Chów klatkowy od lat pozostaje kluczową w kontekście sektora drobiarskiego formą prowadzenia gospodarstw. Rezygnacja z tego systemu utrzymywania zwierząt uderzyłaby w największym stopniu w krajowych producentów, którzy są unijnymi czempionami na rynku mięsa drobiowego i liczącym się graczem na rynku jaj.

srextasagar32/Pixabay

Według danych publikowanych w ubiegłym roku przez dziennik „Rzeczpospolita” 82 proc. polskiej produkcji jaj odbywa się w oparciu o wykorzystanie systemów klatkowych. 13 proc. to jaja pochodzące z chowu ściółkowego, 4 proc. z wolnego wybiegu, a 1 proc. to tak zwane jaja ekologiczne. Tymczasem Komisja Europejska zapowiedziała, że „do końca 2023 roku zaprezentuje wniosek ustawodawczy mający na celu wycofanie i ostateczny zakaz stosowania klatek w odniesieniu do wszystkich gatunków i kategorii zwierząt, o których mowa w inicjatywie”. Chodzi tu o inicjatywę Koniec Epoki Klatkowej, która w swojej istocie stanowiłaby koniec polskiego drobiarstwa w formie, jaką znamy i która zapewnia nam czołową pozycję na unijnym rynku.

Rolników zjedzą koszty

Rolnicy podkreślają, że zakaz stosowania klatek w hodowli zwierząt byłby rewolucją, która pociągnie za sobą ogromne koszty. Chodzi tu między innymi o wydatki związane z dostosowaniem budynków, z zabezpieczeniem większej powierzchni niezbędnej do hodowli oraz z ogromnymi inwestycjami w sprzęt, których – uwzględniając szalony wzrost kosztów prowadzenia gospodarstw w ostatnich latach spowodowany pandemią, wojną na Ukrainie i trwającym kryzysem energetycznym – sektor może nie wytrzymać. Pamiętać przy tym należy, że zakaz uderzyłby także w inne gałęzie produkcji zwierzęcej, które wykorzystują klatki.

Poniesione nakłady przełożyłyby się na wzrost kosztów produkcji, który zachwiałby konkurencyjnością polskiej produkcji drobiarskiej, oddając część obsługiwanych dziś przez krajowych dostawców rynków w ręce rolników z innych części Europy czy świata.

Polskie ministerstwo rolnictwa w odpowiedzi na jedną z interpelacji dotyczących zakazu wskazało tylko, że dziś ten system prowadzenia hodowli jest dozwolony, a wszelkie decyzje dotyczące ustosunkowania się do planów Brukseli podjęte zostaną dopiero po zaprezentowaniu przez Komisję Europejską proponowanych regulacji. Wtedy może być już jednak za późno.

Bezrefleksyjna rezygnacja z wykorzystywania klatek w hodowli zwierząt to nic innego jak przejaw krótkowzroczności gospodarczej, na co ostrzą sobie zęby na przykład globalni hegemoni rynku drobiarskiego. Przed dwoma laty, podczas spotkania Światowej Organizacji ds. Zdrowia Zwierząt (OIE), producenci jaj z krajów Mercosur i Ameryki Środkowej zdecydowanie odrzucili program, który obligowałby ich do odejścia od prowadzenia chowu i hodowli drobiu z wykorzystaniem systemów klatkowych, zapewniając jednocześnie, że gdy Unia z klatek zrezygnuje, rzeczeni dostawcy Europy „w potrzebie nie zostawią”…

W odniesieniu do samego tylko rynku jaj, gdy pojawiły się pierwsze pogłoski o możliwym przyjęciu przez Unię Europejską inicjatywy Koniec Epoki Klatkowej, Brazylia zapowiedziała uruchomienie programu mającego na celu zdynamizowanie ekspansji eksportowej. Efekt? Wzrost eksportu jaj o 150 proc. w rok.

Doświadczenie brytyjskie

Rezygnacja z systemów klatkowych to także zagrożenie w kontekście szalejącej w ostatnich latach epidemii grypy ptaków. Jak poinformował The British Poultry Council, grypa ptaków doprowadziła do likwidacji około połowy indyków utrzymywanych w tym kraju w systemach wolnowybiegowych. Rozpoczęło to dyskusję wśród ekspertów zajmujących się chowem drobiu dotyczącą możliwej rezygnacji z utrzymywania ptaków w systemach na wolnym wybiegu.

Problem może zostać w najbliższym czasie spotęgowany w innych państwach, w których systemy inne niż klatkowe stanowią przeważającą część produkcji.

Groźny scenariusz duński

Duński resort rolnictwa zadeklarował, że od 2023 roku uniemożliwi tamtejszym hodowcom inwestycje w systemy klatkowe. Systemy bateryjne mają być wprawdzie dozwolone jeszcze przez dwanaście kolejnych lat, ale dla tamtejszych hodowców jest to niewielkie pocieszenie. Decyzja rządu nie przewiduje żadnych rekompensat dla rolników, których nowe prawo zmusi do przeprowadzenia ogromnych inwestycji. Hodowcy nie mogą także liczyć na żadną formę pomocy związaną z przechodzeniem na alternatywne metody chowu. Duńczycy muszą zmierzyć się z ogromnym problemem, mimo że chów klatkowy to zaledwie 13 proc. tamtejszej produkcji drobiarskiej.

Trudno wyobrazić sobie skalę trudności, z jaką w podobnym przypadku musiałaby zmierzyć się Polska – największy dostawca drobiu w Unii Europejskiej. Rząd powinien wykazywać się tu daleko idącą ostrożnością i – jeszcze przed tym, jak mleko się rozleje – torpedować pomysły unijnych zielonych rewolucjonistów. W przeciwnym razie polski sektor drobiarski mogą czekać chude lata. Bardzo chude.

Poprzedni artykułCoraz więcej Polaków zainteresowanych e-samochodami
Następny artykułCzego boją się polscy pracownicy?