Tuż przed wybuchem II wojny światowej tylko polskie czołgi posiadały „oczy”. A stało się tak dzięki genialnemu w swojej prostocie pomysłowi Rudolfa Gundlacha – polskiego inżyniera i wojskowego. To Polak wygrał wyścig na wynalazek, który sprawił, że czołgiści z wnętrza pojazdu mogli widzieć wszelkie zagrożenia.

Polski czołg typu TP z peryskopem Gundlacha

Żyjemy w czasie, gdy odżywają demony wojny przywołujące na myśl – dosłownie – stan na krótko przed wybuchem II wojny światowej; w czasach mogących się kojarzyć z rokiem 1938, kiedy to wojna już wisiała na włosku.
Dziś jednak, oprócz uwarunkowań geopolitycznych, oczywista jest ponad 80-letnia różnica technologiczna, która ma ogromny wpływ na siłę presji, jaką może wywierać na swoim sąsiedzie mocarstwo gromadzące na granicy śmiercionośną broń pancerną typu czołgi, które – w przeciwieństwie do tych z roku 1938 nie są ślepe. A to, że nie są ślepe, sprawił Polak Rudof Gundlach.

Zaczęło się od… Heweliusza

Zanim przejdziemy do mało znanego XX-wiecznego wynalazku nazywanego dzisiaj peryskopem Gundlacha, który tak bardzo zrewolucjonizował współczesne pole walki, przenieśmy się do XVII- wiecznej Rzeczypospolitej. Będzie to mała dygresja związana z historią wynalezienia peryskopu, która – jak się okazuje – także związana jest Polakiem. Mowa o Janie Heweliuszu – znanym polskim astronomie, ale także i wynalazcy. Heweliusz już w roku 1637 skonstruował urządzenie, które nazwał polemoskop, a które uważane jest za pierwowzór peryskopu.

Rysunek polemoskopu z dzieła Heweliusza

Opis niezwykłego instrumentu oraz dokładne rysunki techniczne gdański astronom zamieścił w dziele „Selenografia, czyli opisanie Księżyca” wydanym w Gdańsku w 1647 r. (łac. Selenographia sive Lunae descriptio). Wynalazkiem Heweliusza zainteresował się nie kto inny jak Jan Sobieski, który w 1668 r., piastując urząd marszałka wielkiego koronnego, zamówił u astronoma zestaw instrumentów obserwacyjnych, gdzie obok lunet zażyczył sobie także polemoskopu. Co ciekawe Heweliusz, który praktyczne zastosowanie swojego wynalazku widział głównie na polu walki, osobiście wykonał instrument dla przyszłego polskiego króla. Dalekowid polowy – bo tak również nazywano polemoskop – pozwalał na dokonywanie obserwacji pola bitwy zza przeszkód terenowych uniemożliwiając wykrycie obserwatora, a więc i ostrzelanie go pociskami. To iż nowinki techniczne, które mogły pomóc w uzyskaniu przewagi nad wrogiem, interesowały przyszłego monarchę Jana III Sobieskiego świadczy jedynie o wszechstronności zainteresowań ostatniego króla-wojennika.

Czy tę historię znał w wieku XX. przyszły wynalazca peryskopu odwracalnego? Tego nie wiemy. Pewne jest natomiast to, że wynalazek Gundlacha miał zapewnić Polsce (i aliantom) przewagę nad wrogiem. Ale nie uprzedzajmy faktów…

Waleczny student

Rudolf Gundlach urodził się na ziemi łódzkiej (pod Żyrardowem) w roku 1894. Po skończeniu szkoły średniej w Łodzi postanowił kształcić się na Wydziale Mechanicznym Politechniki Ryskiej.
Był rok 1910 i nic nie zapowiadało, iż niebawem polskiemu studentowi przyjdzie walczyć o niepodległość Polski. Jednak już na carskiej politechnice Gundlach szukał kontaktów z Polakami zapisując się do polskiej korporacji akademickiej Welecja.
Wszystko zmieniło się cztery lata później wraz z wybuchem I wojny światowej. W sercach polskich studentów Politechniki Ryskiej odżyły nadzieje na niepodległą Polskę. Ryga nie leżała blisko linii frontu, jednak już w 1915 r. postępy wojsk niemieckich w dawnych Inflantach spowodowały ewakuację Politechniki do Moskwy.
W stolicy imperium Gundlach dalej kontynuował studia aż do… powołania do carskiej armii. Nie było wyjścia – student musiał włożyć carski mundur. Jednak szybko zmieniająca się sytuacja w Rosji po wybuchu bolszewickiej rewolucji ułatwiła Gundlachowi dezercję i służbę w polskich formacjach w Bobrujsku nad Berezyną, gdzie przez kilka miesięcy istniała „Rzeczpospolita Bobrujska”.
Mimo sukcesów w walce z bolszewikami, wysunięta na wschód polska placówka musiała się w 1918 r. poddać Niemcom (po rosyjsko-niemieckim pokoju brzeskim). Gundlach nie zamierzał jednak składać broni. Postanowił przedrzeć się do Polski dalej walcząc w wojnie polsko-bolszewickiej.

