Dlaczego Izrael wyzbywa się dolarów i euro, a na gwałt skupuje chińskie juany? – zastanawia się w swoim najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz. A zastanawiać się jest nad czym, bo przecież tenże Izrael uchodzi, jeśli nawet nie za mentora, to z pewnością za najukochańszego sojusznika Stanów Zjednoczonych…

W czasach mojej młodości byli jeszcze w Polsce Cyganie i Cyganki, które zajmowały się wróżeniem. Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma, więc wróżeniem zajmuje się np. Rada Polityki Pieniężnej i oczywiście rząd, który w projekcie ustawy budżetowej wróży z fusów. No a potem jest jak zawsze, podobnie zresztą jak w Rosji za cara, kiedy to budżet państwa opierał się na wódce i machorce.

Rada Polityki Pieniężnej wróży w taki sposób, że rzuca monetę i jak wypadnie reszka, to obniża stopę procentową, jak wypadnie orzeł – to podwyższa, a jak moneta stanie na sztorc, to ani nie podwyższa, ani nie obniża. Za te czynności jej członkowie dostają wynagrodzenia, że daj Boże każdemu, chociaż oczywiście dla każdego by nie wystarczyło, więc niech reszta ma tę przyjemność, że w jej imieniu i dla jej dobra wypije sobie i zakąsi rosnąca armia jej dobroczyńców.

Wracając do Cyganek, to przeważnie wróżyły one z kart, chociaż potrafiły i bez nich. Któregoś razu, gdy Cyganka chciała mnie namówić na powróżenie z kart, powiedziałem jej, że z kart to każdy głupi potrafi powróżyć, więc jak Cyganka chce, to niech Cyganka powróży mi bez kart. Na to ona wypowiedziała te wróżebne słowa: „Będziesz żył aż do śmierci, aż ci się zawierci!”. Ale to była sytuacja wyjątkowa, bo zasadniczo Cyganki wróżyły z kart. Rozkładały je na kupki według następującego porządku: dla ciebie, dla domu, co być może, co być musi, co twe serce zaspokoi – no a potem już wróżyły, że aż miło.

Najciekawsza wydawała mi się zawsze kupka: „co być może” – bo to, co być musi, to spenetrował już dawno temu Beniamin Franklin, mówiąc, że w życiu dwie rzeczy są absolutnie pewne: śmierć i podatki. No więc teraz ta formuła cygańskiej wróżby przypomniała mi się na wiadomość, że bezcenny Izrael wyzbywa się dolarów i euro, a na gwałt, a właściwie – na gewałt, skupuje chińskie juany. O ile w sprawach religijnych można mieć do Izraela ograniczone zaufanie, na co wskazuje odczytywany w drugi dzień Świąt Wielkanocnych fragment Ewangelii św. Mateusza, o tyle w sprawach finansowych wprawdzie żadnego zaufania do Izraela mieć nie można, ale zawsze warto zastanowić się, po co robi on takie rzeczy. Jest to tym bardziej ciekawe, że Izrael uchodzi, jeśli nawet nie za mentora, to z pewnością za najukochańszego sojusznika Stanów Zjednoczonych.

Tymczasem Stany Zjednoczone, chociaż 15 sierpnia 1971 roku odstąpiły od porozumienia z Bretton Woods, to bardzo pilnują, by dolar zachował status czołowej waluty światowej. Porozumienie z Bretton Woods zostało zawarte pod koniec II wojny światowej, a jego celem było ustanowienie nowego ładu finansowego, bo dotychczasowy został przez wojnę zniszczony. Wprawdzie od 1933 roku USA odeszły od detalicznej wymienialności dolarów na złoto lub srebro, ale zachowały standard złota w transakcjach międzynarodowych. Dolar początkowo odpowiadał zatem 1/20 uncji złota, a pozostałe waluty odnosiły się do dolara. Jednak na skutek różnych okoliczności, na których omawianie nie ma tu miejsca, prezydent Nixon 15 sierpnia 1971 roku odstąpił od porozumienia z Bretton Woods, wskutek czego świat odszedł od standardu złota, a w obiegu pojawił się tzw. „pieniądz fiducjarny”, który ma wartość dlatego, że ludzie wierzą, że ma on wartość. Nad powszechnym utrzymaniem tej wiary czuwa potężna amerykańska armia, bo Stany Zjednoczone  z tego, że fiducjarny dolar jest walutą światową, ciągną grubą rentę, więc każdy, kto zamierza od tej wiary odstąpić, jest surowo karany. Jak pamiętamy, Saddama Husajna zgubiło to, że zaczął się odgrażać, iż w transakcjach eksportu ropy odejdzie od dolara na rzecz japońskiego jena albo europejskiego euro. Takiej zbrodni miłujący pokój świat nie mógł mu już wybaczyć, więc w ramach operacji pokojowej Irak został najechany i obrócony w perzynę, a Saddam Husajn został pojmany, oddany w ręce niezawisłego sądu, a następnie przykładnie powieszony, żeby już nikomu takie pomysły nie przychodziły do głowy. No a teraz słyszymy, że bezcenny Izrael na gewałt pozbywa się dolarów i euro, żeby za to kupić chińskie juany. Samogwałtu, co się dzieje!?

