Europejczykom może zabraknąć żywności – to zdanie coraz częściej da się słyszeć z ust przedstawicieli największych organizacji rolniczych Europy. Winne temu stanowi rzeczy nie są ani mityczne zmiany klimatu, ani sami rolnicy. Pełna odpowiedzialność spoczywa na barkach polityków, którzy – owładnięci lewicową manią – postanowili zniweczyć dorobek lat pracy unijnych gospodarzy.

Peggychoucair/Pixabay

Aż wstyd przyznać, że za większością planowanych reform stoi Komisja Europejska, której ster dumnie dzierży Janusz Wojciechowski. Rolnicy wiązali niemałe nadzieje z faktem, że za kierunek rozwoju rolnictwa w UE odpowiedzialny będzie Polak. Szybko okazało się jednak, że nie o szansach należy tu mówić, a o zagrożeniach. Dziś polscy rolnicy nie zastanawiają się, jak ugrać najwięcej na korzystnej (w teorii) sytuacji politycznej, ale jak zminimalizować skutki kolejnych zagrożeń.

Komisja Europejska szaleje

Mowa tu w szczególności o dwóch strategiach, które Komisja Europejska narzuciła unijnym gospodarzom. Zarówno „Od pola do stołu” jak i „Strategia bioróżnorodności” spowodować mogą powstanie ogromnych wyrw na europejskim rynku rolnym. Wszystko – rzecz jasna – w imię walki o klimat. Pomysł już u swego zarania opiera się jednak na błędnym przekonaniu, jakoby to rolnicy mieli okazać się głównymi trucicielami planety. Wszystko wskazuje na to, że Komisja Europejska uległa w tej kwestii naciskom grup aktywistów, którzy obarczają rolników niemal jednostkową winą za zmiany klimatu. Oskarżenia takie doprowadziły do serii protestów rolniczych, które w ostatnich dwóch latach przetoczyły się przez Niemcy, Holandię, Francję i szereg innych krajów UE.
Komisja Europejska zbagatelizowała jednak obawy rolników i kontynuowała swoje działania. Ich efektem będzie ograniczenie możliwości stosowania środków ochrony roślin oraz nawozów o 25 procent (względem poziomów ich dzisiejszego zużycia w państwach członkowskich).
W Polsce tzw. chemii wykorzystuje się stosunkowo niewiele, w konsekwencji czego – po wejściu w życie unijnych ograniczeń – nasz kraj będzie jednym z tych, które najdotkliwiej odczują nowe unijne regulacje. Politycy zdecydowali także o przeznaczeniu 25 procent areału pod produkcję ekologiczną. Jakby tego było mało, Parlament Europejski zdecydowaną większością głosów przyjął rezolucję dotyczącą wejścia w życie zakazu używania klatek w chowie i hodowli zwierząt. Nie bez znaczenia pozostaje także kwestia zakazu stosowania antybiotyków w wielu aspektach hodowli zwierzęcej, czy lansowana przez Fransa Timmermansa strategia Fit for 55.

Spadek produkcji

Sama Komisja Europejska – biorąc jednak pod uwagę skutki wyłącznie pochodnych Europejskiego Zielonego Ładu – wylicza, że Unia Europejska liczyć będzie musiała się ze spadkiem produkcji rolnej o około 15 procent. Podobne uszczuplenie dotknąć ma także unijnego eksportu artykułów rolno-spożywczych. Z liczącego się producenta i eksportera, UE powoli stawać będzie się importerem żywności, niejako wypychając niechcianą hodowlę i „nieekologiczną” (w myśl unijnych przepisów) uprawę poza granice Wspólnoty.

Politycy twierdzą, że spadki produkcyjne zrekompensowane zostaną wyższymi cenami, które rolnicy uzyskają za swoje produkty w ramach handlu międzynarodowego. Nic bardziej mylnego. Komisja Europejska zapomina, że wzrost kosztów produkcji – a z takimi niewątpliwie trzeba się liczyć – zdecydowanie obniży konkurencyjność cenową produkowanych we Wspólnocie towarów.
Także sam „problem klimatyczny” wypchnięty zostanie poza granice UE. Redukcja emisji – która jest w teorii celem nadrzędnym KE – bez utraty konkurencyjności wymagałaby gigantycznego wzrostu wsparcia w ramach Wspólnej Polityki Rolnej.

Polski problem

Kłopoty z bezpieczeństwem żywności wystąpić mogą także w naszym kraju. Polska jest czołowym unijnym producentem mięsa i silnym rynkiem produkcji roślinnej. Już w najbliższych latach okazać się jednak może, że krajowi producenci nie wytrzymają presji kolejnych unijnych inicjatyw.

Także w naszym kraju politycy zbyt często kierują się w swoich wyborach zdaniem aktywistów. Efektem takiego stanu rzeczy są choćby kłopoty na rynku trzody chlewnej, który od lat nie może poradzić sobie z wciąż powracającą epidemią afrykańskiego pomoru świń, dziesiątkującą stada w kolejnych częściach kraju.
Eksperci są zgodni, że jedyną szansą na realną walkę z chorobą jest zdecydowana redukcja populacji dzików, będących głównym rezerwuarem i wektorem przenoszenia wirusa. Z ASF, po wybiciu wszystkich dzików w kraju, szybko poradziła sobie choćby Dania. W Polsce jednak – przez protesty aktywistów – podobnego scenariusza zrealizować nie sposób.
Niestety, podobne sytuacje tyczą się niemal każdego z sektorów produkcji zwierzęcej.

Po rozum do głowy

Przed rolnikami w Europie trudny czas, którego zdecydowanie nie ułatwiają im europejscy decydenci. Zielona fala pochłania kolejne parcele rynku i robi to niczym słynny jeździec – bez głowy. Gdy spiętrzone problemy doprowadzą do uwypuklenia dzisiejszych obaw, może być już jednak za późno.