Fot. Pixabay

Rosyjska gospodarka znalazła się w tarapatach jeszcze przed wybuchem pandemii koronawirusa i globalnej depresji. Międzynarodowe sankcje finansowe na rosyjskie firmy zaangażowane w wojnę z Ukrainą i wywrócenie w Rosji demokracji do góry nogami przyczyniły się do spadku, a nadmierna zależność Moskwy od eksportu energii jeszcze bardziej pogrążyła tamtejszą gospodarkę.

Decyzja Moskwy o podważeniu porozumienia OPEC z Arabią Saudyjską w czasie spadku globalnego popytu poważnie zaszkodziła jej własnym interesom. Cena ropy naftowej od początku roku spadła o ponad 60%. A Rosja jest silnie uzależniona od dochodów z ropy, a jej budżet oparty jest na cenie 42 USD za baryłkę. Jeśli cena ta spada poniżej tego poziomu, Rosja zaczyna mieć poważne problemy ze zrównoważeniem swojego budżetu i ewentualnym zwiększeniem wydatków socjalnych. Obecnie cena ropy waha się między 20 a 30 USD, co oznacza, że dla większości rosyjskich rodzin najbliższa przyszłość rysuje się w czarnych barwach.

Coraz częściej słychać głosy sfrustrowanych i przerażonych rosyjskich obywateli. Regionalny niepokój opiera się na gromadzeniu skarg, przykładach oficjalnej korupcji, eksploatacji zasobów regionalnych oraz zagrożeń, przed jakimi stoją przeciętni Rosjanie. Moskwa wydobywa maksymalne zasoby z regionów przy minimalnych inwestycjach w rozpadającą się lokalną infrastrukturę. Ten fałszywy federalizm staje się coraz bardziej niemożliwy do zarządzania, a opór społeczny rośnie.

– Dokładna forma nadchodzącej rewolucji rosyjskiej może zależeć od stopnia wściekłości obywateli przeciwko władzom regionalnym i zakresu represji państwowych. Kiedy społeczeństwo wyczuje słabość i zamieszanie wśród swoich rządzących, wrota będą otwarte na alternatywy – zauważa Janusz Bugajski na łamach „Washington Examiner”.

DL/ Washington Examiner