Mam znajomą z Podlasia. Jest niewierząca, ale pod naciskiem została matką chrzestną. Dlaczego? Dlatego, że „dziecku się nie odmawia”. Wbrew pozorom ta sztuczka jest też często wykorzystywana w polityce. Także klimatycznej.

Greta Thunberg to przykład pokazujący, że metodą „na dziecko” można szantażować w sprawach wielkiej wagi. Ale jako że ten felieton nie jest rytualną połajanką pisaną przez klimatycznego denialistę, dodatkowo, jego autor nie jest prawicowcem, to warto już na wstępie wyjaśnić, że problem zmian klimatycznych istnieje, ma i będzie miał konsekwencje polityczne, społeczne, ekonomiczne, wymaga przeciwdziałania i krzyczące dzieci nie mogą nic dobrego z tym zrobić, choć oczywiście marketingowo ich aktywność wygląda aż za dobrze. To jednak nie znaczy, że nie należy szukać innych sposobów na to, jak działać. Należy, a publikacja International Declaration on Market Environmentalism napisana przez libertarian to dobry kierunek. Taki, w którym powinniśmy podążać. Pokazujący, gdzie szukać szczegółowych, opartych o dane rozwiązań.

Uleganie emocjonalnemu szantażowi, którego twarzą jest nastolatka, nie kwalifikuje się jednak do tej puli. Na tym bowiem polega nieco ostatnio przygaszona, ale jednak wciąż widoczna działalność Grety Thunberg. Na szantażu. Ciekawe, czy Greta tej zimy zmarznie razem z nami, czy też może popłynie na jachcie do ciepłych krajów?

Nie uważam, że ktoś może mieć rację tylko dlatego, że jest stary, ale dokładnie tak samo jest z posiadaniem racji tylko dlatego, że ktoś jest młody. Nie ma tu żadnego automatyzmu. Rację mają przeważnie eksperci w swoich wąskich dziedzinach, a ich problem zbyt często polega na tym, że nie potrafią sprzedać swojej wiedzy. Na każdego eksperta powinno przypadać kilku popularyzatorów i jeszcze więcej świadomych odbiorców treści, którzy też nie powinni ze stopni i tytułów naukowych robić święceń, bo mechanizmy produkcji wiedzy jak najbardziej dopuszczają to, że czasami ktoś się może mylić. Tak oczywiście powinno być, ale nie jest. Dlatego żyjemy w świecie, w którym Greta Thunberg jest ikoną, a eksperci w dziedzinie klimatu, niekiedy zajmujący się tematem dłużej, niż ona żyje, to ludzie anonimowi.

Szantaż „na dziecko” w wersji „na Gretę” polega na tym, że – jak już wiemy – dziecku się nie odmawia. Dziecko, zupełnie jak literackich utworach doby romantyzmu, widzi więcej, czuje więcej i krzyczy, że król jest nagi. My zaś musimy się słuchać, no bo przecież to dziecko. Żeby lepiej słyszeć, musimy przyjąć dziecięcą optykę, a więc już, teraz, zaraz i bezwzględnie – za to bez myślenia o tym, jak. Zamknijmy więc elektrownie i nie myślmy o tym, co będzie, kiedy zmieni się pora roku, albo jakiemuś panu na Kremlu przypomną się mrzonki o odbudowie imperium (które nie umiało wyprodukować nawet kiełbasy). I nic tu nie zmieni się dzięki temu, że czas płynie i Greta Thunberg, ani się obejrzymy, będzie miała dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat. Będą kolejni.

Problem z działalnością Grety nie polega na tym, że mówi ona o problemach klimatycznych i ich następstwach – to jest właśnie pozytywny aspekt jej działalności. Chodzi o strywializowanie debaty na ten temat do poziomu wrzasków i emocjonalnego szantażu, który można niekiedy zobaczyć u dzieci w kolejce do kasy. Będę krzyczeć, bo nie chcesz zrobić tego, co ja chcę – każdy to widział, a co bardziej wyrobieni potrafią zresztą odróżnić krzyk i płacz dziecka wynikający z bólu czy smutku od tego, który jest spowodowany jego złością.

Prawie cały zachód naszego kontynentu dał się na to nabrać i porzucił racjonalną debatę na temat klimatu. Zamiast tego dostaliśmy dziecięcych naśladowców Grety, a także ludzi dorosłych, którzy wolą zachowywać się jak dzieci i myśleć jak one. Działalność tych pierwszych polegająca na organizowaniu Młodzieżowych Strajków Klimatycznych nawet miała i ma jakiś pozytywny aspekt, bo wspólne zorganizowanie sobie wagarów, rozreklamowanie wydarzenia i przygotowanie go to cenna, praktycznie zdobyta wiedza, która dzisiejszym uczniom na pewno się przyda – bardziej niż odklepywanie lekcji i czekanie na dzwonek. Tyle że strajkujący, tak jak Greta, nie przyczyniają się do szukania rozwiązań, a jedynie do narzucenia swojej infantylnej wizji rozwiązywania problemów. Zupełnie nierealnej. Lepiej by było, gdyby te strajki odbywały się w imię reintrodukcji ptaka dodo, może nawet zasiedlenia nim terenów Nowej Huty. Zysk byłby taki sam, a szkody mniejsze. A niemałe wyrządzają też dorośli, którzy za wszelką cenę chcą być młodzieżowi i na czasie, którzy chcą rozmawiać z tymi, którym tak naprawdę nie zależy na rozmowie, jedynie na narzuceniu swojej wizji. Nie widzę pola do debaty z ludźmi żywcem wyjętymi z esejów ze zbioru „Powrót człowieka pierwotnego: rewolucja antyprzemysłowa” napisanych przez Ayn Rand i Petera Schwartza. No ale ja nie muszę dbać o opinie wyborców.

Jasne, absurdalność sytuacji, w której Europa musi się martwić o to, co będzie tej zimy, nie jest wywołana jedynie przez jedną aktywistkę, nawet jeśli wspieraną ludźmi doskonale znającymi się na mobilizacji osiąganej dzięki mediom społecznościowym. Są tu też inne czynniki. Ale mogliśmy tego uniknąć, mogliśmy rozmawiać o klimacie i podejmować działania – niestety, jako zbiorowość wybraliśmy antyracjonalny, antyprzemysłowy ruch polityczny i społeczny, którego twarzą i logotypem stała się podobizna Grety Thunberg. Sami sobie jesteśmy zresztą winni. Zachodnia lewica chętna do odbierania praw i wolności jednostce w imię walki o przyrodę zrobiła tu odpowiedni grunt, a prawica udając, że nie ma problemu, tylko ubiła pole, na które łatwo weszła dziecięca krucjata klimatyczna. Próżnię zawsze wypełni jakiś przekaz, przeważnie mniej merytoryczny, niż byśmy chcieli. Skoro nie potrafiliśmy debatować o klimacie, to ktoś nas zakrzyczał.

Marcin Chmielowski
* autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułForum Ekonomiczne: Europejska polityka musi ulec zmianie
Następny artykułUnijne rolnictwo na skraju przepaści. Czy zrobi krok do przodu?