Chcecie pomocy polskiego rządu? To może warto by było wrócić z produkcją, inwestycjami i płaceniem podatków do Polski? Wyciągacie w geście solidarności rękę do polskich obywateli? Dobrze, sytuacja jest trudna i zrozumiała. Ale może właśnie ten kryzys to najlepszy moment, by zrewidować kierunek działań i zamiast zatrudniać 100 tys. Chińczyków, dać pracę 50 tys. Polaków?
Fot. Pixabay

Szanując walkę o ratowanie polskich firm w dobie pandemii, a także mając na względzie wrażliwość społeczną, mimo wszystko trudno nie mieć mieszanych uczuć, gdy z jednej strony słyszy się rozpaczliwe wołanie przedsiębiorców i przedstawicieli korporacji o pomoc do polskiego rządu (czyli de facto polskich podatników), a z drugiej popatrzy, gdzie do tej pory te korporacje inwestowały, w których krajach produkowały swoje wyroby i gdzie płaciły podatki.

Łatwo bowiem odnieść wrażenie, że wszystkie polskie przedsiębiorstwa to w tej chwili same poszkodowane instytucje, którym należy się pomoc polskiego rządu. Tym bardziej że z większości tych firm i z tego, jak podbiły światowe rynki, powinniśmy być dumni. I pewnie w większości jesteśmy. Ale o kilka rzeczy warto głośno zapytać. Właśnie teraz, w dobie pandemii i nadchodzącego kryzysu gospodarczego.

Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji zwróciła się niedawno w liście do minister rozwoju Jadwigi Emilewicz o rekompensaty dla sieci handlowych z powodu utraty klientów. Sieci zażądały, żeby rząd zakupił jednorazowe rękawiczki dla wszystkich pracowników. Dodatkowo zaproponowały, by z policjantów zrobić prywatnych ochroniarzy sklepów, czyli by państwo udostępniło służby do pilnowania placówek handlowych i usługowych. List POHiD opublikował portal Wiadomości Handlowe.pl. Organizacja ta domaga się w nim od rządu m.in. rekompensaty finansowej za zakupy środków ochrony osobistej (rękawiczki i płyny dezynfekcyjne), bo „stanowią one olbrzymi i nieprzewidziany koszt dla naszej branży oraz rekompensaty za poniesione straty ekonomiczne w postaci obniżenia liczby obsługiwanych konsumentów ze względu na wprowadzone ograniczenia – spadek liczby klientów na poziomie 50 proc.”

Inny przykład – Związek Polskich Pracodawców Handlu i Usług reprezentujący polskie sieci handlowe sprzedające odzież, obuwie, zabawki czy biżuterię w rozmowach z rządem i z właścicielami galerii handlowych. Przewodzą w nim oczywiście duże firmy, poza LPP, m.in. CCC, Media Expert, Smyk, Martes Sport, Agata Meble, czy OTCF (4F). Przedstawiciele tych firm twierdzą, że zagrożonych jest ponad 150 tys. miejsc pracy. I zwracają się do rządu polskiego (czyli podatników) o strumień, a właściwie rzekę pieniędzy na ratowanie tych miejsc.

Warto w tym momencie głośno zapytać: gdzie przez ostatnie lata te wszystkie firmy produkowały swoje wyroby? W Polsce? Gdzie inwestowały? Gdzie płaciły podatki (oprócz obowiązkowego VAT-u)? Wszystko w Polsce? Co stało się z ogromnymi zyskami, które te firmy wygenerowały przez poprzednie lata? Gdzie te zyski wywiało? Według Retail Market Experts (PMR) rynek odzieży i obuwia w Polsce osiągnął wartość prawie 37 mld zł w 2018 roku (z prognozą blisko 39 mld zł za 2019 r.), co stanowiło wzrost o 4,5 proc. w porównaniu do roku 2017 r. Największymi graczami w obu segmentach rynku są właśnie przedsiębiorstwa LPP, lider rynku odzieżowego oraz CCC – obuwniczego.

– Tego nie można nazwać normalnym kryzysem. To stan, którego do tej pory nie przeżywaliśmy – narzekał na wideokonferencji prasowej Marek Piechocki, prezes i współwłaściciel LPP (właściciel m.in. marek Reserved, Cropp, House czy Mohito).

Czy jest w porządku, że te firmy, w tym marki odzieżowe rozpoznawalne dzięki obecności w centrach handlowych, zlecają całą produkcję lub jej lwią część za granicą? Dlaczego nie produkują w swoim kraju? Oczywiście z jednej strony można powiedzieć, że gdyby w Polsce były optymalne warunki prawno-podatkowe, to nikt nie wynosiłby produkcji i zysków na drugi koniec świata. Z drugiej strony, skoro wynosili, to niech teraz zwrócą się do rządów tych krajów, gdzie produkowali i gdzie inwestowali.

Reserved to popularna marka odzieżowa należąca do spółki LPP. Kolekcje dla kobiet, mężczyzn i dzieci dostępne są w ponad 500 sklepach w 13 krajach europejskich oraz w Egipcie, Katarze i Kuwejcie. Szyją dużo, ale często nie w Polsce. Dalej: część tylko kolekcji Mohito jest szyta w Polsce, co firma sama przyznaje – modele te oznaczono na metkach i w sklepie internetowym poprzez napis „wyprodukowano w Polsce/made in Poland”. Cropp to kolejna marka z portfolio spółki LPP, dla osób, „które przez strój chcą wyrazić swoje poglądy i zamanifestować” niezależność. Komu dają pracę? Tylko Polakom, czy może też Chińczykom? Jak myślicie? Pytanie oczywiście retoryczne.

