Ciekawe, że obrońcy „planety” przed zbrodniczym dwutlenkiem węgla pochowali się teraz w mysie dziury, podobnie jak obrońcy praw zwierząt podczas holokaustu bydła porażonego epidemią „choroby wściekłych krów”. Akurat wtedy, gdy krowy miały prawo oczekiwać od nich pomocy, a przynajmniej solidarności, nie kiwnęli nawet palcem – zauważa w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

W „Dzienniczku” autorstwa św. Faustyny Kowalskiej, gdzie opisuje ona, co mówił jej Pan Jezus podczas licznych objawień, jest również relacja, jak to pewnego razu Pan Jezus opowiadał jej, jak postępuje z niepoprawnymi, to znaczy zatwardziałymi grzesznikami. – Upominam ich głosem sumienia, upominam ich głosem Kościoła – mówił Pan Jezus – zsyłam na nich przygody, które mogą człowieka doprowadzić do opamiętania. A jak nic nie pomaga, to spełniam wszystkie ich pragnienia.

Ta deklaracja Pana Jezusa jest podwójnie ciekawa; po pierwsze dlatego, że identyczną myśl wyraził – co prawda w trochę innych słowach – grecki filozof Platon, żyjący na przełomie V i IV wieku przed narodzeniem Chrystusa. Napisał on: „Nieszczęsny! Będziesz miał to, czegoś chciał!”. Nie sądzę, by św. Faustyna czytała Platona, bo nie była wykształcona, co – nawiasem mówiąc – narażało ją na różne upokorzenia. Po drugie – że w takim razie przekazała ona to, co naprawdę usłyszała, gdy objawił się jej Pan Jezus, a skoro tak, to znaczy, że Syn Boży ma poczucie humoru.

Prawdopodobnie jest nim obdarzony również Bóg Ojciec, co intuicyjnie przeczuł w XVII wieku Franciszek ks. de La Rochefoucauld, twierdząc, że tylko dlatego nie zsyła On na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego.

Oczywiście „młodzi, wykształceni, z wielki miast” w żadnego tam Pana Boga nie wierzą i są z tego dumni, niczym pacjent pewnego psychologa, który był dumny z tego, że moczył się w nocy w łóżko. Z dumą komunikują, że ich dzieci nie chodzą na lekcje religii – ale nie wyjaśniają przy tym, czy jeśli nawet na inne lekcje chodzą, to czy coś im z tego zostaje. Wspominam o tym z dwóch powodów. Po pierwsze – przekonałem się, że studenci, a więc ludzie, którzy zdali maturę, nie wiedzieli, dlaczego zmieniają się pory roku – a nie był to przypadek wyjątkowy, bo sprawdzałem to na kolejnych rocznikach i zawsze było tak samo. Po drugie – że w XIX wieku, kiedy nauki ścisłe i przyrodnicze nie były jeszcze tak rozwinięte jak dzisiaj, łatwiej było być ateistą. Teraz okazuje się, że fizyka – inaczej niż jeszcze przed wojną sądzili „czciciele radia i fizyki” – nie tylko nie zaprzecza możliwości istnienia Stwórcy Wszechświata, ale w postaci „teorii Wielkiego Wybuchu” dostarcza nie tyle może dowodów, ile przemawiających za taką możliwością poszlak naukowych. Ale pewnie zadowoleni ze swego rozumu mądrale o tym nie wiedzą, a na fundamencie tej ignorancji żydokomuna opiera dzisiaj swoje nadzieje na zwycięstwo nad chrześcijaństwem. Dlatego Judenrat „Gazety Wyborczej” tak tych mądrali nadyma, a oni myślą, że to wszystko naprawdę.

Ale do rzeczy. Oto wiadomo, że „młodzi, wykształceni, z wielkim miast” znajdują się w awangardzie walki o „planetę”, której zagraża zbrodniczy dwutlenek węgla. Z tym „wykształceniem” to oczywiście gruba przesada, bo np. sztandarowa panna Greta Thunberg specjalnie się do kształcenia nie przykładała, ideowo „strajkując”, czyli wagarując dla „planety”, a w podobnej sytuacji są też obdarzeni tytułami naukowymi absolwenci wyższych szkół gotowania na gazie, czy genderologii, tworzący zastępy tak zwanej ciemnoty wykształconej. Tacy są najgorsi, bo zwykła ciemnota jest pokorna, zdaje sobie sprawę ze swych niedostatków i jest ciekawa świata, podczas gdy przedstawiciel ciemnoty wykształconej niczego już nie jest ciekaw, bo uważa, że skoro dowiedział się, iż głód wypędza wilka z lasu, to zjadł wszystkie rozumy i „głupoty powagą najmądrzejszych wodzi za łby”. Takich to właśnie starsi i mądrzejsi rzucają na pierwszą linię frontu walki o dobrostan „planety”, dzięki czemu mogą robić interesy na wypłukiwaniu złota z powietrza, czyli handlu limitami dwutlenku węgla. Ten dwutlenek węgla został uznany za wroga numer jeden, a prawda ta została podana do wierzenia na tej samej zasadzie, co marksizm w Związku Radzieckim. Jak pisze w swojej „Historii filozofii” prof. Władysław Tatarkiewicz, dzięki Leninowi i Stalinowi „marksizm w Związku Radzieckim został przyjęty powszechnie i bez zastrzeżeń”. To „bez zastrzeżeń” więcej wyjaśnia, niż mówi.

