Od piątku do wtorku rano, przez ponad 90 godzin, przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel czuł na swoich barkach ciężar Europy. W lutym, ostatnim razem gdy przywódcy 27 państw stanęli naprzeciw siebie, Belgowi nie udało się przełamać blokady między północą a południem, płatnikami a beneficjentami. Tym razem odrobił lekcje, nie popełnił tych samych błędów i był w stanie odnieść zwycięstwo.

Bruksela mówi o zgodzie „historycznej” ale ma kaca ze względu na wysokość kwot (750 000 milionów euro wpływów i 1,074 biliona budżetu) oraz dlatego, że w ciągu następnych czterech dekad Komisja wyemituje masowo dług na spłatę wszystkiego. Charles Michel pokazuje mediom, że jest usatysfakcjonowany. Mówi że to, co zostało podpisane jest „rewolucją kopernikańską”, „zmianą paradygmatu” – parafrazując Thomasa S. Kuhna. Ale poetyzuje też, że to było „odnowienie przysięgi małżeńskiej”.

Nie potrafiąc powiedzieć, czy trudniej zarządzać UE czy Belgią broni Holendra Marka Rutte. Przypomina, że „w tej debacie punktem wyjścia dla niektórych krajów były zerowe transfery i jedynym sposobem, aby je przekonać, jest wdrożenie reform krajowych” ponieważ – jak podkreśla – „solidarność działa dwukierunkowo”.

We wtorek wszyscy wyszli częściowo niezadowoleni, a dla Przewodniczącego Rady to klucz do dobrego porozumienia. UE to nie Chiny. – Udało nam się wyjść z kryzysu, tymczasowo ograniczając wolności, ale zawsze pod kontrolą parlamentarną, przejrzyście, z naszymi wartościami. Pedro Sánchez powiedział mi kilka dni temu, że musiał sześć razy jechać do Kongresu aby bronić swoich środków. Nie jest łatwo. Trzeba przekonywać ludzi, ale to właśnie daje demokratyczne gwarancje – wyjaśnia. To samo dotyczy Unii. Porozumienie jest powolne, jednomyślność to problem, ale także jedyny sposób aby zapewnić, że głos 27 dużych, małych lub średnich krajów zostanie usłyszany.

Pięć piekielnych dni i historyczne porozumienie. Czy o takiej UE pan marzył?

Kiedy przygotowywałem się do podjęcia tej pracy i zastanawiałem się nad obowiązkami i zadaniami zakładałem, że podczas mojej kadencji będę miał do czynienia z poważnymi kryzysami, ale nie mogłem sobie wyobrazić, że nadejdą one tak prędko i będą na taką skalę. To było ogromne wyzwanie, ale ważne jest, że zareagowaliśmy błyskawicznie. Na początku kryzysu wiedzieliśmy, że to będzie poważna sprawa i zaczęliśmy organizować spotkania. Były problemy granic, zaopatrzenia, współpracy, Jednak szybko mogliśmy skupić się na kwestii ożywienia i konsekwencjach gospodarczych. Rozumiem, że początkowe wrażenia nie były dobre, ale podstawową architekturę dialogu zbudowaliśmy bardzo szybko. Wiemy, że nie było to widoczne dla prasy i obywateli, ale dla nas tak.

Rada Europejska jest bardzo podzielona i widzieliśmy ograniczenia systemu, którego zasady dopuszczają groźbę weta. Czy uważa pan, że UE może pracować w ten sposób?

Moje pierwsze wyzwanie jako przewodniczącego Rady Europejskiej miało miejsce w grudniu, przy okazji dyskusji o zmianach klimatycznych i neutralności klimatycznej do 2050 roku. Kilka miesięcy wcześniej tylko osiem czy dziewięć krajów opowiadało się za neutralnością klimatyczną, ale w kilka tygodni udało nam się przekonać wszystkich, ze szczególnym uwzględnieniem Polski. Jestem realistą i zwolennikiem praworządności co oznacza, że musimy szanować i przestrzegać traktatów, a to wymaga wielu wysiłków politycznych, aby osiągnąć jednomyślność. Wyobraźmy sobie, że na szczeblu gminnym, regionalnym czy nawet krajowym każda decyzja jest jednomyślna. To jest prawie niemożliwe. Ale jednomyślność jest jednocześnie gwarancją, że weźmiemy pod uwagę wszystkie wrażliwości – dużych, małych i średnich krajów. Dzięki temu każdy ma możliwość wpływania na ostateczną decyzję.

