Polityka Niemiec od lat uzależniała Wspólnotę od dostaw rosyjskich surowców, czego pokłosiem są obecne ceny energii i problemy gospodarcze. Rolnicy są teraz w wyjątkowo trudnym położeniu – szczególnie wobec kolejnych unijnych utrudnień w postaci „zielonych” inicjatyw – a to w ich ręku spoczywa nasze bezpieczeństwo żywnościowe.

kingimaging/Pixabay

W czasie pandemii koronawirusa i po inwazji Rosji na Ukrainę bezpieczeństwo żywnościowe stało się jednym z podstawowych filarów bezpieczeństwa Europy. Obok kwestii energetycznych to właśnie produkcja żywności decyduje dziś o ekonomicznej samodzielności Wspólnoty.

Doskonale kwestię tę zrozumiał Kreml, który uczynił ukraińskie gospodarstwa rolne jednym z głównych celów ataków rosyjskich wojsk. Właśnie dlatego Rosjanie zaminowywali ukraińskie pola, niszczyli sprzęt rolniczy, bombardowali elewatory zbożowe, magazyny żywności, palili gospodarstwa, czy wreszcie mordowali samych rolników. Putin bez skrupułów starał się wykorzystać schematy używane wcześniej w okresie Wielkiego Głodu, który pociągnął za sobą miliony ofiar. To właśnie produkcja żywności oraz energii – ściśle skorelowane ze sobą sektory – są dziś najważniejszymi częściami gospodarki, na które Europa powinna „chuchać i dmuchać”.

Z kim trzymają Niemcy?

Trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie Niemcy są głównymi winnymi dzisiejszych zawirowań na rynkach energii. W wielu krajach – w tym w Polsce – dochodzą do tego jawne manipulacje cenowe, ale to prowadzona przez lata niemiecko-rosyjska polityka przyjaźni energetycznej jest podstawową przyczyną dzisiejszego kryzysu gospodarczego, bo o takowym z całą pewnością możemy mówić.

Uzależnienie Unii Europejskiej od dostaw rosyjskich surowców, na czym tak bardzo od lat zależało Niemcom, odbija się dziś na cenach energii. Można zatem śmiało powiedzieć, że to nasi zachodni sąsiedzi są współodpowiedzialni za tragedię wielu gospodarstw domowych nad Wisłą.

Proporcjonalnie większe komplikacje względem ponoszonych kosztów odczuwają gospodarstwa rolne. W ich przypadku lawinowy wzrost kosztów ponoszonych z tytułu podwyżek cen energii jednoznacznie rzutuje na rentowność. Problem dotyczy w szczególności małych i średnich gospodarstw rolnych, które gospodarują w oparciu o znacznie niższe przychody i wciąż uzależnione są od sztywnego mechanizmu dopłat do produkcji rolnej.

Już dziś w środowiskach rolniczych daje się zauważyć trend, w którym rolnicy – celem zrównoważenia rachunku ekonomicznego – podejmują szereg pobocznych działalności. Nie odżegnują się oni także od możliwości porzucenia ojcowizny na rzecz bardziej intratnych zajęć. W przyszłości może to rzutować na wskaźniki produkcji rolnej w Polsce. Z podobnymi problemami borykają się jednak także inne kraje Unii Europejskiej.

Pokłosiem zawirowań na rynkach energetycznych są także niespotykane dotąd wzrosty cen nawozów i środków ochrony roślin. Główną składową kosztów przy produkcji nawozów chemicznych – nieodzownego elementu w prowadzeniu gospodarstwa opartego o uprawy – jest cena gazu, która doprowadziła do realnego kataklizmu. Jeszcze wiosną tego roku ceny saletry amonowej oscylowały wokół 3000 złotych za tonę. Już wówczas dla rolników była to kwota zaporowa i stawiająca pod znakiem zapytania rentowność gospodarstw. Dziś niejednokrotnie przekracza ona cenę 6000 zł za tonę. Rolników na nawozy i środki ochrony roślin już nie stać, a porzucenie ich stosowania wiąże się z utratą znacznej części zbiorów. Mówiąc wprost – bez odpowiedniej ochrony i stymulacji wzrostu roślin, narażone będą one na liczne choroby oraz pasożyty potrafiące zniszczyć cały potencjalny plon. Niższy plon oznacza obniżone wskaźniki produkcji żywności. Gdyby jednak w jakiś sposób udało się zaradzić obecnym trudnościom, zawsze pozostaje niezawodna Komisja Europejska.

Żywnościowe harakiri

A zatem – gdyby nawet udało się zaradzić obecnym trudnościom to trzeba pamiętać, że w zapewnieniu nam bezpieczeństwa żywnościowego przeszkodą jest… Komisja Europejska. Jak inaczej wytłumaczyć bowiem fakt wprowadzania – w czasie największego od lat kryzysu – strategii Europejskiego Zielonego Ładu? Jej celem jest nic innego jak wprowadzenie w Unii Europejskiej niskotowarowej produkcji rolnej. Ma ona zająć miejsce dużych gospodarstw, które w praktyce budują wskaźniki produkcyjne w sektorze rolnym. Rolnicy będą zmuszeni do ograniczenia stosowania nawozów i środków ochrony roślin o nawet połowę, przeznaczenia jednej czwartej areału na produkcję ekologiczną i odłogowania ziemi.

To jednak nie koniec. Instytucje unijne jawnie opowiadają się po stronie zideologizowanych inicjatyw takich jak Koniec Epoki Klatkowej, Koniec Epoki Rzezi czy wprowadzenie maksymalnej stawki podatku VAT na mięso. Te same instytucje UE dążą do wpuszczenia na europejski rynek taniej i niskiej jakości żywności z krajów grupy MERCOSUR, która wykończy europejskich rolników. To także Unia wpadła na pomysł liberalizacji przepisów handlowych z Nową Zelandią – czołowym producentem mleka, wołowiny i baraniny.

Czy Europie zabraknie żywności?

Pewnie nie. Możemy mieć jednak pewność, że nieunikniona luka powstała w wyniku obecnych i planowanych przez KE trudności zostanie zapełniona importem fatalnej jakości żywności. Europejczycy będą jeść, ale nie żywność produkowaną w rodzimych gospodarstwach, wytwarzających w oparciu o najbardziej wyśrubowane unijne normy.

To smutne, bo Europa mająca fenomenalne warunki do produkcji żywności – znacznie lepsze niż na innych kontynentach – zobligowana jest nie tylko do zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego swoim obywatelom, ale także do pomocy ludziom z tych części świata, które same nie są się w stanie wyżywić. Przykre jest także to, że sami wytrącamy sobie z ręki oręż w postaci decydowania o żywnościowej suwerenności.

 

Poprzedni artykułFinlandia bierze przykład z Polski i buduje mur na granicy
Następny artykułRada Dialogu Społecznego nie ma sensu