Tylko w latach 2011-2013 Chiny zużyły więcej betonu (6,6 mld ton) niż Stany Zjednoczone przez cały XX wiek (4,5 mld ton), a spośród 500 najbogatszych ludzi świata 38 to Chińczycy – wynika z rankingu Bloomberg Billionaires Index. Z mieszkających na świecie 2,7 tysiąca miliarderów aż 12 procent to mieszkańcy Państwa Środka. Długi Marsz, który w ideologii komunistycznej urósł do rangi mitu, szybko zamienił się w „żabi skok”.

Szokujące swoimi rozmiarami aglomeracje. Zatłoczone samochodami ulice i reklamy światowych marek. Olbrzymie lotniska, mrowie spieszących się ludzi i budowy. Wszędzie coś się buduje. Nie, to nie jest opis kapitalistycznych amerykańskich miast, tylko miast w Chińskiej Republice Ludowej. Można by rzec – kapitalistycznego państwa pod komunistycznym nadzorem.

Od czasu, kiedy 1 października 1949 roku, na Placu Tiananmen, Mao Zedong ogłosił powstanie Chińskiej Republiki Ludowej, to najludniejsze państwo świata, liczące 1,4 mld obywateli, dokonało wręcz niewyobrażalnego skoku cywilizacyjnego. Można by rzec „żabiego skoku”.
Jeszcze 25 lat temu większość Chińczyków była jednakowo uboga. Dzisiaj dochody mieszkańców Państwa Środka szybko się różnicują. Już w roku 2006 obliczono, iż w tym państwie demokracji ludowej mieszka… 320 tysięcy milionerów. 90 procent z nich ma ścisłe powiązania z rządzącą partią komunistyczną. Dzisiaj spośród 500 najbogatszych ludzi świata 38 to Chińczycy – wynika z rankingu Bloomberg Billionaires Index. Z mieszkających na świecie 2,7 tysięcy miliarderów aż 12 procent to mieszkańcy Państwa Środka, którzy dysponują kapitałem rzędu… 6,5 biliona dolarów.

Do tej grupy zalicza się Kong Dongmei – wnuczka „ojca założyciela” ChRL, która wraz z mężem Chen Dongshengiem zarządza jednym z największych chińskich towarzystw ubezpieczeniowych. Firma wyceniana jest na 5 mld juanów (ok. 2,5 mld zł). W Pekinie pani Kong Dongmei oficjalnie prowadzi też firmę zajmującą się promocją i propagowaniem wartości… komunistycznych. Służyć temu mają m.in. napisane przez nią cztery książki o sławnym dziadku, na których autorka sporo zarobiła. Co więcej, miliarderka z rodziny Mao swoje wykształcenie zdobywała u znienawidzonych imperialistów, na uniwersytecie w Pensylwanii.
Bogactwo w imię komunizmu? Może bardziej bogactwo, które gwarantuje wybranym i posłusznym komunistyczny układ. Jak do tego doszło?

Chiny na początku XX wieku były jednym z ostatnich państw świata z ustrojem monarchii absolutnej. Ponad 90 procent tego biednego i zacofanego kraju stanowili chłopi, coraz bardziej nienawidzący rządzącej dynastii Tsing. Rewolucja 1912 roku doprowadziła do obalenia monarchii i ustanowienia republiki z rządzącą partią narodową Czang Kaj Szeka (Kuomintangiem) na czele.

Długi Marsz

Wybuch Wielkiej Rewolucji Październikowej roku 1917 nie pozostał bez wpływu na sąsiednie Chiny. Komunistyczna ideologia, głosząca hasła równości społecznej, szybko zyskiwała nowych zwolenników. Wkrótce z Kuomintangu wyłoniła się frakcja komunistyczna z Mao Zedongiem na czele, który głosił hasła rewolucji permanentnej i światowej. Bezkompromisowość Mao, wcześniej czy później, musiała doprowadzić do konfliktu. Tak się też stało. W 1927 roku w Chinach trwała już otwarta wojna domowa. Początkowo bliski zwycięstwa był Czang Kaj Szek, który w 1934 roku doprowadził do ucieczki komunistów Mao Zedonga z południa Chin ku północnej granicy z ZSRR. Był to osławiony Długi Marsz, który w ideologii chińskich komunistów urósł do rangi mitu. Marsz stu tysięcy komunistów, którzy przeszli 12 tysięcy kilometrów, był symbolem oddania sprawie. Maoiści na zajętych terenach bardzo łatwo potrafili pozyskać sobie chłopów w myśl zasady: zabierz bogatemu, oddaj biednemu. Wystarczyło więc anulować zaległości podatkowe, skonfiskować majątki bogaczy i wprowadzić reformę rolną. Rozejm między Kuomintangiem a maoistami nastąpił po japońskiej agresji na Chiny w roku 1937. Jednak po kapitulacji Japonii w 1945 wojna domowa rozgorzała na nowo. Przewaga Mao była już wtedy miażdżąca. Nie pomogła otwarta pomoc finansowa Stanów Zjednoczonych. Czang Kaj Szek, z około dwoma milionami swoich zwolenników musiał uciec na Tajwan, a Mao Zedong (1 października 1949 roku) tryumfalnie ogłosił założenie Chińskiej Republiki Ludowej.

