Kluczową dla gotowości banków do udzielania nowych kredytów będzie ocena rozwoju sytuacji gospodarczej, uwzględniając także formy działań publicznych dla wsparcia gospodarki – mówi Marcin Liberadzki. O tym, a także o odbiciu po kryzysie, efektach unijnego szczytu oraz finansach publicznych rozmawiamy z profesorem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Związek Banków Polskich prognozował przed kilkoma tygodniami spadek zysków sektora bankowego w tym roku nawet na poziomie 85%, czyli dramatyczne załamanie całego sektora. Czy zgodziłby się Pan z tą prognozą?

W tej sytuacji bardzo trudno prognozować, bo nie mamy dobrych prognoz makroekonomicznych dla Polski. I tu podstawowym pytaniem jest, jaki kształt będzie miało kształtowanie się koniunktury w nadchodzących kwartałach. Czy to będzie kształt „L”, czy „U”. To jest ta słynna nierozstrzygnięta debata. Tak więc naprawdę trudno tutaj przerzucać się liczbami, które mają bardzo słabe zakotwiczenie. To przypomina raczej patrzenie w szklaną kulę. Co można teraz twierdzić na podstawie danych NBP? To, że zysk sektora bankowego w okresie styczeń – maj tego roku spadł o ok. 40%, przy czym musimy wziąć pod uwagę również czynniki sezonowe, takie jak zaksięgowanie składki na BFG. Spotykam się z opiniami przedstawicieli sektora bankowego, że na koniec roku spadek zysku będzie mniej więcej o połowę. To byłoby już bardziej w zgodzie z tym, co zaobserwowano w okresie styczeń – maj.

Podsumowując: przebieg osłabienia gospodarczego i tempo wychodzenia gospodarki z „dołka” będzie kluczowy dla kształtowania się decydującego dla wyniku bilansu rezerw banków. Efekt obniżenia stóp procentowych zostanie częściowo skompensowany wzrostem marż kredytowych dla nowo udzielanych kredytów oraz wymusi zmianę modelu biznesowego banków (wzrost przychodów instytucji z tytułu opłat lub prowizji).

Czy realnie grozi nam ryzyko tego, że po prostu niektóre banki nie wytrzymają i staną w obliczu upadłości?

Tu trzeba wyraźnie odróżnić ocenę kondycji sektora jako całości od słabszych banków lub tych, które są w dobrej kondycji, ale będą mocniej uderzone. Specyfiką Polski jest to, że pojedyncze słabsze banki są słabszymi od dość dawna i one weszły w COVID-19 z różnych przyczyn bardzo osłabione. Natomiast  odnosząc się do całego sektora. Tu chciałem zauważyć, że w przeciwieństwie   do wybuchu kryzysu w 2008-2010 roku, to w  obecnym kryzysie sektor polski, jak i europejski, zastały kryzys bardzo dobrze skapitalizowane i zasługą była Bazylea III, a przede wszystkim bufory kapitałowe, które ona wprowadziła i taka moja konstatacja, że przez lata banki  skarżyły się, że regulacje są nadmierne, że wymogi kapitałowe są za wysokie, a teraz okazuje się, że to był dobry ruch i jest z czego schodzić. Dla przykładu: w Polsce rozwiązano bufor ryzyka systemowego, zbierany w dobrych czasach z poziomu 3% do 0%. To dało bankom, ocenia się, rekapitalizację na poziomie 30 mld PLN. system europejski, w tym polski, wszedł w ten kryzys można powiedzieć, z niskim poziomem NPL (non-performing loans), czyli można powiedzieć, że system bankowy w dobrych czasach odrobił pracę domową. No bo w EOG (Europejski Obszar Gospodarczy – red.) udało się zbić NPL-e do ok. 3 proc., przy czym są tu pewne dyspersje między krajami, bo w Niemczech  było to 1 proc., we Włoszech – 15. Ale biorąc poprawkę na outlierów, jest to poziom niski. W Polsce poziom 6-7 proc.  należy uznać za stosunkowo niski. Czyli w dobrych czasach  zbudowano tę rezerwę kapitałową i poprawiono jakość portfeli kredytów.  Natomiast wiadomo, że w średnim czy dłuższym okresie banki i sfera realna  są ze sobą mocno splecione. I tu pytanie jest zasadnicze: po pierwsze jaki będzie kształt wychodzenia z recesji („L”, „U” czy „V”)? W obecnym podejściu  do tworzenia rezerw na ryzyko kredytowe zakłada się, że wpływ COVId-19 na gospodarkę- tym samym na ryzyko kredytowe – jakkolwiek znaczny,jednak jest tymczasowy (przejściowy). Banki, ale wydaje mi się, że i cała gospodarka – mogą okazać się słabo przygotowane na scenariusz kolejnego dotkliwego zatrzymania funkcjonowania życia gospodarczego.

