W jakim społeczeństwie przyjdzie nam żyć, jeśli rządy będą cyklicznie wprowadzać godziny policyjne, regularnie i radykalnie interweniować w dziedzinie życia gospodarczego, postanowią też ingerować w najdrobniejsze szczegóły naszego życia prywatnego, w tym spróbują nawet romansu z cenzurą i zaczną wymagać posiadania przy sobie dokumentów przypominających wewnątrzkrajowe paszporty, a na koniec jeszcze dojdzie do tego zgeneralizowana kontrola cen? – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Jednym z zarzutów środowisk preferujących rozwiązania wolnościowe nad pomysłami interwencjonistycznymi jest to, że w tym drugim przypadku w istocie mamy do czynienia z zakamuflowanym socjalizmem, który historia wielokrotnie zdyskredytowała. Problemy centralnego planowania, dawno zidentyfikowane w autorytarnej gospodarce socjalistycznej, nie ustępują przecież tylko dlatego, że zastosujemy je w środowisku demokratyczno-liberalnym. Wręcz przeciwnie, wydaje się, że przez sam fakt ręcznego sterowania społeczeństwem osłabiamy zarówno „demokratyczność”, jak i „liberalność” takiego systemu.

Dwa ostatnie lata pandemii były okresem nasilonej interwencji państwa. Jest naiwnością twierdzić, że życie społeczne w pandemii będzie całkowicie spontaniczne, ale mimo wszystko rządy chciały regulować dekretami nie tylko to, jakie obiekty mogą być otwarte albo zamknięte (co wydaje się historycznie i prakseologicznie uzasadnione np. w przypadku stadionów czy hal koncertowych), ale nawet to, jak blisko lub daleko możemy stać od innej osoby na ulicy. Centralne planowanie zaprzęgnięto więc nie tylko do kontroli zagadnień ściśle ekonomiczne, ale próbowano mikro-zarządzać nawet najbardziej intymnymi zachowaniami ludzi.

Skutki samych cyklicznych zamknięć i otwarć gospodarki w Europie, w tym w Polsce, postanowiono zwalczać dalszym interwencjonizmem. Wolnorynkowcy zwykli cytować w takich momentach Stefana Kisielewskiego, który mawiał, że „Socjalizm jest to ustrój, w którym bohatersko pokonuje się trudności nieznane w żadnym innym ustroju!”. Przedsiębiorcy, którym nierzadko całkowicie zakazano działalności – pomimo tego, że było to wówczas sprzeczne z prawem, gdyż ustawa pozwalała działalność gospodarczą tylko „ograniczyć” – składali więc wnioski na odpowiednich formularzach, często niejasnych i ukształtowanych według krzywdzących reguł. W zamian mogli oczekiwać na zapomogi i dotacje, mające przede wszystkim na celu utrzymanie miejsc pracy. Niektórzy na tych rekompensatach zarobili więcej niż na regularnej sprzedaży towarów lub usług, inni natomiast zostali skrzywdzeni i pomimo pomocy publicznej nie mogli związać końca z końcem. Ryzyko rażącej niesprawiedliwości jest bowiem immanentną cechą scentralizowanej interwencji rządu, który nie jest przecież w stanie w przepisach prawa przewidzieć i opisać wszystkich złożonych zjawisk zachodzących w życiu społecznym. Może uczciwszym rozwiązaniem było zamknięcie biznesu bez rekompensat i dopuszczenie do masowej fali bankructw oraz bezrobocia, aby ludzie jasno zrozumieli występujące tu związki przyczynowe i pojęli, dlaczego postulat pozostawienia gospodarki przynajmniej częściowo otwartej nie był tylko ujadaniem „biedafirm” (jak była uprzejma ostatnio je nazwać posłanka Lewicy Anna Maria Żukowska)? Albo może uczciwiej było po prostu pozostawić gospodarkę relatywnie otwartą, jak przewidywały niektóre plany pandemiczne państw Europy Zachodniej, aby uniknąć jednego i drugiego problemu, chociaż kosztem zdrowia publicznego?

Najdalej idącym zjawiskiem interwencjonistycznym w samej gospodarce, być może poza państwową własnością środków produkcji, jest kontrola cen. Sprawa jest jasna: jeśli mamy kontrolę cen, nie mamy gospodarki rynkowej. Oczywiście, zręby takiej kontroli istnieją w państwach opiekuńczych od dawna i dotyczą na przykład usług komunalnych, związanych z dostawą wody czy wywozem odpadów, gdzie obowiązują różne taryfy. W szerszym rozumieniu kontrolą cen jest tak naprawdę określenie poziomu płac, w tym płacy minimalnej, ponieważ pensja nie jest niczym innym niż tylko szczególnym rodzajem zapłaty za wykonaną przez pracownika usługę.

