Czy ukraińscy politycy nie podjęli zbyt pochopnie decyzji o chęci przystąpienia ich kraju do Unii Europejskiej? Czy zastanawiali się, jakie to będzie miało konsekwencje? My już wiemy, że Unia Europejska to nie bogaty wujaszek, ale klub państw, które mocno pilnują swoich interesów. W tym celu bezwzględnie stosują regulacje blokujące konkurencję i wykorzystują Komisję Europejką czy TSUE, o czym nieprzyjemnie wielokrotnie przekonała się już Polska.

Tomasz Cukiernik

Po inwazji rosyjskich wojsk na Ukrainę władze Ukrainy, Gruzji i Mołdawii złożyły wnioski o przystąpienie do Unii Europejskiej. Parlament Europejski przyjął do rozpoznania wniosek Ukrainy o członkostwo oraz przegłosował rezolucję wzywającą unijne instytucje do podjęcia działań mających na celu przyznanie jej statusu państwa kandydującego do UE. Za przyłączeniem Ukrainy do bloku opowiedziała się Polska oraz kraje bałtyckie, Słowacja, Czechy, Słowenia i Bułgaria.

„Uważamy, że należy z całą mocą wspomóc działania Ukrainy i uznać jej miejsce w demokratycznej rodzinie europejskiej. Z tego powoduje apelujemy do instytucji europejskich oraz państw członkowskich o podjęcie bezzwłocznych działań i uruchomienie ekspresowej ścieżki członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej. W naszej opinii status Ukrainy jako państwa kandydującego musi być ogłoszony natychmiast, aby możliwe było rozpoczęcie rozmów akcesyjnych. Ponadto, uważamy, że Ukraina powinna uzyskać dostęp do funduszy unijnych, które pozwolą jej na odbudowę oraz budowanie spójności z pozostałymi państwa członkowskimi” – czytamy w komunikacie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Należy przyznać, że przyłączenie Ukrainy (a także Mołdawii i Gruzji) do Unii Europejskiej byłoby dla Polski bardzo korzystne. Bynajmniej nie z powodów militarnych i bezpieczeństwa. ZPP ma jednoznaczne stanowisko w tej sprawie, bo na ukraińskim członkostwie zyskaliby przede wszystkim polscy przedsiębiorcy. Całkowicie otworzyłby się nie tylko duży rynek zbytu, ale i łatwiejsze byłyby możliwości inwestycyjne za wschodnią granicą. To oznacza nowe szanse dla obecnego już na Ukrainie polskiego biznesu, który z pewnością by je jeszcze lepiej wykorzystał.

Przeciwko członkostwu Ukrainy w Unii od razu opowiedziały się władze Holandii, a potem również Niemiec. Także Francja patrzy „nieprzychylnym okiem”. „Państwa zachodniej części UE nie zgodziły się na przyspieszone przyjęcie Ukrainy do Unii. Dla wielu osób może to być zaskoczeniem, bo naprawdę wierzyły, że UE rozszerza pokój i dobrobyt na cały świat – dla tych, którzy zdają sobie sprawę z tego, że Unia stanowi jedynie płaszczyznę do realizacji partykularnych interesów poszczególnych jej członków raczej nic zaskakującego w tym nie ma” – skomentował w mediach społecznościowych Jan Kazimierz Adamczyk, radca prawny z Koszalina. A przecież przystąpienie do bloku to wieloletni i skomplikowany proces, który na dodatek wymaga zgody wszystkich państw członkowskich. Tak więc sprzymierzone z Rosją Niemcy mogą z powodzeniem blokować proces akcesji Ukrainy. Tym bardziej że w Unii Europejskiej nie ma siły, która mogłaby przeciwstawić się Berlinowi.

Problem polega na tym, że większość polityków z Ukrainy, Mołdawii i Gruzji, a tym bardziej społeczeństwa z tamtych na razie suwerennych państw, nie mają pojęcia, z czym wiąże się członkostwo w Unii Europejskiej. Tak samo jak nie mieli o tym pojęcia Polacy, kiedy w 2003 r. głosowali w referendum akcesyjnym. Teraz o problemach i kosztach członkostwa wiemy nieco więcej, bo dotyka nas to na co dzień, mimo że politycy najpierw uprawiali bezczelną propagandę na ten temat, a potem przez lata próbowali to przed nami ukrywać. O utracie suwerenności nie wspominając.

