fbpx
czwartek, 25 kwietnia, 2024
Strona głównaFelietonCios w edukację domową

Cios w edukację domową

Czy edukacja domowa – tańsza od stacjonarnej i dlatego otrzymująca zawsze subwencję niższą niż ta na ucznia stacjonarnego – nie powinna cieszyć się specjalnym statusem i funkcjonować na zasadzie całkowicie oddzielnego funduszu? Jej problemy to chyba najlepszy argument za koncepcją bonu oświatowego – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Niedawno pewien dziennikarz „Tygodnika Solidarność” zaatakował na Twitterze edukację domową. Napisał: „Już szkoły prywatne sprawiają, że dzieci rodziców z »lepszych domów« patrzą z góry na pozostałe dzieciaki. Pomysł domowej edukacji to pójście w jeszcze większy elitaryzm i pogardyzm. Komuś tu włączyła się arystokracja, by odróżnić się od »pięćsetplusów«”.

Ten tłit jest nie tylko absurdalny, ale też wyjątkowo arogancki, co można częściowo zrzucić na młody wiek jego autora. Zapewne pan ów po prostu nie zna historii edukacji domowej i utożsamia ją z jakimś nieakceptowalnym dla socjalisty elitaryzmem, podczas gdy ten akurat trend edukacyjny jest nieodmiennie związany przede wszystkim ze środowiskami o konserwatywnych poglądach. Osoby stawiające na edukację domową na ogół wychodzą z założenia – można się z nim zgadzać lub nie, ale stoją za tym poważne argumenty – że współczesna szkoła wpływa na tyle źle na dzieci, pod różnymi względami, że znacznie lepiej jest kształcić je w domu.

Skrajnie niesprawiedliwe jest także twierdzenie, że chodzi tu o jakiś „pogardyzm” (swoją drogą prześmieszne są te neomarksistowskie neologizmy). Prowadzenie edukacji domowej to zawsze duży wysiłek i konieczność poświęcenia ogromnej ilości czasu. Przecież dziecko musi zdawać normalne egzaminy, zgodnie ze standardami ogólnej podstawy programowej, a do tego muszą je przygotować rodzice. Być może młody redaktor z „Tysola” po prostu nie wie, co to właściwie jest edukacja domowa i wyobraża ją sobie jako kopię XIX-wiecznego systemu, z którego korzystała arystokracja – z guwernerem, dworem, a może nawet pałacem oraz „wyzyskiem mas pracujących”.

Ten tłit pojawił się w związku z awanturą – niezbyt głośną niestety – o ciosy, jakie edukacji domowej próbuje zadawać z zadziwiającym zapamiętaniem obecny minister edukacji i nauki, pan Przemysław Czarnek. Pierwszą taką próbą był projekt nowego prawa oświatowego, złośliwie nazywanego „lex Czarnek”. Te plany wywołały oburzenie, ale w ograniczonym środowisku, bo w edukacji domowej uczy się jedynie ok. 30 tys. dzieci na ok. 3 mln uczniów samych szkół podstawowych. Wydaje się, że to jest jeden z powodów, dla których ministerstwo tak bezceremonialnie poczynało sobie z tą grupą. Po prostu wie, że głos protestu nie będzie donośny.

Co ciekawe, zwolennikom edukacji domowej rząd poszedł na rękę zaledwie w 2021 r., m.in. likwidując obowiązek rejonizacji na poziomie województwa. Dwa lata później wiceminister edukacji Dariusz Piontkowski tak uzasadniał zmiany, cofające tamtą liberalizację i dotyczące m.in. ograniczenia terminu, w jakim rodzice mogą zapisać dziecko do edukacji domowej w danej szkole: „To ograniczenie wynika głównie z głosów samorządów, które wskazywały na to, że część uczniów przechodziło na taką formę nauki, co wiązało się z tym, że zwłaszcza gdy były to szkoły niepubliczne, niesamorządowe, to samorząd musiał dodatkowo przekazywać duże kwoty na rzecz tych szkół, ponieważ naliczana subwencja oświatowa obejmuje tylko liczbę uczniów zgłoszonych do danej szkoły do 30 września. Jeżeli po 30 września korzystano z takiej formy nauki, to wówczas samorząd w zasadzie z własnych środków, z własnych dochodów, musi pokrywać koszty tej dotacji”. Wiceminister twierdził, że „były gminy, w których takich uczniów w trakcie roku szkolnego pojawiało się nawet kilkuset, był nawet jeden wypadek, że było to kilka tysięcy”. To zadziwiające uzasadnienie, bo – po pierwsze – skala edukacji domowej jest tak niewielka, że naprawdę trudno uwierzyć, aby był to masowy i poważny problem, a pan minister żadnych konkretów tu nie podał; po drugie – jeśli mowa jest o jednym skrajnym przypadku, to byłoby to klasyczne wylewanie dziecka z kąpielą i kasowanie całego mechanizmu w związku z jedną sprawą.