Pierwszym państwem, z którym ChRL podpisała układ o dobrym sąsiedztwie i przyjaźni był oczywiście Związek Radziecki. Ideologia komunistyczna nie jest jednak ideologią pokojową i Chiny dały temu wyraz wkraczając (na przełomie 1950/51) do Tybetu pod hasłem jego… wyzwolenia. Zryw Tybetańczyków, w odpowiedzi na chińskie „wyzwolenie”, w 1959 roku został przez Mao bardzo krwawo stłumiony. Chiny zbrojnie pomagały jeszcze „wyzwolić” m.in. Koreę i wojskowo wspierały Vietkong w walce z imperialistycznymi Amerykanami. Nawet w kontaktach ze starszym bratem Związkiem Radzieckim, Chiny zawsze miały swoje zdanie, dbając przede wszystkim o własne interesy. Kulminacją rozbieżności pomiędzy tymi dwoma komunistycznymi państwami okazał się zbrojny konflikt graniczny na rzece Ussuri, który o mało nie doprowadził do wojny w 1969 roku.

Chiny Mao Zedonga boleśnie przeobrażały się wewnętrznie. Doprowadzająca do ruiny gospodarczej kolektywizacja rolnictwa, czy choćby osławiona rewolucja kulturalna, zmusiły komunistów do szukania nowych rozwiązań. Stało się oczywiste, że bieda i dalsza degradacja gospodarki w krótkim czasie mogą doprowadzić do napięć społecznych, a w tak ogromnym kraju takie niepokoje mogłyby się okazać kłopotliwe dla rządzących. Poprawa jakości życia Chińczyków stała się dla komunistów palącą wręcz potrzebą. Aby utrzymać się u władzy komuniści wyciągnęli racjonalne wnioski. Jeszcze w latach 80. XX wieku władze ChRL zaczęły stopniowo tworzyć korzystne warunki dla inwestycji zagranicznych i nowych technologii. Jednak przykład Wielkiego Brata i rozpad ZSRR, który nastąpił tuż po sławnej pierestrojce Gorbaczowa, uwrażliwił chińskich działaczy partyjnych na niszczenie w zarodku wszelkiej opozycji. Krwawe wydarzenia na Placu Tiananmen w 1989 roku, gdzie chińskie czołgi rozjechały protestujących studentów, jasno określiły zasady gry: otwarcie gospodarcze na Zachód i USA – tak, wszelkie wtrącanie się w „wewnętrzne sprawy Chin”, wspieranie opozycji, ruchów demokratycznych, czy choćby krytyka łamania praw człowieka – nie.

Dla chińskiej polityki gospodarczej znamienny jest tutaj przykład Hongkongu przyłączonego do ChRL w roku 1997. Rząd podjął kroki, aby wszelkie ruchy demokratycznych reform, inicjowanych przez mieszkańców tej enklawy, były z góry skazane na niepowodzenie. Bo a nóż demokratyczny wirus rozleje się po całym kraju? Partia Komunistyczna Chin znalazła na to sposób. Postawiła na przyciągnięcie inwestorów, stworzenie nowych miejsc pracy i podniesienie dochodów obywateli, którzy zamiast o demokratyzacji mają myśleć o bogaceniu się. I jak dotąd udaje się to znakomicie.