Z jednej strony otwarcie 450-milionowego rynku konsumentów byłoby dla ukraińskich firm bardzo korzystne. Jednak z drugiej strony przystępując do Unii Europejskiej, Ukraina, Mołdawia i Gruzja musiałyby nie tylko podpisać traktaty, ale i wdrożyć do swoich systemów prawnych pełne acquis communautaire, czyli wspólnotowy dorobek prawny. A to oznacza tony nieżyciowych regulacji utrudniających prowadzenie biznesu, rozrost biurokracji, podnoszenie stawek podatkowych i nowe podatki, wzrost ceł i wprowadzenie barier pozataryfowych w handlu z krajami trzecimi oraz konieczność współfinansowania dotacji. Kraje te musiałyby nie tylko płacić składkę członkowską, ale przede wszystkim stosować się do unijnej polityki energetyczno-klimatycznej, rolnej, podatkowej i zadłużeniowej. To byłyby gigantyczne koszty, których mogłyby nie wytrzymać nie tylko gospodarki tych jednych z najbiedniejszych europejskich państw, ale i ich finanse publiczne.

Pomijając fatalne konsekwencje demograficzne, trzy tygodnie temu pisałem, że członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej mogłoby mieć katastrofalny wpływ na jej gospodarkę: „Ukraina generuje energię elektryczną głównie z atomu oraz węgla, a energetyka węglowa już teraz przeżywa poważne problemy. Konieczność kupowania uprawnień do emisji dwutlenku węgla przez ukraińską energetykę tylko pogorszyłoby sytuację”. Dla odmiany – energetyka Mołdawii, ale i inne gałęzie przemysłu, są całkowicie uzależnione od rosyjskiego gazu, a najnowsza unijna strategia RePowerEU ma uniezależnić Unię od rosyjskich paliw kopalnych do 2030 r. Z tego punktu widzenia w idealnej sytuacji znajduje się natomiast Gruzja, której energetyka bazuje na hydroelektrowniach.

Tymczasem jedną nogą Ukraina prosi o członkostwo, a z drugiej strony wdraża głębokie reformy podatkowe, które idą w dokładnie przeciwnym kierunku niż to, co żąda Bruksela. Ukraiński parlament uchwalił ustawy, które dla przedsiębiorców wprowadziły 2-proc. stawkę od obrotu zamiast VAT-u i podatku dochodowego, a także zlikwidowały akcyzę od paliw. Co więcej, prezydent Wołodymyr Zełenski zapowiedział też „maksymalną deregulację biznesu” polegającą na zniesieniu wszelkich kontroli dla wszystkich firm. Takie działania jak najbardziej mogą ożywić gospodarkę, ale to nie jest coś, co mogliby pochwalić eurokraci, szczególnie w kraju, który aspiruje do członkostwa. Unia Europejska może przyjąć do swojego grona ewentualnie państwo nieruchawe z powodu wysokich podatków i przeregulowania gospodarki, a nie takie, którego konkurencyjna gospodarka zagrażałaby pozycji rynkowej Niemiec i Francji.

Zresztą Unia Europejska nie jest sojuszem militarnym, który może zapewnić bezpieczeństwo jej członkom, a w obliczu rosyjskiej agresji chyba to na pierwszym miejscu mieli na myśli politycy z Kijowa, Tbilisi i Kiszyniowa. Takim przymierzem jest NATO. W tym względzie znaczenie dla Ukrainy miałoby członkostwo w Sojuszu Północnoatlantyckim. Niestety, okazało się, że drzwi NATO dla naszego wschodniego sąsiada są zamknięte. Prezydent Zełenski powiedział w CNN, że zwrócił się do NATO z pytaniem, czy Ukraina zostanie przyjęta do sojuszu za „za rok, czy dwa, czy pięć”. – Odpowiedź była bardzo jasna – stwierdził. – Nie będziecie członkiem NATO, ale publicznie drzwi pozostaną otwarte – miał usłyszeć w odpowiedzi.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułPremier jednego z krajów unijnych podejrzany o defraudację dotacji UE
Następny artykułPolski Ład uderzył w leasing