Ale są kwestie, których większość nie może przyjąć i to przyprawia o ból głowy.

Jestem pragmatykiem i realistą. Działam w ramach traktatów i praworządności. Jestem wielkim zwolennikiem Amartyi Sena, który podkreśla, że demokracja musi szanować procedury, stąd legitymizacja decyzji. Nie możesz bronić praworządności i równocześnie zapomnieć o ramach instytucjonalnych, w których funkcjonujesz. Oczywiście na szczeblu europejskim istnieje wiele kwestii, w których toczy się otwarta debata, ale jeśli panuje jednomyślność brane są pod uwagę wszystkie punkty widzenia. Konferencja na temat przyszłości Europy będzie właściwym miejscem, by zobaczyć, gdzie dotrzemy.

Jak się pan pozycjonuje?

Z całą ostrożnością chciałbym powiedzieć, że biorąc pod uwagę wyzwania, zbyt wczesne otwarcie debaty na temat reformy Traktatu w celu zmiany systemu operacyjnego może przynieść odwrotny skutek. Cyfryzacja, zmiany klimatyczne, pozycja Europy na świecie to główne priorytety.

Parlament Europejski był bardzo przeciwny porozumieniu dotyczącemu cięć w budżecie do 2027 roku.

Mam inną wizję i potrzebuję innej perspektywy: nigdy nie musieliśmy negocjować pakietu o takiej wielkości, na żadnym szczeblu. To 1,8 mld euro. Po drugie, podjęliśmy równoległą decyzję w sprawie Wieloletnich Ram Finansowych (WRM) i funduszu naprawczego, oba są częścią zielonej, cyfrowej transformacji. Tak, są cięcia w porównaniu z propozycją Komisji, ale kiedy patrzę na moje notatki widzę, na przykład, że program Erasmus zyskał 50%. Cztery razy większe nakłady będą przeznaczone na takie obszary jak zdrowie, co należy do kompetencji krajowych. Znacząco dotowana będzie cyfryzacja. Jestem też bardzo dumny, że w grudniu, siedem miesięcy po moim pierwszym posiedzeniu Rady Europejskiej dokonaliśmy wielkiego postępu jeśli chodzi o kwestie klimatyczne. W 2019 roku nie było pieniędzy, w lutym przekazano 7.500 mln euro, a obecnie 17.500 mln.

Ale skargi Parlamentu Europejskiego są uzasadnione. Przede wszystkim cięte są programy społecznościowe, a nie te, którymi zarządza się centralnie.

To normalne, że emocjonalnie mówi się, co można było zrobić lepiej. Bieżemy to wszystko pod uwagę. Potrzebna jest jednak trzeźwa wizja całości. Stoimy w obliczu zwrotu, rewolucji: nowej formy relacji między członkami a instytucjami. Zmobilizowano dużo pieniędzy na przyszłość, zobowiązując się do wspólnego ich wydania i wspólnego zwrotu, aby wspólnie przeprowadzić reformy. To jak remontowanie domu na następne dziesięciolecia. Pozwolę sobie ująć to w sposób romantyczny: przeżyliśmy rewolucję kopernikańską w projekcie europejskim, odnowiliśmy śluby na kolejne 30 lat i zmierzamy do tego samego celu.

Jedną z najtrudniejszych części negocjacji była kwestia warunkowości, czyli zarządzanie funduszem naprawczym. Czy Holandia ma możliwość zawetowania programu reform innego kraju i wstrzymania wypłat?

Zdaję sobie sprawę, że był to jeden z najtrudniejszych problemów, którym musieliśmy się zająć. Punktem wyjścia dla niektórych krajów był zerowy transfer – nie tysiąc, milion, ale zero euro. Jedynym sposobem, aby przekonać ich do zaakceptowania pomysłu koncepcji transferów, a następnie ich kwoty, było wcześniejsze porozumienie w sprawie zarządzania. Wdrożenie niezbędnych reform krajowych.

Ze wzmocnionym nadzorem.

