Czy naprawdę w interesie biznesu jest sprowadzenie do Polski atmosfery wojny domowej wokół szczepień? Jaką korzyść odniosą z tego pracodawcy i pracownicy? Czy przedsiębiorcy chcą z musu utracić niezaszczepionych klientów? – pyta w swoim najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Skupione w Radzie Dialogu Społecznego podmioty – Business Center Club, Konfederacja Pracodawców „Lewiatan”, OPZZ i inne – podpisały apel w sprawie szczepień. Części tych podpisów się nie dziwię – niektóre z organizacji, reprezentujących pracodawców czy pracowników, orbitują po stronie opozycji i mają skłonność do przechylania się na lewo, przeto w światopoglądowym pakiecie jest też sanitaryzm, a z nim – segregacja. Ale wśród sygnatariuszy znalazły się także „Solidarność” czy Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Tyle że wokół tego ostatniego podpisu (na dokumencie całkowicie nieczytelnego) wybuchł skandal, gdy prezes ZPP Cezary Kaźmierczak napisał na Twitterze: „Dzisiejszy dzień przypomniał mi wyniesioną z domu prawdę: po podaniu ręki postkomuniście – przelicz palce. Oczywiście zostałem oszukany. Nie podpisywałem z Andrzejem Malinowskim [prezes organizacji Pracodawcy RP] żadnego oświadczenia. ZPP nie popiera apelu RDS w sprawie ws. COVID”. Jaki będzie dalszy ciąg tej sytuacji – zobaczymy.

Zasadnicza część apelu właściwie nie budzi wątpliwości. Jego sygnatariusze po prostu nawołują, aby się szczepić, aczkolwiek w jednym miejscu sięgają po argument całkowicie nielogiczny, pisząc: „Tak duża liczba zaszczepionych pokazuje bezpieczeństwo tych preparatów”. Nie przesądzając o meritum – te dwie kwestie nijak się ze sobą nie wiążą. Z wysokiej liczby podanych szczepionek nie wynika żaden wniosek na temat ich bezpieczeństwa. Można go wysnuwać jedynie na podstawie konkretnych statystyk dotyczących niepożądanych odczynów poszczepiennych, zaś co do niektórych ewentualnych efektów pewności nie będziemy mieć jeszcze przez kilka lat.

Problemem jest ostatni akapit: „Szczepienia to obecnie najskuteczniejsza forma walki z pandemią COVID-19. Jednocześnie apelujemy do rządzących o wprowadzenie obowiązkowych, powszechnych, z wyjątkiem osób posiadających przeciwwskazania medyczne, szczepień przeciwko COVID-19 oraz wprowadzenie preferencji dla osób zaszczepionych”.

Pierwsze zdanie mówi po prostu nieprawdę – co wystarczająco wyraźnie pokazują dane z całego praktycznie świata: poziom zaszczepienia danej populacji nie ma żadnego związku z przebiegiem epidemii. Owszem, ma wpływ na liczbę ciężkich przebiegów i zgonów, ale w żaden sposób nie hamuje zakażeń, a więc i epidemii. Szczepionki, wbrew kiedyś lansowanemu hasłu, nie stały się „drogą do normalności”.

