Na początku lat 90. XX wieku funkcjonowało w Polsce ponad siedemdziesiąt kopalni węgla kamiennego. Pozostało ich dwadzieścia.

Zwijanie górnictwa w Polsce to nic nowego. Przez ostanie 30 lat kopalnie likwidowane są praktycznie cały czas, choć w różnym tempie. Zamknięto m.in. wszystkie kopalnie Dolnośląskiego Zagłębia Węglowego oraz Zagłębia Dąbrowskiego. Według GUS w 1990 roku polskie kopalnie łącznie wydobywały 148 mln ton węgla kamiennego (w rekordowym roku 1980 – 193 mln ton), a w 2019 roku – już tylko 61,9 mln ton.

Kogo reprezentuje rząd?

Po tym jak na początku sierpnia wicepremier Jacek Sasin zapowiedział konieczność likwidacji górnictwa węgla kamiennego, w 13 kopalniach nastąpił oddolny protest kilkuset górników. Wtedy związkowcy – żeby wyjść z twarzą – musieli się dogadać z rządem. I rzeczywiście pomiędzy delegacją rządową a Międzyzwiązkowym Komitetem Protestacyjno-Strajkowym doszło do porozumienia, na które jednak musi zgodzić się Komisja Europejska. Zdaniem niektórych związkowców nie ma na to szans, ponieważ na dotowanie z polskiego budżetu bieżącego funkcjonowania kopalni nie ma unijnych podstaw prawnych. No, ale wtedy rząd będzie mógł wszystko zrzucić na UE.

Wrześniowe porozumienie dotyczące stopniowej likwidacji górnictwa dotyczy ośmiu (czyli wszystkich) kopalni należących do Polskiej Grupy Górniczej oraz KWK „Bobrek”. Jednak mimo tego, że ostatnia kopalnia ma przestać wydobywać węgiel w Polsce w roku 2049, to w umowie pominięto trzy kopalnie wchodzące w skład spółki Tauron Wydobycie, lubelską kopalnię Bogdanka należącą do Enei oraz będącą w czeskich rękach PG „Silesia”, które jednak według ministerialnych planów też idą pod nóż. Nie ma natomiast mowy o likwidacji czterech kopalń Jastrzębskiej Spółki Węglowej (w których wydobywa się głównie nie węgiel energetyczny, ale koksowy, do produkcji stali) oraz prywatnych ZG Siltech w Zabrzu i ZG Eko-Plus w Bytomiu.
Związkowcy wynegocjowali gwarancje zatrudnienia aktualnym górnikom do emerytury. To działanie na zasadzie „a po nas choćby potop”, bo nie interesuje ich, co się stanie po 2049 roku.

Ale czyje interesy w negocjacjach reprezentował rząd? Nie górników – bo był po drugiej stronie barykady. Nie branży i gospodarki polskiej (m.in. firm kooperujących z górnictwem) ani mieszkańców terenów górniczych – bo stał na stanowisku konieczności likwidacji sektora, a nie jego uzdrowienia. Nie podatników – bo zgodził się na dotowanie nierentownych zakładów (ze strony internetowej Ministerstwa Aktywów Państwowych wynika, że już teraz jest to kwota rzędu 2 mld zł rocznie) i wypłatę świadczeń przedemerytalnych oraz jednorazowych odpraw.
Wygląda na to, że rząd, domagając się likwidacji kopalń, reprezentował interesy… Unii Europejskiej, która w swoim szalonym planie walki z tzw. globalnym ociepleniem dąży do neutralności klimatycznej w 2050 roku.

Rozwiązaniem prywatyzacja

Nie da się ukryć, że będące w rękach państwa górnictwo węgla kamiennego ma wiele problemów: przeregulowanie branży przez państwo i UE, nadmierne opodatkowanie, zbyt duża władza związków zawodowych, nadmierna liczba pracowników szczególnie na powierzchni, a przede wszystkim to, że jest ono państwowe, co powoduje, że nie funkcjonuje w sposób optymalny i najbardziej wydajny.

Ale polskiemu górnictwu nie jest potrzebna likwidacja, bo mogłoby jeszcze wiele dekad zaopatrywać w węgiel polską energetykę, ale jego prywatyzacja oraz uwolnienie od nadmiernych regulacji i związków zawodowych. Wraz z prywatyzacją odszedłby problem braku realnego właściciela i zbyt dużej liczby pracowników, poprawiłoby się także zarządzanie, a tym samym zmniejszyły koszty funkcjonowania kopalni. Być może niektóre kopalnie zostałyby kupione przez państwowe spółki energetyczne, niektóre przez inwestorów zagranicznych, a inne przez inwestorów polskich, może też w postaci spółek pracowniczych. Zysk byłby podwójny. Po pierwsze, podatnicy przestaliby dokładać się do branży, a budżet zyskałby nowe wpływy; najpierw ze sprzedaży, a potem z podatków. Po drugie, w rękach prywatnych kopalnie prawdopodobnie przynosiłyby zysk, a nawet jeśli nie, to prywatny właściciel, biorąc pod uwagę wyłącznie rachunek ekonomiczny, decydowałby o dalszym funkcjonowaniu lub likwidacji kopalni. Państwo, zamykając branżę, kieruje się jedynie naciskiem politycznym z Brukseli, uniemożliwiając nawet próby uzdrowienia jej poprzez zmianę właściciela.

