relatywnie wysoką śmiertelność w przypadku pandemii grypy (polityka YouTube nie wprowadza tu zastrzeżenia, że chodzi wyłącznie o łagodniejszą grypę sezonową). Przykładowo, UK Influenza Pandemic Preparedness Strategy z 2011 r. przewidywała w zasadzie woluntarystyczną mitygację pandemii grypy nawet do poziomu 315 tys. zgonów w zaledwie 15 tygodni, co stanowiło pół procent ówczesnej populacji Wielkiej Brytanii. W 2013 r. opublikowano zaktualizowane zalecenia pandemiczne dla Anglii i utrzymanie podobnej strategii planowano nawet na wypadek ogólnej liczby 750 tys. dodatkowych zgonów, co stanowiło ok. 1,1-1,2 proc. ogólnej populacji Zjednoczonego Królestwa.

Nie można więc na ten problem spojrzeć inaczej niż w ten sposób, że planowanie na wypadek pandemii grypy w istocie odnosiło się do porównywalnego, jak w przypadku COVID-19, maksymalnego poziomu śmiertelności. Należy się więc zastanowić, czy powierzchowne polityki serwisów społecznościowych zakazują głoszenia kłamstw, czy po prostu niewygodnych i kontrowersyjnych faktów. To ostatnie nie powinno być zakazane w liberalnej demokracji.

Aktualnie YouTube opublikował zaktualizowane „Zasady dotyczące nieprawdziwych informacji o szczepionkach”. Chodzi więc o fałszywe informacje o szczepieniach w ogólności, a nie tylko tych, które mają przeciwdziałać COVID-19. Generalnie, wymienione w tej polityce przykładowe treści, których głoszenia się zakazuje, można uznać za jednoznacznie niewłaściwe (np. „stwierdzające, że szczepionki zawierają substancje lub urządzenia służące do śledzenia lub identyfikacji zaszczepionych osób”). Jednak na wstępie tych zasad wskazuje się, że „YouTube nie zezwala na publikowanie treści, które (…) zaprzeczają informacjom pochodzącym od lokalnych instytucji zdrowia publicznego lub wytycznym WHO na temat bezpieczeństwa, skuteczności i składników szczepionek”.

Znowu, niekiedy informacje podawane przez różne agencje są sprzeczne lub brak jest jeszcze oficjalnego zatwierdzenia określonych protokołów postępowania. Na przykład w Polsce dopuszczono stosowanie trzeciej dawki (boosterów) szczepionki przeciw COVID-19 pomimo tego, że nie zmieniono jeszcze formalnie zgłoszenia rejestracyjnego w odniesieniu do dawkowania. Ponadto lokalne władze ogłosiły, że możliwe będzie podawanie szczepionki wyprodukowanej przez koncern Pfizer-BioNTech osobom zaszczepionym uprzednio innymi preparatami. W tym ostatnim przypadku w ogóle nie ma oficjalnych wytycznych Europejskiej Agencji Leków (EMA). Można mieć wątpliwości – i nie chodzi tu o szukanie sensacji, lecz ściśle legalne rozumienie tego pojęcia – czy w takim wypadku mamy do czynienia z eksperymentami medycznymi, które zgodnie z polskim prawem powinny podlegać odpowiedniej procedurze. Konkretnie może chodzić o „wprowadzenie (…) tylko częściowo wypróbowanych metod diagnostycznych, leczniczych lub profilaktycznych”. Trudno zakładać, aby rekomendacja Rady Medycznej i decyzja rządu mogły uchylać przepisy art. 21 i następne ustawy z 1996 r. o zawodach lekarza i lekarza dentysty, które regulują problematykę eksperymentu. Nie jest to kwestia jednoznaczna, ponieważ istnieją zagraniczne badania kliniczne i sprawa ciągle podlega badaniu przez EMA i ECDC, ale być może są to sprawy warte bardziej pogłębionej dyskusji środowiska medycznego i prawniczego.

Najbardziej niebezpiecznym skutkiem wyżej omawianego rodzaju cenzury jest to, że w istocie stanowi ona ukryty zakaz krytyki rządu, jego agend i ekspertów. A to już jest charakterystyczne dla społeczeństw ultrakonformistycznych, jakimi liberalne demokracje nigdy nie powinny się stać. Ponadto, czy wyobrażamy sobie, aby na przykład komercyjna spółka, jaką jest jeden z największych polskich operatorów pocztowych, wprowadziła do swojego regulaminu postanowienie, zgodnie z którym będzie przeglądać listy prywatnych osób w celu poszukiwania zakazanych treści, nawet jeśli byłyby one tak szalone, że sugerowałyby transmisję wirusa drogą nadajników 5G? Obawiam się, że próby uciszenia ekstremalnych poglądów spowodują dwie rzeczy. Po pierwsze, ekstremiści zejdą do podziemia i w najgorszym wypadku będą z jeszcze większym entuzjazmem wymieniać się tradycyjną korespondencją albo broszurami papierowymi. Po drugie, cały szereg kontrowersyjnych, niejednoznacznych kwestii zostanie wypchnięty z dyskursu publicznego, co będzie trendem szalenie antyliberalnym, groźnym nie tylko dla wolności słowa i prasy, ale także swobód akademickich.