Wszystko to jest tym bardziej zagadkowe, że Chiny, podobnie zresztą jak Brazylia, Rosja, Indie i Republika Południowej Afryki od 2011 roku uczestniczą w porozumieniu zwanym BRICS, którego nazwa pochodzi od pierwszych liter nazw państw-sygnatariuszy. Nieukrywanym celem tego porozumienia jest detronizacja dolara z funkcji waluty światowej, a więc pozbawienie Stanów Zjednoczonych wspomnianej grubej renty. Na czym ta renta polega, to w swoim czasie wyjaśnił laureat nagrody Nobla z ekonomii, prof. Milton Friedman. Odpowiadając na lamenty podnoszone w związku z niekorzystnym dla USA bilansem handlowym z Japonią, wyjaśnił, że USA wysyłają do Japonii kawałki zadrukowanych na zielono papierków. A co w zamian do USA przysyła Japonia? Ano samochody, maszyny, komponenty elektroniczne – i tak dalej. Skoro tak – dowodził Friedman – to możemy im wysyłać tych papierków, ile tylko chcą; niech nawet palą nimi w piecach, byle tylko przysyłali nam w zamian to samo, co dotychczas.

Jeśli tedy bezcenny Izrael, którego premier nie tylko kombinuje z Putinem, nie tylko, przechodząc do porządku nad wspólnym pochodzeniem etnicznym, chłodno potraktował ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, ale w dodatku, zupełnie się z tym nie kryjąc, wyzbywa się dolarów i euro na rzecz zakupu chińskich juanów, to nieomylny to znak, że musi wiedzieć coś, czego my jeszcze nie wiemy i zawczasu stara się do tego, „co być może”, przygotować.

A „co być może”? Być może to „być może” wiąże się z dekretem zimnego ruskiego czekisty Putina z 1 kwietnia br., na podstawie którego Rosja żąda zapłaty za importowaną od niej ropę w rublach. Tymczasem kraje korzystające z rosyjskiej ropy, ze względu na sankcje, które Amerykanie kazali im zastosować wobec Rosji, nie mogą bezpośrednio kupować rubli w Rosji, bo przecież by się strefiły. Zatem muszą to robić przez papierek, czyli – przez pośrednika – ewentualnie – przez kilku pośredników. A któż na tym świecie pełnym złości lepiej nadaje się na pośrednika niż bezcenny Izrael? Nawet gdyby Izrael pił ruską ropę, to strefić się nie może, bo wszelkie takie oskarżenia dowodziłyby surowo zwalczanego przez USA „antysemityzmu”. Toteż  małe pikusie chętnie z tego pośrednictwa korzystają, bo jakże inaczej? No dobrze – ale skąd właściwie Izrael będzie miał ruble? Czy nie stąd, że sprzeda Chińczykom dolary za juany, a za nie kupi w Rosji ruble, którymi zapłaci Putinowi za ropę i wszyscy będą zadowoleni? No, może z wyjątkiem prezydenta Zełeńskiego, bo on aktualnie nie robi w ropie, tylko w wojnie, a to jest już całkiem inny interes.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułUchodźcy mają lepsze warunki do prowadzenia biznesu niż Polacy?
Następny artykułE-handel na fali