Przez ponad półtora roku wirusa próbowano zabić policyjną tonfą w podobny sposób, jak łapką na muchy próbujemy zwalczyć nieznośne owady. Jaki efekt? O tym w swoim najnowszym felietonie pisze Michał Góra.

Ostatnio na stronach Rządowego Centrum Legislacji ukazał się ministerialny projekt ustawy o zmianie ustawy – Kodeks karny oraz niektórych innych ustaw. Dokument ten zmienia brzmienie między innymi art. 161 kodeksu karnego, który reguluje kwestie związane z narażeniem innej osoby na zarażenie chorobami wenerycznymi i zakaźnymi.

Do tej pory brzmienie dwóch pierwszych paragrafów tego artykułu było następujące: „§ 1. Kto, wiedząc, że jest zarażony wirusem HIV, naraża bezpośrednio inną osobę na takie zarażenie, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8” oraz „§ 2. Kto, wiedząc, że jest dotknięty chorobą weneryczną lub zakaźną, ciężką chorobą nieuleczalną lub realnie zagrażającą życiu, naraża bezpośrednio inną osobę na zarażenie taką chorobą, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”.

Wedle propozycji Ministerstwa Sprawiedliwości, górna granica kary miałaby jednak w obu przypadkach zostać zrównana, ponieważ skonsolidowany paragraf pierwszy ma otrzymać brzmienie: „Kto, wiedząc, że jest zarażony wirusem HIV lub dotknięty chorobą weneryczną lub zakaźną, ciężką chorobą nieuleczalną lub realnie zagrażającą życiu, naraża bezpośrednio inną osobę na zarażenie tym wirusem lub chorobą, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”.

Prawdopodobnie z uwagi na to, że nowelizacją zaczęły się interesować media, na ministerialnym profilu twitterowym udostępniono wpis wiceministra Marcina Warchoła, który wskazał, że:

Nie wiedzieć jednak czemu, ministerialny projekt idzie w zupełnie przeciwnym kierunku i dodatkowo zaostrza odpowiedzialność karną za przestępstwa związane z zakażeniem człowieka.

Historia omawianej regulacji jest o tyle ciekawa, że pokazuje dwie istotne – nomen omen – choroby, jakie dotknęły szeroko rozumianą politykę karną. Po pierwsze, przepis ten początkowo przewidywał karę pozbawienia wolności do lat 3 (w przypadku HIV) albo maksymalnie do roku (w przypadku pozostałych zakażeń). Wydawałoby się, że to raczej prawo karne postkomunistycznego kraju, jakim była Polska lat 90. (nowy kodeks uchwalono w 1997 r.), będzie charakteryzowało się nadmierną surowością i kazuistyką. Nic bardziej mylnego, skoro w ciągu nieco ponad dekady zagrożenie karą za ten jeden, wcale przecież nieczęsty rodzaj przestępstw, wzrosło o 5 lat. Nie tylko więc epidemie rozwijają się w wykładniczym tempie, ale dotyczy to także surowości prawa karnego, obowiązującego w rzekomo „liberalnych” demokracjach. Jest to zresztą przejaw fenomenu zwanego overcriminalization. Wiąże się ono z tym, że coraz większa część naszego życia społecznego jest regulowana nie tylko przepisami tak w ogóle (w tym przypadku mówimy o „jurydyzacji”), ale właśnie specyficznie normami prawa karnego.

Po drugie, nie da się ukryć, że podobne przepisy były wykorzystywane dla celów populizmu penalnego. Chodzi o to, że analogiczną regulację wykorzystano w bulwersującej wprawdzie opinię publiczną, ale przecież jednostkowej sprawie Simona M., którego w 2007 r. oskarżono o zarażenie kilkunastu kobiet wirusem HIV. Wokół tego wydarzenia ówczesne Ministerstwo Sprawiedliwości urządziło swego rodzaju happening, ujawniając na przykład personalia i wizerunek sprawcy, jednoznacznie też przesądzając jego winę w komunikatach prasowych, pomimo braku prawomocnego wyroku skazującego. Niektórzy autorzy twierdzą co prawda, że wyróżnienie wirusa HIV już na etapie uchwalania kodeksu było „w pełni uzasadnione racjami obiektywnymi” (np. Leon Tyszkiewicz)*. Nie da się jednak oprzeć wrażeniu, że w co najmniej równym stopniu istotne mogły być względy psychologiczne i populistyczne, związane z tak zwaną „histerią AIDS”. Histeria ta na Zachodzie szczególnie rozgorzała w latach 80., a w Polsce być może właśnie za sprawą kazusu imigranta z Afryki.

Należy zaznaczyć, że pomimo pewnej tradycji istnienia podobnych środków natury kryminalnej, nie wszyscy specjaliści od zdrowia publicznego zgadzają się z tym, jakoby choroby zakaźne należało zwalczać metodami policyjnymi. Za przykład niech posłuży nam Stefan Baral, profesor polskiego pochodzenia, zajmujący się epidemiologią w Johns Hopkins School of Public Health. Profesor Baral na Twitterze napisał: „Nie wiem, kto musi to usłyszeć, ale kryminalizacja transmisji wirusa nigdy nie była właściwą odpowiedzią” (‘I don’t know who needs to hear this, but the criminalization of transmission of a virus is never the right answer’). Jeszcze wcześniej opublikował wpis o następującej treści: „Gwoli wyjaśnienia, wierzę, że specjaliści od zdrowia publicznego mogą wykonać swoją robotę znacznie lepiej bez polegania na Policji” (‘To be perfectly clear, I believe public health can do its job way better without relying on police’). Jednocześnie w swoich publicznych wypowiedziach Stefan Baral sugerował, że zadaniem zdrowia publicznego powinno być raczej dostarczanie obywatelom środków, rady i pomocy, a nie ciągłe prześciganie się w pomysłach na nakładanie nowych restrykcji i kar.

Wydaje się to oczywiste, ale przez ostatnie ponad półtora roku zachowywaliśmy się zupełnie odwrotnie. W wielu krajach wirusa próbowano zabić policyjną tonfą w podobny sposób, jak łapką na muchy próbujemy zwalczyć nieznośne owady. Nie chodzi tu zatem o kwestionowanie faktów naukowych, lecz zastanowienie się nad metodami, które obejmowały przecież także śledzenie ludzi technologiami cyfrowymi oraz różne rodzaje stygmatyzacji i podawania do publicznej wiadomości informacji o chorych. Czas pokaże, czy było to skuteczne i słuszne.

*Cytat zaczerpnięto z: L. Tyszkiewicz [w:] Kodeks karny. Komentarz, wyd. V, red. M. Filar, Warszawa 2016, art. 161.