I oto za sprawą sankcji, jakie na rozkaz Stanów Zjednoczonych zostały nałożone na zbrodniczego Putina, w Europie pojawiły się niedostatki gazu ziemnego, który używany jest m.in. do produkcji nawozów azotowych, a także – zbrodniczego dwutlenku węgla. Z nawozami to problem, bo ich cena wzrosła co najmniej czterokrotnie, w związku z czym pojawiła się obawa, iż rolnicy nie będą nawozili swoich pól, wskutek czego zbiory okażą się znacząco niższe, a cena żywności w związku z tym – znacząco wysoka. Ale ta sytuacja ma też plusy dodatnie, a konkretnie jeden – że wraz ze zmniejszeniem produkcji nawozów azotowych zmniejszyła się też produkcja zbrodniczego dwutlenku węgla. Toteż kiedy należąca do PKN ORLEN firma Anwil wstrzymała produkcję z powodu nieopłacalności, z jednej strony pojawił się niepokój, że w takim razie nawozy azotowe będą na wagę złota – ale z drugiej strony wstrzymana została też produkcja zbrodniczego dwutlenku węgla, dzięki czemu „planeta” będzie mogła wreszcie odetchnąć z ulgą.

„Młodzi, wykształceni, z wielkich miast” mogą oczywiście nie wiedzieć, że zbrodniczy dwutlenek węgla jest konieczny dla procesu fotosyntezy, który leży u podstaw całego łańcucha pokarmowego na Ziemi, więc z początku brak dwutlenku węgla specjalnie ich nie zmartwił – ale oto pojawił się pierwszy jeździec  Apokalipsy w postaci komunikatu o wstrzymaniu produkcji piwa Carlsberg właśnie z powodu braku dwutlenku węgla. Bez Carlsberga może byśmy jakoś wytrzymali, ale wkrótce usłyszeliśmy tętent kolejnych jeźdźców Apokalipsy. Okazało się, że zapas dwutlenku węgla wystarczy zaledwie na sześć dni. A kiedy go zabraknie, to nie tylko ustanie produkcja napojów gazowanych, ale również konieczne będzie wstrzymanie funkcjonowania rzeźni i obrotu mięsem, bo chłodnie bez dwutlenku węgla nie będą niczego chłodziły. Podobnie konieczne byłoby wstrzymanie przynajmniej znacznej części produkcji mleczarskiej. Kryzys wystąpiłby w transporcie produktów żywnościowych – i tak dalej.

Więc chociaż pan premier Morawiecki, żeby dogodzić „planecie”, a tak naprawdę – mówiąc entre nous – Niemcom, przeforsował „dekarbonizację” Polski i inne takie wynalazki – tym razem chyba przestraszył się konsekwencji własnych działań i rozkazał Anwilowi wznowić produkcję. Podobną decyzję podjęły też Zakłady Azotowe w Kędzierzynie. Ciekawe, że obrońcy „planety” przed zbrodniczym dwutlenkiem węgla pochowali się w mysie dziury, podobnie jak obrońcy praw zwierząt podczas holokaustu bydła porażonego epidemią „choroby wściekłych krów”. Akurat wtedy, gdy krowy miały prawo oczekiwać od nich pomocy, a przynajmniej – solidarności – nie kiwnęli nawet palcem. Ale jak znowu nachłepcą się piwa Carlsberg, które – podobnie jak inne gatunki – dzięki dwutlenkowi węgla ma piękny pienisty kołnierzyk – to pewnie znowu będą współczuć „planecie” i pomstować na zbrodniczy dwutlenek węgla. A wtedy – kto wie – może zirytowany ich zatwardziałością Pan Jezus spełni wszystkie ich pragnienia?

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykuł„Bezpieczeństwo żywnościowe fundamentem porządku europejskiego i globalnego”. XXXI Forum Ekonomiczne
Następny artykułWyższy VAT zostanie z nami na zawsze