Komisja była bardzo pomocna w proponowaniu konkretnych środków. Dodałem ideę kwalifikowanej większości (wśród ministrów w celu zatwierdzenia planów reform) dla wzmocnienia związku między reformami a europejskim semestrem. Chcemy opracować użyteczny i spójny proces, zaczynając od przyjęcia planów krajowych i z możliwością, by dany kraj mógł zwrócić się do Rady Europejskiej lub wyrazić wobec niej sprzeciw, jeśli uzna to za konieczne. Komitet Ekonomiczno-Finansowy zagwarantuje obiektywizm. Ale chę, żeby to było jasne, ponieważ słyszałem różne interpretacje w sprawie weta: celem było opracowanie czegoś, co będzie bardzo prewencyjne, tak aby w przypadku problemów doszło do głębokiej, merytorycznej debaty. Na posiedzeniu Rady Europejskiej mamy narzędzia i zasoby, by w razie potrzeby rozwiązywać problemy. Ale powtarzam: negocjujemy WRF i fundusz, a nie reformę traktatów.

Czyli – jest weto, czy nie?

Nie zmieniliśmy traktatów UE przez weekend, oto moja odpowiedź.

Czy trzeba będzie dokonać reform, czy zastosować się do wszystkich zaleceń, które Komisja formułowała od lat?

Cały proces opiera się na założeniu, że jesteśmy optymistami, wierzymy w architekturę do wdrażania reform. Ale uwaga, zalecenia dotyczą 27 krajów, a nie jednego. Bardzo ciekawym ćwiczeniem jest uważne ich przeczytanie. Wszystkie kraje mają rekomendacje. Jedne mówią o reformach gospodarczych, inne o modelu fiskalnym, opodatkowaniu …

Porozmawiajmy o Marku Rutte. Czy to naprawdę był dr No?

Rutte’s prezentował bardzo odważne stanowisko, ponieważ zarówno jemu, jak i jego krajowi trudno było zaakceptować transfery, podstawową architekturę umowy. Nikt nie może uznać za złe, że ktoś broni swoich narodowych interesów. Niektóre państwa członkowskie są płatnikami netto i żadne z nich tego nie zaprzestanie. Chcieliśmy wszyscy mieć pewność, że reformy zostaną wdrożone, bo to część solidarności. Solidarność działa w dwóch kierunkach: z jednej strony są pieniądze, finansowanie, z drugiej potrzebne są gwarancje, że reformy zostaną wdrożone.

Myśli pan, że Rutte posunął się za daleko?

Debata dotyczyła poziomu składek netto. Możemy się nie zgadzać w tych kwestiach, ale nikt nie chciał przestać wnosić wkładu. Pytanie brzmiało, ile ma wnieść i jakie są gwarancje, że te pieniądze zostaną przeznaczone na inwestycje i reformy. Jest to bardzo uzasadniona debata polityczna. Rutte jest bardzo twardym i dobrym negocjatorem i nie jest tajemnicą, że jest także moim przyjacielem. Dobre relacje oparte na zaufaniu były pomocne. Potrzeba zbiorowej inteligencji przy stole, aby znaleźć przestrzeń polityczną, zwłaszcza w bardzo skomplikowanych kwestiach.

W jakich momentach myślał pan, że będzie fiasko?

Nigdy nie było żadnej pewności, że to się uda, ale była wyraźna determinacja. Te negocjacje to wyjątkowe doświadczenie, wyzwanie psychiczne, fizyczne i intelektualne. Przez cały czas wiedziałem, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby osiągnąć porozumienie, ale nie za wszelką cenę. Były momenty zdominowane przez adrenalinę, z emocjami na wierzchu. Musisz być ostrożny, ufać swojemu instynktowi, aby wiedzieć kiedy pchać, a kiedy hamować. Pakiet działał bardzo dobrze, ale były momenty ryzykowne, kiedy myślałem, że klęska jest bliska. Pierwszym było sobotnie popołudnie, ale udało nam się przedstawić propozycję i wróciliśmy na właściwe tory. Niedzielna noc była drugą chwilą strachu.

Czy obawia się pan, że któryś parlament narodowy zablokuje umowę?

Jest tradycja, którą staram się podtrzymywać: nie zajmować się problemami zanim zaistnieją. Nie lekceważę zadania: naszym obowiązkiem jako władz europejskich jest wyjaśnienie, że wspólne podejmowanie decyzji jest koniecznością. Rozmowa z parlamentami. Najlepszym sposobem walki z rosnącą siłą ekstremistów jest spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć, że się udało. Nie możesz rozwiązać problemu, odwracając się od niego.

Źródło: PABLO R. SUANZES/„El Mundo