Samochód opancerzony wz. 29

Po zakończeniu wojny 1920 roku Rudolf Gundlach, będąc czynnym wojskowym, został odkomenderowany do ukończenia przerwanych studiów. Naukę na Politechnice Warszawskiej zakończył w 1925 r. dyplomem inżyniera mechanika.
Jeszcze tego samego roku, po „ukończeniu odkomenderowania na studia powrócił do oddziału macierzystego”, którym był 4 Dywizjon Samochodowy w Łodzi, z jednoczesnym odkomenderowaniem do Wydziału Samochodowego Departamentu VI Wojsk Technicznych Ministerstwa Spraw Wojskowych. Gundlacha, który w wojsku awansował na porucznika, interesowały nowinki techniczne i nowoczesne konstrukcje. W 1929 r. był głównym projektantem samochodu opancerzonego wz. 29, który powstał na bazie podwozia samochodu ciężarowego Ursus A. Wprawdzie samochodów wz. 29 wyprodukowano jedynie 13 sztuk, ale praca nad projektem zaowocowała czymś jeszcze – Gundlach połknął konstruktorskiego bakcyla.
Dzięki wrodzonemu talentowi Gundlach zaczął szybko piąć się po szczeblach kariery. W następnym roku awansował na kapitana zajmując 1. lokatę w korpusie oficerów samochodowych. W 1932 r. pełnił już służbę w Wojskowym Instytucie Badań Inżynieryjnych w Warszawie. Po kolejnym awansie – na stopień majora – został szefem Wydziału Projektów i Konstrukcji Biura Badań Technicznych Broni Pancernych.

W tym czasie sytuacja międzynarodowa II RP – po zajęciu przez Hitlera Zagłębia Ruhry i „bezruchu” aliantów – zaczęła niepokoić polską generalicję. Dla wszystkich stało się jasne, że dojście do władzy w Niemczech pewnego austriackiego malarza nie wróży nic dobrego.

Peryskop Gundlacha

Doświadczenia I wojny światowej wskazywały dobitnie, że główną bronią przyszłej wojny z pewnością będzie broń pancerna. To właśnie czołg był w stanie przełamać front. Nowa broń posiadała jednak zasadniczą wadę – mianowicie bardzo ograniczone pole widzenia. Prace nad wynalezieniem instrumentu, który wyposaży czołg w skuteczne i bezpieczne dla czołgistów pole widzenia ruszyły w większości europejskich państw. Prób i pomysłów było wiele, jednak żaden z nich nie okazał się zadowalający. Przez wiele lat jedynym „okiem” czołgisty były wąskie poprzeczne szpary w pancerzu pojazdu, zabezpieczone rodzajem przezroczystej pleksi. Jednak przez te szpary wpadały do wnętrza czołgu odłamki, nie wspominając już o spustoszeniu, jakie siały wśród czołgistów miotacze ognia.

Prace nad konstrukcją i budową czołgów ruszyły pełną parą w Niemczech i Rosji, z czego Polska doskonale sobie zdawała sprawę. W tej dziedzinie byliśmy sporo zapóźnioni, jednak i nad Wisłą ruszyły – nadzorowane przez Gundlacha – prace nad nowoczesnymi czołgami typu 7TP i 10TP.

Gundlach osobiście skupił się nad problemem ograniczonego pola widzenia czołgistów i tutaj zaskoczył wszystkich – w 1934 r. rozwiązał problem, nad którym głowiło się wielu konstruktorów świata. Polski inżynier zbudował peryskop odwracalny G wz. 34 (nazywany także peryskopem Gundlacha). Polak wpadł na pomysł, aby to nie człowiek kręcił się w środku wozu odwracając od jednego wizjera do drugiego, ale żeby to wizjer kręcił się dokoła. Pomysł oraz rozwiązanie były niezwykle proste, tym bardziej więc genialne. Zastosowany przez Polaka ruchomy pryzmat umożliwiał obserwację terenu również za obserwatorem, co dawało pełne (360 stopni) pole widzenia w trakcie jazdy.

Wynalazek Gundlacha stał się ścisłą tajemnicą. Bardzo szybko, bo już w 1936 r. peryskop wszedł do produkcji seryjnej w zakładach lwowskiej Fabryki Przyrządów Mierniczych i był montowany w polskich pojazdach pancernych (tankietka TKS i czołg 7TP). W 1938 r. Rudolf Gundlach opatentował swój wynalazek, m.in. w USA, Grecji, Finlandii, Anglii, a nawet w Niemczech.