Jak jednak wiadomo, „lex Czarnek” zostało zawetowane przez pana prezydenta Andrzeja Dudę. Ministerstwo sięgnęło więc po środek naprawdę już ordynarny: ministerialne rozporządzenie z 22 grudnia ubiegłego roku. Obniża ono – w trakcie roku szkolnego – wysokość subwencji na edukację domową. W ten sposób uderza się we wszystkie szkoły, które sprzyjają tej formie nauczania, a przede wszystkim – we wszystkich rodziców, którzy w taki sposób postanowili edukować swoje dzieci. To zmiana reguł w trakcie gry.

Sprawa jest oczywiście bardziej skomplikowana i każe postawić pytania o cały system. Dlaczego MEiN postanowiło w tej sprawie nagle tak bezgranicznie uwierzyć i przyjąć stanowisko samorządów, które w dużej części są przecież kierowane przez polityków opozycji? Czy faktycznie subwencja na edukację domową powinna być szkołom przekazywana za pośrednictwem samorządów? Czy edukacja domowa – tańsza od stacjonarnej i dlatego otrzymująca zawsze subwencję niższą niż ta na ucznia stacjonarnego – nie powinna cieszyć się specjalnym statusem i funkcjonować na zasadzie całkowicie oddzielnego funduszu? Inna sprawa, że problemy edukacji domowej to chyba najlepszy argument za koncepcją bonu oświatowego.

Stanowisko MEiN jest całkowicie niezrozumiałe, wziąwszy pod uwagę wspomniany, głównie konserwatywny profil osób, które na taką formę edukacji stawiają. Z kim, dlaczego i po co walczy pan minister Czarnek próbując utopić w Polsce edukację domową – trudno pojąć. W dużej mierze jest to walka z własnym elektoratem PiS.

Łukasz Warzecha

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
Jeden z najpopularniejszych komentatorów sceny politycznej w Polsce. Konserwatysta i liberał gospodarczy. Publicysta „Do Rzeczy", „Forum Polskiej Gospodarki”, Onet.pl, „Rzeczpospolitej", Salon24 i kilku innych tytułów. Jak o sobie pisze na kanale YT: „Niewygodny dla każdej władzy”.

INNE Z TEJ KATEGORII

Sztuczna inteligencja w działaniu

Ostatnio coraz częściej mówi się o sztucznej inteligencji i to przeważnie w tonie nader optymistycznym – że rozwiąże ona, jeśli nawet nie wszystkie, to w każdym razie większość problemów, z którymi się borykamy. Tylko niektórzy zaczynają się martwić, co wtedy stanie się z ludźmi, bo skoro sztuczna inteligencja wszystko zrobi, to czy przypadkiem ludzie nie staną się zbędni?
5 MIN CZYTANIA

Można rywalizować z populistami w polityce, ale najlepiej po prostu ograniczyć rolę państwa

Możemy już przeczytać tegoroczny Indeks Autorytarnego Populizmu. Jest to dobrze napisany, pełen informacji raport. Umiejętnie identyfikuje problem, jaki mamy. Ale tu potrzeba więcej. Przede wszystkim takiego działania, które naprawdę rozwiązuje problemy, jakie dostrzegają wyborcy populistycznych partii.
4 MIN CZYTANIA

Urojony klimatyzm

Bardziej od ekologizmu preferuję słowo „klimatyzm”, bo lepiej oddaje sedno sprawy. No bo w końcu cały świat Zachodu, a w szczególności Unia Europejska, oficjalnie walczy o to, by klimat się nie zmieniał. Nie ma to nic wspólnego z ekologią czy tym bardziej ochroną środowiska. Chodzi o zwalczanie emisji dwutlenku węgla, gazu, dzięki któremu mamy zielono i dzięki któremu w ogóle możliwe jest życie na Ziemi w znanej nam formie.
6 MIN CZYTANIA

INNE TEGO AUTORA

Policja dla Polaków

Jednym z największych problemów polskiej policji – choć niejedynym, bo ta formacja ma ich multum – jest ogromny poziom wakatów: ponad 9,7 proc. Okazuje się, że jednym ze sposobów na ich zapełnienie ma być – na razie pozostające w sferze analiz – zatrudnianie w policji obcokrajowców. Czyli osób nieposiadających polskiego obywatelstwa. W tym kontekście mowa jest przede wszystkim o Ukraińcach, Białorusinach i Gruzinach.
3 MIN CZYTANIA

Źli flipperzy i dobra lewica

Kiedy socjaliści poszukują rozwiązania jakiegoś palącego problemu, można być pewnym dwóch rzeczy. Po pierwsze – że to, co zaproponują nie będzie rozwiązaniem najprostszym, czyli wolnorynkowym. Po drugie – że skutki realizacji ich propozycji będą kontrproduktywne, a najpewniej uderzą w najsłabszych i najbiedniejszych.
5 MIN CZYTANIA

Wyzwanie

Pojęcie straty czy kosztu zostało prawie całkowicie wyeliminowane z języka debaty publicznej. Jeśli jakiś projekt jest uznawany za słuszny i realizujący pożądaną linię, to nie niesie ze sobą kosztów – może się jedynie łączyć z „wyzwaniami”. Koszty pojawiają się dopiero tam, gdzie pomysł jest niesłuszny.
4 MIN CZYTANIA