W okresie pandemii postulat kontroli cen pojawił się w dwóch postaciach. Na samym początku z tego względu, że na rynku zabrakło niektórych towarów (np. płynów do dezynfekcji czy maseczek) i zaczęto nimi „spekulować”. W tym przypadku „dorabianie się na kryzysie” okazało się niemoralne. Byli też tacy, którzy firmom farmaceutycznym zarzucali „dorabianie się na kryzysie” i przez jakiś czas uchodzili za „foliarzy”. W pewnym jednak momencie establishment, w tym nawet Światowa Organizacja Zdrowia, najwyraźniej doszedł do wniosku, że coś jednak jest na rzeczy i wpadł na pomysł, aby firmy farmaceutyczne poniekąd okraść z praw wynikających z patentów. Temu zresztą sprzeciwił się uprzednio noszony na rękach Bill Gates i nagle prasa zaczęła o nim pisać brzydkie rzeczy. Postulat zniesienia patentów to też jest przykład „bohaterskiego pokonywania trudności”. Ostatecznie bowiem okazało się, że na przykład w południowej Afryce problemem może być nie to, że państwa zachodnie chomikują po cztery dawki dla dwudziestolatków i nie chcą się podzielić ani szczepionkami, ani patentami, ale to, że więcej niż połowa społeczeństwa po prostu szczepić się nie chce. W takiej sytuacji rząd znowu staje przed dylematem: czy „bohatersko pokonać trudność” i zmusić prostych ludzi pod groźbą kary lub banicji do przyjęcia preparatu, który oni uważają za wytwór zachodniej szarlatanerii, czy odpuścić i pozwolić, aby sprawę nieco bardziej chaotycznie rozwiązała natura?

Natura zresztą mogła okazać się nie taka głupia, bo przyniosła światu wariant Omikron, który Republika Południowej Afryki przeszła przy niskim poziomie zaszczepienia społeczeństwa i restrykcji, ale bez załamania służby zdrowia. Chcę uniknąć zarzutów o „szurostwo” i nie twierdzę, że nieszczepienie się – zwłaszcza w państwach rozwiniętych gospodarczo, gdzie szczepionek pod dostatkiem – jest działaniem wysoce racjonalnym. Po prostu związane z tym decyzje natury politycznej, ekonomicznej, etycznej, a czasem nawet epidemiologicznej są najwyraźniej skomplikowane.

Wracając jednak do zasadniczego postulatu kontroli cen, to ostatnio pojawił się on w przestrzeni publicznej z uwagi na inne zjawisko niż spekulacja, a mianowicie ze względu na szalejącą inflację. Na łamach polskiej prasy powtórzył go Adam Suraj w artykule „Kontrola cen – skuteczny sposób na zwalczenie obecnej inflacji?”. W tym przypadku propozycja kontroli cen została już tak zgeneralizowana, że oznacza w istocie pomysł porzucenia podstawowej reguły gospodarki rynkowej – to znaczy, że ceny kształtują się swobodnie, na podstawie spontanicznych interakcji aktorów życia społecznego oraz na skutek obowiązywania obiektywnych reguł, takich jak prawo podaży i popytu. I to znowu jest przykład „bohaterskiego pokonywania trudności”, skoro wypłacane z budżetu zapomogi, lockdowny i wywołane nimi zakłócenia łańcuchów dostaw raczej nie pozostają bez związku z obecną drożyzną.

Podsumowując, zastanówmy się nad kwestią zasadniczą. W jakim społeczeństwie przyjdzie nam żyć, jeśli rządy będą cyklicznie wprowadzać godziny policyjne, regularnie i radykalnie interweniować w dziedzinie życia gospodarczego, postanowią też ingerować w najdrobniejsze szczegóły naszego życia prywatnego, w tym spróbują nawet romansu z cenzurą i zaczną wymagać posiadania przy sobie dokumentów przypominających wewnątrzkrajowe paszporty, a na koniec jeszcze dojdzie do tego zgeneralizowana kontrola cen? My, Polacy, już w takim społeczeństwie żyliśmy. Różne rzeczy można o nim powiedzieć, ale na pewno nie to, że było to społeczeństwo wolne. Nie jest też najwyraźniej prawdą, jakoby jedna interwencja – farmakologiczna czy niefarmakologiczna – wyzwalała nas od kolejnych, czego kilka przykładów podałem powyżej.