Najnowocześniejsze centra handlowe stawiają na bogatą ofertę gastronomiczną. W połączeniu z innymi udogodnieniami ma ona za zadanie zatrzymać klientów w obiekcie na jak najdłuższy czas. To właśnie odróżnia nowe koncepcje prowadzenia tak zwanych galerii od koncepcji wcześniejszych. Centra handlowe stają się dziś strefą spędzania wolnego czasu dla osób wielu profesji, grup społecznych i w różnym wieku. Czyni to ofertę lokali gastronomicznych jedną z kluczowych w gąszczu wszelkich usług proponowanych klientom. Czy jednak ten stan rzeczy ma szansę się utrzymać?

ulice handlowe - grafika wpisu
fot. Pixabay.com

Najnowsze badania wskazują, że właściciele lokali gastronomicznych stanowią aż 10 procent ogółu najemców powierzchni w centrach handlowych. Lokale te często stanowią także sam środek architektonicznej osi tych obiektów. Trudno się temu dziwić, skoro w okresie poprzedzającym pandemię blisko 10 procent osób odwiedzających słynne galerie decydowało się na posiłek w food court zone 1-3 razy w tygodniu(!), a aż 54 procent osób, które zawitały do centrum handlowego, przynajmniej raz w miesiącu skusiło się na posiłek w tym właśnie miejscu.

W czasie, w którym lokale gastronomiczne pozostawały zamknięte, liczba klientów stacjonarnych – co jasne – spadła niemal do zera. Część restauratorów powetowała sobie straty zamówieniami zewnętrznymi. Pandemia to czas hossy właśnie dla firm zajmujących się szybkim dowozem posiłków.
Wielu właścicieli lokali gastronomicznych było jednak zmuszonych płacić wysokie czynsze mimo fatalnych obrotów. Spowodowało to powstanie gigantycznej finansowej wyrwy, której z całą pewnością nie powetuje planowane przez rząd (na koniec maja) ponowne otwarcie gastronomii. Ponowne, ale wciąż niepewne. Nie wiemy przecież, czy do Polski – uchowaj Boże – nie zawita czwarta fala pandemii. Faktem jest, że straty gastronomii są potężne i coś z tym faktem trzeba jednak zrobić.

Ulice handlowe?

Polska Rada Centrów Handlowych szacuje, że czas pandemii przyczynił się do zadłużenia branży na bez mała 90 mld złotych. Znaczna część tej kwoty to straty branży gastronomicznej. Właściciele lokali zwracają uwagę na konieczność dywersyfikowania lokalizacji. Ratunkiem miałyby okazać się tu tak zwane ulice handlowe.
Takich w największych polskich miastach nie brakuje. W ostatnich latach – jeszcze przed pandemią – obserwować można było swoisty renesans tych niezwykle popularnych w dalekiej przeszłości miejsc.

Okazuje się, że gastronomia jest skłonna przeformułować swój model biznesowy i wynieść się z centrów handlowych na dobre. Jedni wybiorą rzeczone już ulice handlowe, inni – wciąż zyskujące na popularności food trucki. Przyznać należy, że oba rozwiązania dzięki staraniom samych przedsiębiorców stają się modne, a to oznacza, że także opłacalne.

Eksperci niejednokrotnie wskazywali, że wielu przedsiębiorców z branży gastronomicznej, którzy większość swoich lokali posiadają właśnie w centrach handlowych jest skłonnych opuścić dotychczasowe miejsca. I dobrze.

Czy miasto się obudzi?

Exodus lokali gastronomicznych i znalezienie dla nich nowych lokalizacji może przyczynić do znacznego ożywienia przestrzeni miejskiej. Gdy w 2007 roku w samym centrum stolicy otwierano słynne na całą Polskę Złote Tarasy, ówczesna prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz mówiła, że miejsce to stanie się „wizytówką miasta”. Tak też się stało, choć – uściślając – kosztem przestrzeni miejskiej, którą centra handlowe mają imitować.
Przekłada się to na osłabienie sektorów ulicznego handlu i usług.
Teraz ten trend może się odwrócić; śródmieścia polskich miast mogą zacząć przypominać centra Paryża, Pragi, czy choćby większych i mniejszych miast i miasteczek Skandynawii.

Wszystko dziś w rękach ogromnej rzeszy przedsiębiorców, którzy wspólnie sprawić muszą, aby zrewidowanie poglądów na temat atrakcyjności miejsc poza centrami handlowymi przebiegało wedle zakładanego przez nich scenariusza.
Wiele powiedzą nam pierwsze dni czerwca, kiedy to – oby – gastronomia ruszy ponownie pełną parą.