Rosja, atakując Ukrainę, wiele zaryzykowała. Wiele jeszcze przegra. Na pewno przegrała już jednak jedną ze swoich kluczowych propagandowych narracji.

Nie jestem fanem polityków o socjaldemokratycznych czy szerzej – socjalistycznych poglądach. Prawdę powiedziawszy, będąc libertarianinem, nie jestem fanem polityków w ogóle. Rozumiem jednak świat, w którym żyjemy, i to, że po pierwsze – jest w nim polityka, po drugie – są też politycy o socjaldemokratycznych poglądach. Ci drudzy zresztą bywają przydatni. Dlaczego? Najlepiej rozbudowywać swoje poglądy w polemice, a taka ma sens wtedy, kiedy nasz rozmówca ma inne przekonania niż my.

Sanna Marin, socjaldemokratyczna premier Finlandii, nie wzbudza mojej sympatii z powodu, który właśnie opisałem. Jej poglądy nie są dla mnie sympatyczne, a ponieważ nie znamy się osobiście, to mogę ją oceniać tylko na podstawie partyjnego rodowodu. Na pewno moglibyśmy dyskutować o wielu sprawach i wzajemnie pomóc sobie w klaryfikacji naszych stanowisk. O jednym bym jednak z nią dyskutować nie chciał. O rychłym wstąpieniu jej kraju do NATO. Tu po prostu nie ma o czym rozmawiać, nie widzę punktu zaczepienia sporu. Wystarczy pogratulować i powitać w klubie.

Z końcem finlandyzacji Finlandii wiąże się jednak pewna refleksja, wywołana przez obrazy jeszcze sprzed otwartego ataku Rosji na Ukrainę. Już lata temu, jeśli dobrze sięgam pamięcią, ta narracja rozkręciła się gdzieś około tak zwanej „secesji” tak zwanych „republik” Ługańskiej i Donieckiej, byliśmy przekonywani, oczywiście przez moskiewskie centrum decyzyjne, jego wasali i pożytecznych idiotów, o dekadencji i słabości Zachodu. W tej historii Siergiej Szojgu, obdarzony talentami podlizucha putinowski klakier, z uwagi na nieprzyjemny wygląd przebierający się za groźnego generała, był zestawiany z kobietami sprawującymi urzędy ministerialne w resortach siłowych niektórych państw NATO. Ale to tylko jeden z wielu przykładów. Nie chodziło bowiem nawet o same obrazki. Ważny był kontrast, w myśl którego degeneraci z Zachodu mieliby nie mieć szans z Rosją, bo Rosja, tu następuje przekładnia tzw. chłopskiego rozumu, ma armię, która jest armią i gdzie nie ma miejsca na malowanie paznokci.

To skuteczny skrót myślowy. Wojsko się zmienia i tak, cały czas jest tam ogrom pracy wymagającej niewątpliwej tężyzny fizycznej, tej mężczyźni mają więcej niż kobiety. Ale demokratyczna kontrola nad armią nie wymaga zdolności sierżanta pioniera, tylko zupełnie innych cech. Wojsko powinno zresztą, to już refleksja ogólniejszej natury, być otwarte na służbę kobiet, o ile oczywiście spełniają one takie same wymogi jak te stawiane przed mężczyznami. I nie jest to objaw czy oznaka zachodniej dekadencji. Kobiety mają takie same prawa jak mężczyźni i co za tym idzie, powinny mieć taki sam udział w obronie ojczyzny.

Ile warta jest rosyjska armia, zalana anabolami przez tamtejszą propagandę do wprost śmiesznego poziomu – to widać na Ukrainie, która może i jest zasilana zachodnim sprzętem, informacjami pozyskanymi przez zachodnie wywiady i humanitarnie wspierana przez społeczeństwa Zachodu, głównie zresztą przez nas, Polaków, ale jednak to ona walczy na froncie i to już od lutego. Okazało się, że jest o co i że ten pozornie słaby, gorszy od wschodniego sposób życia jest godzien poświęceń. Ukraina wyraźnie pokazała, po której stronie chce być i że bliżej jej do nas niż do Rosji. Woli indywidualizm i liberalizm, choć oczywiście na temat jego interpretacji toczymy w naszej części świata spory, niż moskiewski knut i tamtejsze samodzierżawie. Większa różnorodność jest bardziej pociągająca niż promoskiewski monolityczny sposób widzenia świata. Tym bardziej, jeśli wiąże się z Zachodem też po prostu wyższy poziom życia.

Sanna Marin, socjaldemokratyczna premier Finlandii, była wychowana przez dwie lesbijki, swoją matkę i jej partnerkę. Do historii przejdzie jako premier, która wprowadziła swoją ojczyznę do NATO, rosyjska narracja widzi zaś w niej co najwyżej dowód na to, że jesteśmy słabi. Pewnie „na rękę” Szojgu dałby radę Marin. Ale polityka to nie jaskinia i nie walczymy już na maczugi. Walczymy też na to, co jest w stanie przyciągnąć społeczeństwo, jaki model, jakie życie, jakie perspektywy. Tak widziana wojna, nie tylko zresztą w swoim kinetycznym wymiarze, nie jest już starciem tylko siły, ale też siły pewnych idei. I te mamy lepsze.

Marcin Chmielowski
*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułDla kogo Kryształy Polskiej Gospodarki?
Następny artykułRolnicy niechętnie sprzedają ziarno. Na co czekają?