Po drugie zobaczmy, co się stanie za około cztery miesiące, jak zakończą się moratoria na spłatę kredytów.  Może wtedy istotnie wzrosnąć poziom  . opóźnień w spłatach, skutkujący koniecznością reklasyfikacji dotkniętych tym kredytów i pożyczek w księgach banków.  Czyli konieczność odpisów uderzy w wyniki finansowe banków, co i tak się już prognozuje – przecież Pan Redaktor zawarł w pierwszym pytaniu różne prognozy spadku zysku netto. Ale w tej chwili ten ewentualny wzrost odpisów czy wykazywany istotny wzrost  opóźnień w spłatach jest jakby zaciemniany, może to nie jest dobre słowo, ale moratoria spowodowały przełożenie w czasie konieczności wykazywania pogorszenia się jakości portfela kredytowego przez banki i dokonywania idących wraz za tym odpisów. Więc poczekajmy, bo moratoria trwają od 3 do 6 miesięcy. One się zaczęły wiosną od dobrowolnych z inspiracji banków, poprzez ustawowo obowiązujące. Jesienią okres moratoriów się skończy  i zobaczymy,  jak wzrośnie wtedy poziom odpisów.

Wiemy, że rośnie popyt na kredyt konsumpcyjny, być może niedługo zostanie, mówiąc kolokwialnie, odpalony popyt na kredyt ze strony przedsiębiorstw. Tylko czy banki będą chciały takiego kredytu udzielać?

Podstawową misją do której większość bankowców czuje się powołanych – takim „bankowym” odpowiednikiem lekarskiej przysięgi Hipokratesa – jest misja ochrony powierzonych bankom depozytów, nie zaś podtrzymywanie akcji kredytowej. Dlatego tez trudno oczekiwać od zarządów kierujących się właściwymi regułami zarządzania ryzykiem – aby w obliczu spadających zysków instytucji, bezprecedensowego wręcz zatrzymania się gospodarki w wyniku pandemii ze wszelkimi tego konsekwencjami, utrudnienia pozyskiwania nowego kapitału dla banków etc., rozkręcali akcję kredytową. Bankowość to biznes ze swojej natury wyraźnie procykliczny. Dlatego, tak istotnie pomocne dla gospodarki okazały się wprowadzane w Europie i Polsce państwowe programy wsparcia dla przedsiębiorstw uwzględniające zarówno bezpośrednie subwencje dla firm jak też gwarancje dla nowo udzielanych kredytów. Subwencje pozwoliły odpowiednio zmniejszyć popyt na kredyt, zaś gwarancje pozwoliły bankom tego kredytu udzielić, niejednokrotnie w warunkach braku spełniania kryterium zdolności kredytowej przez całe sektory gospodarki. Nie bez znaczenia okazały się też – w mojej ocenie celne – komunikaty  Komisji Nadzoru Finansowego, np. te pozwalające potraktować częściowe gwarancje udzielane przez Bank Gospodarstwa Krajowego jako kwalifikowane formy zabezpieczenia wierzytelności bankowych.

W turbulentnych czasach – przy powszechnym odbiorze kondycji sektora bankowego jako dobrej- niewiele mamy alternatyw wobec depozytu bankowego dla bezpiecznego lokowania środków. Stąd też- nawet pomimo spadku stóp procentowych –  nadal utrzymuje się bardzo wysoka płynność sektora bankowego w Polsce. Jednak obserwowana wręcz nadpłynność banków,  w obliczu rosnącego ryzyka oraz kosztu ryzyk,  nie musi wcale przekształcić się w zwiększenie akcji kredytowej – o ile perspektywy gospodarki nie okażą się znowu dobre.  Problemem sektora bankowego   w Europie był i jest poziom małej zyskowności. Teraz ten problem będzie się jeszcze nasilał z uwagi na nowe zjawisko, przed którym stanęły polskie banki, mianowicie ekstremalnie niskie stopy procentowe.   Jak można ten problem przezwyciężyć? Jedną z metod radzenia sobie w tych warunkach jest Podniesienie spreadu na oprocentowaniu kredytów.   Żeby chociaż częściowo   uratować wynik odsetkowy banków, to trzeba będzie podnieść marżę odsetkową, czyli podnieść oprocentowanie kredytów, a przynajmniej w mniejszym stopniu je obniżyć niż spadły rynkowe stopy procentowe. Będzie to dotyczyło nowo udzielanych kredytów, aczkolwiek podejrzewam, że w odniesieniu do istniejących umów może się zdarzyć, że banki będą uważniej egzekwowały warunki już zawartych kontraktów i w razie nie wypełniania przez dłużnika zapisanych warunków –  podnosiły marże na odsetkach. I to się przełoży na popyt na kredyt i w konsekwencji na ich podaż, to po pierwsze.   Z drugiej jednak strony  uważam, że w Polsce w dalszym ciągu jest mało produktów będących substytutami kredytów. Rynek obligacji jest rachityczny, takie usługi jak leasing dotyczą tylko wybranych aktywów  . Tak więc wydaje się, że popyt na kredyt jest dość sztywny.