Gospodarczy „żabi skok”

Taktykę „żabich skoków” opracował podczas II wojny światowej gen. Douglas MacArtur. Polegała ona na opanowywaniu, po kolei, strategicznie najważniejszych wysp na drodze do Japonii. Dzisiaj wydaje się, że od strony gospodarczej strategię tę stosują Chiny, starając się opanowywać najważniejsze gałęzie światowej gospodarki. Przykładem może tutaj być „gospodarka cyfrowa” i afery szpiegowskie Huaweia. Oczywiście, chińska gospodarka była w stanie stworzyć światowe marki dzięki mrówczej pracy setek milionów robotników.

Na podwojenie swojego PKB USA potrzebowały 47 lat (1839-1886), Japonia 34 lata (1885-1919), Korea Południowa 11 – a Chiny? Swoje PKB podwoiły w ciągu 9 lat (1987), a ponownie udało się tego dokonać już w 1996 roku (ustanawiając rekord nie do pobicia). Chińska gospodarka w ciągu sześciogodzinnego dnia pracy obecnie produkuje tyle samo towarów, co Chiny w roku 1978. Dość wspomnieć, że w 2005 roku inwestycje zagraniczne  Chin wynosiły ponad 70 mld dolarów i głównie pochodziły z USA, Japonii i krajów Unii Europejskiej. W 2015 roku Chiny przegoniły Stany Zjednoczone i obecnie są pierwszym światowym odbiorcą bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ). W roku 2015 wartość chińskiego BIZ, w porównaniu do roku poprzedniego, wzrosła aż o 6,4 procent, a jednocześnie analitycy przewidują, że zagraniczne inwestycje chińskie wkrótce przekroczą wartość BIZ napływających do Chin.

Aby błyskawicznie rozwijającej się gospodarce zapewnić stały dopływ surowców, dzisiejsze Chiny budują swoją sferę wpływów na całym świecie. Można mówić o strategii gospodarczego „żabiego skoku”, który ma zapewnić Chinom płynny dopływ strategicznych surowców. Już dzisiaj bardzo silnie gospodarczo ChRL obecna jest w Afryce, gdzie największym dostawcą ropy naftowej stała się Angola. W 2006 roku odbył się nawet w Pekinie szczyt, w którym udział wzięło 48 państw afrykańskich. Podpisano wtedy kontrakty na 1,9 mld dolarów, a Chiny zobowiązały się do udzielenia pomocy w wysokości 5 mld dolarów. Oczywiście, kiedy tylko zagrożone były chińskie interesy w należącym do Sudanu roponośnym Darfurze (gdzie sudańskie wojska dokonywały ludobójstwa), wtedy Chiny nie tylko nie udzieliły pomocy mieszkańcom Darfuru, ale wręcz blokowały działania ONZ-tu mające na celu doprowadzenie do przerwania rzezi. W tym samym czasie Chiny zbudowały w Sudanie fabrykę broni. Powód takiego postępowania był prosty: bezpieczeństwo dostaw ropy naftowej, a że „przy okazji” można zarobić na broni? Dlaczego nie.
Gospodarczy „żabi skok” tyczy się także strategicznych punktów na mapie świata. Takim państwem jest Dżibuti, w którym Chińczykom udało się zająć miejsce Francuzów.
Chiny, w ciągu niespełna dwóch dekad, stały się najważniejszym partnerem handlowym Afryki i jej głównym inwestorem. Z danych Inicjatywy Badań Chiny-Afryka (CARI) wynika, że w latach 2000-2016 Afryka zaciągnęła od Chińczyków pożyczki w wysokości 125 mld dolarów. Jak wiemy pożyczka ma to do siebie, że wcześniej czy później trzeba ją spłacić…

Przyczajony smok

Swoją agresywną politykę gospodarczą Chiny umiejętnie łączą z nacjonalizmem i polityką historyczną. W chińskiej telewizji nie brakuje filmów sławiących Mao Zedonga czy przypominających o krzywdach, jakie doznały Chiny od „kolonistów” – mocarstw europejskich i USA, na przełomie XIX i XX wieku. Wybuchające co jakiś czas w chińskich miastach antyjapońskie rozruchy (mające swoje korzenie w japońskiej agresji w 1937 roku) są umiejętnie nagłaśniane przez media i pacyfikowane w „odpowiednim czasie”. Z drugiej strony Chiny same są państwem okupacyjnym, krwawo pacyfikującym wszelkie rozruchy domagających się wolności Tybetańczyków czy Ujgurów. Sama tybetańska Lhasa sprawia wrażenie miasta okupowanego, z dużą liczbą patrolujących ją żołnierzy uzbrojonych nie tylko w broń ale i w gaśnice; to na wypadek, gdyby kolejny Tybetańczyk chciał zaprotestować dokonując samospalenia. Na dachach szpicle przypatrują się, także turystom, przez lornetki. Trzeba uważać, co się fotografuje. Oczywiście w chińskich mediach panuje ścisła cenzura. Przecież reklama jest dźwignią handlu…

