Coraz wyższa inflacja i symptomy nadciągającego kryzysu – być może tak dużego, jakiego od dawna nie oglądał świat zachodni – wywołały naturalną reakcję ludzi w postaci oczekiwania podwyżek wynagrodzeń. Pracodawcy coraz bardziej niechętnie podchodzą do podwyżek, a odpowiedzią pracowników jest nowa forma biernego oporu, wkomponowana w nowe postawy związane z życiem zawodowym.

cocoandwifi/Pixabay

Choć presja na wzrost płac nie ustaje, firmy nie są już tak chętne, by jej ulegać – zauważa dziennik „Rzeczpospolita”. Zdaniem cytowanych przez dziennik ekspertów z firmy „łowców głów” Hays Poland, można spodziewać się, że po okresie wakacyjnym podwyżki wynagrodzeń będą zdarzać się już rzadziej niż w ostatnim półroczu i będą też mieć charakter bardziej wybiórczy – dodatkowo doceniani będą przede wszystkim autentyczni specjaliści w swojej dziedzinie oraz niekwestionowani eksperci. Słowem wszyscy ci, których firmy chcą zatrzymać u siebie, nawet na czas największego kryzysu.

O ile w pierwszym półroczu podwyżki były w aż 83 proc. firm, o tyle w drugim taki ruch rozważa już tylko 46 proc. pracodawców – wynika z badań agencji Hays Poland.

Podwyżki tylko wybiórczo

Badanie Haysa dotyczy jednak głównie firm dużych i bardzo dużych (czego agencja nie ukrywa), gdzie w okresie prosperity zatrudniano bardzo wiele osób, czasem nawet za dużo. W czasach trudnych aż tylu ludzi nie jest potrzebnych, tym bardziej takich, którzy co chwila występują z płacowymi roszczeniami. Jeśli nawet nie zostaną oni zwolnieni, liczyć na podwyżki na razie nie mogą.

Nieco inna sytuacja dotyczy firm małych i średniej wielkości oraz szybko rozwijających się start-upów. Tam o dobrego pracownika, w dobie rekordowo niskiego bezrobocia, jest bardzo trudno. Tym bardziej, że ukraińscy goście albo nierzadko nie chcą podejmować pracy, albo nie mają jeszcze do wielu stanowisk odpowiedniego przygotowania, nie tylko językowego. Jeśli chodzi o MŚP luka w postaci braku odpowiednich kadr potrafi być bardziej dokuczliwa niż w korporacjach.

Ciche odejścia

Na to wszystko nakłada się nowy trend, a raczej postawa, której zaczątki widać było już podczas koronakryzysu. Wiele osób miało w tym czasie okazję dokonać przewartościowania swojego życia i skonstatowało, że zbyt mało czasu poświęcali sprawom prywatnym i rozwojowi osobistemu.
Podczas zdalnej pracy ludzie mieli trudności z oddzieleniem pracy i życia osobistego. Popchnęło ich to do podjęcia decyzji, by ustalić wyraźną granicę tego, ile wysiłku są gotowi włożyć w swoją pracę zawodową, a ile czasu poświęcić innym sprawom. Badanie przeprowadzone w marcu tego roku przez Challenger, Gray & Christmas (globalną firmę zajmującą się outplacementem) wykazało, że prawie cztery na pięć mniejszych firm miało problemy ze znalezieniem pracowników. Chodzi zwłaszcza o takich, którzy będą pracować z zaangażowaniem, utożsamiając się z czasem ze swoją firmą. Ci, którzy już pracują, zdają się to robić jakoś „inaczej” niż wcześniej, co pracodawcy potrafią zrzucać na karb lenistwa, odnotowując tylko spadek wydajności pracy.

Badanie Korn Ferry przeprowadzone w maju tego roku wśród profesjonalistów pokazało z kolei, że blisko połowa pracowników umysłowych nie chce podejmować się już nowych wyzwań, jak to miało miejsce przed pandemią. Ograniczają się tylko do wykonywania minimum z zakresu swoich obowiązków i na tym koniec (zjawisko to nazywane jest czasem „cichymi odejściami”).
Warto w tym kontekście zacząć poważniej myśleć o nieuchronnie następujących dużych zmianach – także na rynku pracy.

Poprzedni artykułPolska światowym liderem w produkcji i eksporcie pieczarek
Następny artykułRząd Japonii zachęca młodych do picia alkoholu, żeby zwiększyć wpływy podatkowe