Podsumowując: przywołam już wypowiedzianą myśl, że kluczową dla gotowości banków do udzielania nowych kredytów będzie ocena rozwoju sytuacji gospodarczej, uwzględniając także formy działań publicznych dla wsparcia gospodarki.

Jesteśmy po szczycie UE w związku z budżetem UE i kryzysem spowodowanym pandemią. Czy środki, o które toczyła się walka, są tak naprawdę Polsce niezbędne?

Zdecydowanie środki unijne są dla nas niezbędne. Fundamentem pomyślności gospodarczej i politycznej Polski jest napływ środków europejskich. I mogę się pokusić o stwierdzenie, że suma, jaką otrzymujemy corocznie z UE tytułem dotacji, przede wszystkim z Funduszu Spójności, którego jesteśmy głównym beneficjentem,   w dużej mierze podtrzymuje od lat wzrost polskiego PKB. Największym zagrożeniem, jakie identyfikuję, jest ryzyko nieefektywnego wykorzystania subwencji przez Polskę i fiasko zbudowania solidnych podstaw dla zdolności rozwoju gospodarki już bez wsparcia dotacji unijnych – a wręcz w warunkach, kiedy to Polska mogłaby przejąć rolę płatnika netto.    Jeśli mogę powiedzieć górnolotnie, Polska w 1947 roku nie z własnej woli nie skorzystała z Planu Marshalla,  . Ten fundusz odbudowy UE, który jest obecnie negocjowany, to można powiedzieć jest taki swoisty odpowiednik Planu Marshalla, który ma pobudzić, dać ten pozytywny bodziec gospodarkom UE i jeszcze bardziej zintegrować Unię Europejską, która jest podzielona, która jest targana różnymi sporami. Czyli w naszym interesie jest, aby z tych środków, powiem tak merkantylnie, jak najwięcej skorzystać. Jak najwięcej środków na transformację energetyczną –   one będą skierowane już nie na przysłowiowe  wykładanie kostką Bauma centrów miasteczek  , tylko właśnie na innowacje technologiczne, przede wszystkim na transformację energetyczną. I trzeba się do tego funduszu zapisać, trzeba czerpać środki, trzeba się modernizować.  Jest to kwestia oczywiście środowiskowa, naszego zdrowia, konkurencyjności gospodarki, ale też kwestia rozwoju nowych technologii nie tylko związanych   z  zieloną gospodarką. Uważam, że wielkim, historycznym błędem  byłoby, gdybyśmy z tych środków pochopnie zrezygnowali. Do dziś odczuwamy skutki nie skorzystania z planu Marshalla ponad 70 lat temu, który postawił na nogi zrujnowane wojną kraje Europy Zachodniej. Zresztą widząc twardą postawę negocjacyjną polskiego rządu, gdzie na szczycie obecny jest premier, to nie mam wrażenia, że Polska chciałaby sobie te środki z funduszu odpuścić.

Jak Pan ocenia pomysł zwiększenia dopuszczalnego progu zadłużenia w relacji do PKB wynikającego z konstytucji?