Międzynarodowa kariera

Peryskop odwracalny Gundlacha doskonale sprawdził się na polu walki we wrześniu 1939 r. Szczególnie dobrze spisywały się nowoczesne polskie czołgi 7TP wyposażone w ten rodzimy wynalazek. Niestety, wraz ze zdobytymi przez wroga czołgami peryskop trafił do Niemiec i do ZSRR. Warto przypomnieć, że w 1939 r. rosyjskie czołgi były niemal ślepe, o czym Armia Czerwona boleśnie się przekonała walcząc z Finami. Sytuacja zmieniła się w 1943 r., gdy peryskop odwracalny stał się stałym nieodłącznym wyposażeniem radzieckich T34 i T70.

Po wybuchu wojny Polska za… 1 zł „sprzedała” licencję na produkcję peryskopu Gundlacha brytyjskiej firmie Vickers-Armstrong. Wszak cel był wspólny – walka z Niemcami. Anglicy zaczęli masowo instalować te peryskopy w swoich czołgach, a po nich zaczęły go instalować praktycznie wszystkie walczące armie świata (z Armią Czerwoną na czele). Od 1941 r. innowację Gundlacha zaczęły stosować w wozach pancernych państwa Osi. Zmodyfikowaną wersję polskiego peryskopu we wszystkich swoich czołgach stosowali także Amerykanie.

Rudolf Gundlach po kampanii wrześniowej przedostał się z Polski (przez Rumunię) do Francji, gdzie do czerwca 1940 r. pracował w Biurze Wojennym Przemysłu przy Ministerstwie Przemysłu w Exile. Po ataku Niemiec na Francję – ze względu na stan zdrowia – nie ewakuował się do Anglii tylko zamieszkał w Vichy. Zapewne sam nie zdawał sobie sprawy z międzynarodowej kariery swojego wynalazku.
Co ciekawe, po zakończeniu II wojny światowej Gundlach nie wrócił do Polski, ale wrócił za to nad Wisłę jego wynalazek jako… radziecka licencja na peryskop MK-4. Przez wiele lat był on produkowany przez Zakłady Kinotechniczne w Łodzi. Polacy nie dali się jednak nabrać na „farbowanego lisa” – załoga fabryki bardzo szybko zorientowała się, iż radziecki peryskop odwracalny MK-4 to tak naprawdę wynalazek Gundlacha: peryskop odwracalny G wz. 34. Innymi słowy choć Rosjanie bardzo się starali, to „Gundlach” był nie do podrobienia.

Farma za patent

Rudolf Gundlach po wojnie pozostał we Francji, gdzie rozpoczął długi proces sądowy domagając się opłaty za prawa licencyjne za swój (na szczęście opatentowany) wynalazek. Peryskop odwracalny według projektu Gundlacha został wyprodukowany w tysiącach sztuk i Polakowi należały się za to pieniądze. Te (84 mln franków) wywalczył w 1947 r., co pozwoliło na kupno farmy w Colombes pod Paryżem. Warto jednak podkreślić, że pieniądze zostały wypłacone tylko przez niektórych producentów peryskopu. I chociaż nikt nie wątpił, że wynalazek Polaka przyczynił się do zwycięstwa nad Niemcami, to już w przypadku uiszczenia opłaty licencyjnej wszyscy licencjobiorcy zaliczyli się do kategorii wątpiących.

Peryskopy Gundlacha są nadal używane w czołgach armii całego świata. Do dzisiaj też peryskop odwracalny jest na wyposażeniu polskich pojazdów bojowych. Zazwyczaj są to już wersje zmodernizowane i naszpikowane elektroniką, jednak podstawa ich działania nadal jest oparta na patencie naszego polskiego inżyniera.

I tutaj mała refleksja – licencja na peryskop odwracalny Gundlacha została (jak już wspomniano) oddana Anglikom za złotówkę, a niebawem nasi alianci odwdzięczyli się nam tym, że musieliśmy płacić złotem za samoloty, w których walczyli polscy lotnicy w obronie… Anglii. Warto też dodać, że peryskop Gundlacha był nielegalnie kopiowany tak przez Rosjan, jak i przez Niemców. Ciekawe, czy nasi partnerzy z Unii Europejskiej zapłacili nam za to, a przydałoby się – tak w ramach reparacji wojennych…

Zdjęcie Rudolfa Gundlacha za: forum.warthunder.com, pozostałe: domena publiczna (Wikipedia)

Poprzedni artykułZapomniany banał
Następny artykułKolejne światowe marki opuszczają Rosję