Inna kwestia, o znaczeniu wręcz fundamentalnym – gdzie płacą podatki te firmy? LPP, w jednym z tekstów sponsorowanych (w INNPoland) twierdzi, że „to polskie przedsiębiorstwo odzieżowe prowadzi ponad 1700 salonów sprzedaży w 25 krajach. Sklepy otwierają swoje podwoje w takich prestiżowych stolicach jak Londyn, Berlin, Tel Awiw czy Moskwa. Dzięki sprzedaży online odzież polskiej marki zamawiają mieszkańcy 30 krajów. To Polska jest jednak tym miejscem, gdzie zapadają strategiczne decyzje i projektowane są nowe kolekcje" oraz, że 80 proc. podatków firma płaci w Polsce. Czytam dalej: „zarządzająca pięcioma markami firma deklaruje, że podatki, jakie płaci, odprowadza do polskiej kasy. W ten sposób w ciągu ostatnich 5 lat LPP zasiliło budżet Polski kwotą blisko 4 mld zł. (…) a za 2018 r. wpływy do budżetu centralnego z tytułu danin wpłaconych przez LPP sięgnęły niemal 1 mld zł, zaś wielkość wszystkich danin LPP do budżetu przekroczy 1 mld zł za 2019 rok ". Ta spółka giełdowa podaje także w swoich raportach, że zatrudnia w kraju 14 tys. osób.

Gdzie Grupa LPP płaci brakujące 20 proc. podatków, skoro nie w Polsce? Gdzie zamawia materiały służące do szycia kolekcji? Czy przypadkiem nie w dalekiej Azji, tworząc tam miejsca pracy i zasilając PKB tamtych krajów, a nie Polski?

OTCF SA, czyli właściciel marki 4F, informuje, że działalność produkcyjną tak jak w poprzednich latach, prowadzi głównie w Chinach i Bangladeszu. CCC w ramach dywidendy za rok obrotowy 2018 wytransferowało do Luksemburga, głównego udziałowca, 5,3 mln zł.

Portal money.pl, na podstawie danych dotyczących płatników CIT pochodzących z Ministerstwa Finansów, przygotował w 2018 r. zestawienie sieci handlowych pod kątem wpłacanego do budżetu podatku dochodowego. Z tej analizy wynika, że znacząca większość z nich działa… na granicy opłacalności lub wręcz… charytatywnie.

Stosunkowo wysokie podatki w Polsce płaci tylko pięć sieci: Castorama (118,5 mln zł, 1,72 proc. obrotów), Pepco (122,2 mln zł, 2,67 proc. obrotów.), LPP (144,8 mln zł, 2,09 proc. obrotów.), Rossmann (237,4 mln zł, 2,85 proc. obrotów), Jeronimo Martins (510 mln zł, 1 proc. obrotów.). Cała reszta wpłaciła… „0” (11 sieci handlowych, w tym np. Tesco i Macro), transferując pieniądze do rajów podatkowych. Danych za 2019 r. jeszcze nie ma.

Jak to się robi? Między innymi poprzez tzw. optymalizację, ulubione pojęcie wielu konsultantów. Międzynarodowe firmy otwierają w krajach takich jak Polska spółki córki, będące całkowitą własnością spółek matek zagranicznych, o własnej osobowości prawnej. By „optymalizacja podatkowa” zadziałała na wielką skalę, niezbędne jest istnienie tzw. rajów podatkowych. Na przykład taki Mauritius, piękna wyspa. Tam stawka podatku dochodowego wynosi 3 procent. Jest coś takiego jak „Overinvoicing” i „Undernvoicing”. Zagraniczna firma np. chińska, sprzedająca do np. sieci sklepów w Polsce swoje produkty, przehandlowuje je nie bezpośrednio spółce córce, tylko przez pośrednika, spółkę z siedzibą na Mauritiusie, czy zarejestrowaną na innych Wyspach Dziewiczych. Chiński producent sprzedaje więc polskiej spółce zarejestrowanej na Mauritiusie swoje produkty po zaniżonej cenie, a ta odsprzedaje je polskiej sieci już po cenie zawyżonej. Skutkiem tego jest podbicie kosztów spółki w Polsce i zmniejszenie zysku firmy chińskiej. W efekcie końcowym cała sieć zapłaci zdecydowanie niższy podatek w Polsce, bo ma duże koszty nabycia produktów, a firma chińska też nie straci, bo odbije sobie to na niższym podatku w Chinach.

Chcecie pomocy polskiego rządu? To może warto by było wrócić z produkcją, inwestycjami i płaceniem podatków do Polski? Wyciągacie w geście solidarności rękę do polskich obywateli? OK, sytuacja jest trudna i zrozumiała. Ale może właśnie ten kryzys to najlepszy moment, by zrewidować kierunek działań i zamiast zatrudniać 100 tys. Chińczyków, dać pracę 50 tys. Polaków?

Z drugiej strony to również doskonała okazja dla rządu, by zamiast apelować o zwalczanie rajów podatkowych w Europie i okolicach, stworzyć taki „raj” polskim firmom u siebie, w Polsce. By nie musiały wynosić produkcji, inwestycji i szukać zysków na drugim końcu świata. To jest doskonały moment, by zrobić administracyjno-biurokratyczny reset i zliberalizować przepisy prawno-podatkowe, jak tylko się da. Na to czeka cała polska gospodarka przygnieciona koronawirusem.