Dla polityki historycznej nie bez znaczenia są też chińskie konflikty graniczne, które odpowiednio przedstawiane w rządowych mediach stały się także spoiwem łączącym naród. Niebezpiecznym spoiwem.
Dużym sukcesem Chin okazało się wygranie sporu z Rosją o sporne wyspy w dorzeczu Amuru. Rosja, nie kwapiąca się do oddania Japonii Wysp Kurylskich, zajętych trzy dni (sic!) po podpisaniu przez Japonię kapitulacji w 1945 roku, w przypadku Chin uległa. Mało nagłośniony jest fakt, że Władimir Putin 20 lipca 2008 roku podpisał zgodę na przekazanie Chinom całego spornego terytorium (tj. 340 km kw.), o które w 1969 toczyły się przecież lokalne walki radziecko-chińskie. Rosyjski niedźwiedź postanowił w tym przypadku nie drażnić chińskiego smoka. Apetyt jednak rośnie w miarę jedzenia – Państwo Środka toczy dziś spór o Wyspy Paracelskie z Wietnamem. Większość Chińczyków twierdzi też, że w przypadku ogłoszenia niepodległości przez Tajwan, Chiny niezwłocznie powinny zająć zbrojnie tę „zbuntowaną wyspę”. Narasta też konflikt z Japonią o Wyspy Senkaku. Na groźby Chin odpowiedziały Stany Zjednoczone, które właśnie zwróciły się do Japonii z propozycją zorganizowania wspólnych ćwiczeń wojskowych na wyspach Pacyfiku.

Oczywiście prężenie muskułów przed sąsiadami wymaga odpowiedniego uzasadnienia w posiadanej sile zbrojnej, ale już w 2006 roku raport rządu USA stwierdzał, że „spośród powstających mocarstw Chiny mają największy potencjał, by konkurować militarnie ze Stanami Zjednoczonymi”. Aby podołać temu wyzwaniu gospodarka musi mieć odpowiedni potencjał – m.in. dlatego około milion Tajwańczyków nie ma dziś żadnych trudności z tym, by kooperować z chińskimi firmami, przyczyniając się do powstania blisko 50 mln miejsc pracy na kontynencie. Gospodarka jest ważniejsza.

Wielu światowych ekspertów wyrokuje, że Chiny przez co najmniej kilkadziesiąt lat będą rządzone przez Partię Komunistyczną, którą u szczytu władzy postawił Mao Zedong. Wydaje się, że większość Chińczyków, pamiętając masakrę na Placu Tiananmen, bardziej jednak zainteresowana jest bogaceniem się, niż rozmyślaniem o demokracji w kolejną rocznicę powstania Chińskiej Republiki Ludowej. Co ciekawe, rozkaz zbrojnego rozprawienia się ze studentami (zginęło wtedy 2600 osób) wydał miły, dobroduszny starszy pan, następca Mao – Deng Xiaoping.

Tymczasem polski krajobraz architektoniczny „zdobią”, powstające jak grzyby po deszczu, kolejne chińskie markety. Rośnie też bezpośredni, internetowy import artykułów z Chin, który według wyliczeń ekspertów przynosi polskiej gospodarce straty rzędu 2 mld zł, a który (ze względu na pandemię) z pewnością będzie rósł. To właśnie czas pandemii boleśnie uświadomił wielu państwom, że lepiej mieć własną, rodzimą produkcję, niż lokować ją np. w Chinach.
Czy skłoni to do większego patriotyzmu gospodarczego Polaków i mieszkańców innych krajów naszego kontynentu? Miejmy nadzieję, że tak.

Na koniec pytanie – ciekawe, co o dzisiejszej sytuacji Chin myśli miliarderka z rodu Mao, podpisując kolejny egzemplarz biografii dziadka. Czy aby nie: „Dziadku, w końcu Długi Marsz zamienił się w >żabi skok<”?