Natomiast apel o wprowadzenie obowiązkowych szczepień na COVID-19 jest po prostu kuriozalny, niezależnie od motywacji sygnatariuszy. Przede wszystkim coraz większa liczba specjalistów (niekoniecznie w Polsce, gdzie wypowiadają się głównie covidocelebryci medyczni) wskazuje, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jesteśmy u kresu epidemii, a fala omikronowa jest ostatnią tak znaczącą. W Polsce liczba zakażeń tym wariantem z pewnością o kilka rzędów wielkości przekracza oficjalne statystyki. Ośrodki zajmujące się modelowaniem przebiegu epidemii, takie jak wrocławski MOCOS, podają, że fala powinna zacząć dość gwałtowanie opadać mniej więcej w ciągu niecałego miesiąca (średnia modelowań). MOCOS przewiduje szczyt na 7 lutego. Zarazem – na co zwraca uwagę jeden z bardziej niezależnie myślących lekarzy, prof. Włodzimierz Gut, Polacy są wprawdzie zaszczepieni w mniejszym stopniu niż obywatele Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii, ale za to mają większą odporność naturalną. Wynika to paradoksalnie z mniejszej dyscypliny społecznej i braku dotkliwych restrykcji od zniesienia poprzednich w maju ubiegłego roku. W tych okolicznościach apel o obowiązkowe szczepienia, przy uwzględnieniu konsekwencji takiej decyzji (o których za moment), może ma jakieś uzasadnienie polityczne, ale na pewno nie medyczne. Gdyby polskie państwo miało o tym zdecydować, działoby się to w momencie, gdy wirus będzie już endemiczny. Przypomina to sytuację, gdy w obliczu przegranej już wojny Niemcy wciąż ciągnęli prace nad przekombinowanym projektem olbrzymiego czołgu Panzerkampfwagen VIII „Maus” („Mysz”), mającego pognębić wrogów. Wydano ogromne pieniądze, żeby zbudować, i to nie do końca, zaledwie dwa prototypy.

Druga kwestia to nieprawdopodobne wręcz napięcia społeczne, jakie wywołałaby decyzja o wprowadzeniu obowiązkowych szczepień, szczególnie w połączeniu z – jak to ujęto w apelu – preferencjami dla zaszczepionych, czyli po prostu dyskryminacją niezaszczepionych na poziomie państwowego ustawodawstwa. Zrozumiałbym – aczkolwiek potępiałbym – gdyby taka deklaracja padała ze strony politycznych aktywistów czy polityków, walczących o poparcie ściśle określonej grupy elektoratu. Lecz ze strony organizacji skupiających pracowników i pracodawców? Czy naprawdę w interesie biznesu jest sprowadzenie do Polski atmosfery wojny domowej wokół szczepień? Jaką korzyść odniosą z tego pracodawcy i pracownicy? Czy przedsiębiorcy chcą z musu utracić niezaszczepionych klientów? Czy pracobiorcy, w imieniu których podobno wypowiadają się OPZZ i „Solidarność”, naprawdę pragną przymusu szczepień? Jaki sens – w sytuacji podziału Polski niemalże na połowę, gdy idzie o sanitaryzm – mają takie apele?

Przedstawiciele przedsiębiorców powinni bronić ich prawa do swobodnego decydowania o tym, jak prowadzić własny biznes. Swobodnego, aczkolwiek z musu ograniczonego kodeksem pracy i kodeksem cywilnym. Dzisiaj polskie prawo wygląda tak, że przedsiębiorca faktycznie ma prawo w wielu okolicznościach odmówić obsługiwania osób niezaszczepionych. Jeśli uzna, że tak mu pasuje i nie poniesie z tego powodu szkód – proszę bardzo. Ale apele, aby centralnie decydowało o tym państwo, zwłaszcza ze strony organizacji opowiadających się zdecydowanie po stronie wolnego rynku, są zadziwiające. Czy przedstawiciele tych struktur nie widzą, że państwo w następstwie epidemii i tak zdecydowanie zbyt wiele dziedzin życia podporządkowało względom sanitarnym, co jest kierunkiem wybitnie antyliberalnym? Czy nie rozumieją, że apelowanie, aby było tego jeszcze więcej, idzie w poprzek ich własnych interesów? Polecam w tej sprawie bardzo dobry tekst Karola Zdybela na portalu Nowej Konfederacji.

Apel członków RDS wygląda na efekt jakiegoś umysłowego zaćmienia, być może biorącego się z nadmiernego uzależnienie politycznego. Ja z kolei apelowałbym jednak o otrzeźwienie i nawiązanie ponownie kontaktu z rzeczywistością.

Poprzedni artykułAustralijska firma straci 2,4 mld dolarów przez wydalenie Djokovicia?
Następny artykułW czerwcu studium inżynieryjne atomu dla Polski