W dobrych czasach trzymaliśmy dług publiczny i deficyt w ryzach i to teraz procentuje, bo  obecnie można prowadzić antycykliczną politykę fiskalną. To pierwsza konstatacja. Kolejna jest taka, że zadłużają się wszyscy, także bardziej zadłużeni od nas, bo w zasadzie takie kraje nawet jak Niemcy, gdzie udział długu publicznego do PKB przed COVID-em był większy, nie mówiąc o Włoszech, czy o krajach takich jak Grecja. Przy czym różnica polega na tym, że kraje najlepiej zarządzające finansami publicznymi w Europie Niemcy czy Czechy,  miały przed kryzysem zbilansowane wpływy i wydatki publiczne, wykazując wręcz nadwyżkę.  Nam w czasach prosperity nie udało się osiągnąć nadwyżki. Jak dotąd jednym z majstersztyków programu tarczy antykryzysowej i jego głównego elementu czyli zasilenia gospodarki w dodatkowe 100 mld PLN było to, że dzięki operacji NBP wespół z PFR (Polskim Funduszem Rozwoju) i – niech to wyraźnie wybrzmi – przy wydatniej pomocy banków komercyjnych w Polsce  , udało się te środki  wygenerować w zasadzie  z bardzo ograniczonym skutkiem z punktu widzenia wykazywania długu publicznego. I co będzie dalej? Znowu wracamy do kwestii, jaki będzie kształt krzywej wychodzenia z obecnej sytuacji, jaka będzie „litera”. Jeżeli to będzie „L”, to bardzo źle.  . Tym bardziej przydałaby się istotna partycypacja w propozycji środków z Funduszu Odbudowy. 750 mld euro – już teraz widać, że jest to dla stymulacji naszej gospodarki jest bardzo, ale to bardzo potrzebne. Więc reasumując – zadłużają się wszyscy, także ci, którzy są dzisiaj od Polski bardziej zadłużeni. I tu trzeba podejść nie doktrynalnie, tylko pragmatycznie. No bo jeżeli ta gospodarka jest w stanie załamania „covidowego”, to trzeba w pierwszej kolejności ugasić ogień i dopiero zastanawiać się, co dalej.

Jakie są granice wzrostu długu publicznego? Polska jest gospodarką nadal doganiającą kraje najlepiej rozwinięte, z własną lokalną walutą, jednocześnie ze  znacznym stopniem uzależnienia gospodarki od dostępu do finansowania na rynkach międzynarodowych. To potencjalnie niebezpieczna kombinacja czynników w czasach globalnego kryzysu.  Nadmierny wzrost zadłużenia publicznego mógłby spowodować spadek zaufania do naszej waluty – stąd w mojej ocenie pole manewru dla Polski w obszarze wzrostu długu publicznego jest ograniczone nawet w stosunku do państw takich jak Hiszpania, Francja czy nawet Włochy. Kraje zachodu Europy są wciąż znacznie lepiej rozwinięte cywilizacyjnie niż Polska, posługują się wspólną „twardą” walutą  (euro) i do dyspozycji mają już wypracowane gigantyczne mechanizmy pomocowe dla członków Europejskiej Unii Walutowej i Gospodarczej, takie jak operacje otwartego rynku EBC oraz mechanizm stabilizujący ESM. Polska, w razie istotnych zawirowań na rynkach międzynarodowych nie miałaby dostępu do tego typu narzędzi pomocowych. Mogłaby liczyć wyłącznie na siebie, no może nie licząc „końskich” kuracji aplikowanych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy w zamian za wcale nie tak ogromną pomoc,.

Skoro nie przystąpiliśmy do strefy euro, zachowując tym samym przywilej swobodnego prowadzenia polityki monetarnej i fiskalnej, to musimy pamiętać, że ceną za posiadanie tego swoistego komfortu samodzielności jest konieczność utrzymania wysokiej wiarygodności płatniczej Polski w oczach wierzycieli. Zachwianie tej wiarygodności, i w rezultacie stabilności waluty krajowej, mogłoby znacznie osłabić polską gospodarkę, zaś w ekstremalnym wydaniu mogłoby skutkować czymś na kształt problemów płatniczych Polski z przełomu lat 80. i 90. XX wieku.

Odpowiadając wprost na pańskie pytanie: jeśli ten poziom bezpieczeństwa zadłużenia publicznego dla Polski jest wyższy niż obecnie wpisany do konstytucji 60%, możemy rozważać jego przesunięcie. Jeśli jednak nie jesteśmy tego pewni – lub co gorsza, nie wiemy w jaki sposób „majstrowanie” przy konstytucji w kierunku poluzowania ograniczeń dla długu publicznego  wpłynęłoby na rating polskiego długu na rynkach międzynarodowych – to lepiej kontrolujmy deficyt finansów publicznych racjonalizując wydatki i troszcząc się o wzrost przychodów. Bo każdy dług, choćby zaciągnięty przez państwo, prędzej czy później powinien zostać spłacony.

Rozmawiał Kamil Goral