Prywatyzacja (mimo iż spóźniona o 30 lat) wciąż ma sens, nawet jeśli udałoby się sprzedać choćby tylko połowę istniejących kopalń. Potencjalnych chętnych kupców nie brakuje. Szkoda, że władze stają okoniem wobec prywatyzacji. W 2017 roku nic nie wyszło z prób przejęcia majątku likwidowanych kopalń przez związkowców. Z kolei kilka lat temu australijska spółka Prairie Mining planowała budowę dwóch kopalń w Polsce, ale projekty inwestycyjne zostały zablokowane przez… polskich urzędników. Także niemiecka firma HMS Bergbau myśli o budowie kopalni w Polsce. Już w 2016 roku składała ofertę wydzierżawienia lub odkupienia kopalni „Krupiński”, ale ówczesne Ministerstwo Energii nie wyraziło na to zgody.

Na świecie, np. w Rosji, Chinach czy Australii, rośnie wydobycie węgla. Szacuje się, że za 10 lat światowa produkcja tego surowca będzie wyższa o 150 proc. od obecnej. W Chinach i Japonii buduje się nowe elektrownie węglowe. I w Polsce węgla nie brakuje. Według najnowszego Bilansu zasobów złóż kopalin w Polsce przygotowanego przez Państwowy Instytut Geologiczny – Państwowy Instytut Badawczy, na koniec 2019 roku udokumentowane zasoby bilansowe złóż węgla kamiennego wynosiły 64,3 mld ton. Czy Arabia Saudyjska albo Zjednoczone Emiraty Arabskie z własnej inicjatywy likwidują wydobycie ropy naftowej? Czy Katar rezygnuje z zarabiania miliardów na gazie? Nie! Nie muszą, bo państwa te nie są członkami UE. Polsce Bruksela nakazała zlikwidować górnictwo i energetykę węglową. Zresztą gdzie tu logika? Górnictwo nie było prywatyzowane jako branża strategiczna, a teraz okazuje się, że jest aż tak bardzo strategiczna, że trzeba je zamknąć!

Skutki polityki klimatycznej

Sprzeczny z polskim interesem narodowym plan jest taki, by porzucić te olbrzymie zasoby, a jednocześnie odchodzić od energetyki węglowej na rzecz energii atomowej i budowy wiatraków na Morzu Bałtyckim. Mają być też wykorzystywane siłownie gazowe, ale tylko przejściowo, ponieważ są zwalczane przez Brukselę z taką samą zapalczywością jak węglowe. Jednak wygląda na to, że kopalnie zostaną zamknięte szybciej niż nastąpi likwidacja elektrowni węglowych. Oznacza to konieczność uzupełnienia tych braków importem surowca.

Jak w serwisie Cire.pl pisze prof. dr hab. inż. Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej, uruchomione w Polsce po 2000 roku elektrownie węglowe będą działać jeszcze po roku 2070. „Zapotrzebowanie na węgiel z importu (po likwidacji własnych kopalń) wyniesie 35 mln ton rocznie dla elektrowni, dodatkowo trzeba uwzględnić import około 15 mln ton węgla rocznie dla elektrociepłowni i ciepłowni i około 15 mln ton rocznie na potrzeby indywidualne i małej energetyki. W sumie należy liczyć się z koniecznością importu około 65 mln ton węgla rocznie” – wylicza prof. Mielczarski.
Oznacza to, że – globalnie patrząc – wpływ na środowisko czy też klimat będzie… większy, bo trzeba będzie doliczyć emisję CO2 powstałego w związku z transportem węgla do Polski z drugiego końca świata; z Australii, Kolumbii, a przede wszystkim z Syberii. Krótko mówiąc, polityka zgodna z unijnymi oczekiwaniami to polityka prorosyjska, bo to z Rosji znacznie zwiększy się import węgla.

Polski rząd, który obiecuje, że do końca roku przedstawi projekt transformacji polskiej energetyki, wraz z górniczymi związkami zawodowymi pod naciskiem Brukseli przypieczętowuje likwidację polskiego górnictwa, czego rezultatem będzie m.in. utrata niezależności energetycznej państwa. Tymczasem należy się spodziewać, że UE zaostrzy swoją politykę energetyczno-klimatyczną, co jeszcze bardziej podniesie m.in. koszty funkcjonowania energetyki węglowej. To przełoży się na rachunki za energię elektryczną płacone i przez firmy, i przez gospodarstwa domowe. W efekcie wzrosną ceny wszystkich towarów i usług oraz obniży się konkurencyjność polskiej gospodarki. Czy właśnie o to chodzi Brukseli?

Dlaczego i w imię czego rząd, nie oglądając się na polską rację stanu, spełnia antypolskie fanaberie UE? Jeszcze kilka lat temu politycy PiS obiecywali ratować polskie górnictwo. Polska powinna wycofać się z unijnej polityki energetyczno-klimatycznej. Państwowe kopalnie są nierentowne nie dlatego, że nie opłaca się wydobywać węgla, tylko dlatego, że są państwowe. Bo państwowa własność z reguły oznacza niegospodarność i marnotrawstwo. To rynek, a nie państwo, a tym bardziej UE, powinien decydować, z czego będzie produkowana energia. Wtedy będzie to optymalne i najbardziej efektywne rozwiązanie.

Wydobycie węgla kamiennego i brunatnego w Polsce w latach 1990-2019 w mln ton. Opracowanie własne na podstawie danych GUS.