Giełda, notowania, potężne korporacje i wielkie transakcje – to chyba pierwsze skojarzenia na hasło „rynek kapitałowy”. Tak najpewniej widzi go przeciętny odbiorca wydarzeń gospodarczych. Tyle że te skojarzenia raczej nie dotyczą Polski. Jeśli już, to podobne obrazy pojawić się mogą w związku ze słynną Wall Street, a nie z ulicą Książęcą w Warszawie. Czemu tak jest? Dobre pytanie, na które postaramy się poszukać odpowiedzi. (Dla jasności zaznaczamy, że w tekście określeń giełda i rynek kapitałowy używamy zamiennie i choć podręcznikowo nie są to pojęcia tożsame, jeśli nie będzie to wyraźnie zaznaczone, oznaczać będą to samo – czyli warszawską giełdę).

Przeciętny zjadacz chleba w naszym kraju o giełdzie mógł w ostatnich latach usłyszeć przy kilku okazjach. Pierwsza to hollywoodzkie produkcje takie jak „Wilk z Wall Street” czy oscarowy „Big short”. Te filmy ukazywały rynek kapitałowy jako miejsce, w którym nikczemnicy, pozbawieni zasad i za wszelką cenę goniący za zyskiem, „robią” kosmiczne pieniądze. Postać Jordana Belforda, genialnie zagrania przez Leonardo DiCaprio, weszła już do kanonów popkultury. To człowiek, który potrafi sprzedać wszystko i przy okazji nieźle na tym zarobić, oczywiście ze stratą dla swoich klientów. Zgodnie z zasadą – po trupach do celu. Drugi film pokazuje podobne postawy; brak etyki i zupełne nieliczenie się z innymi ludźmi. Pieniądz przede wszystkim.

Kolejna okazja to afera GetBack. Ten wrocławski windykator, którego problemy w 2018 roku doprowadziły do szacowanych na około 2 mld zł strat u inwestorów, przyczynił się także do potężnego uderzenia w wizerunek rodzimego rynku kapitałowego. Zanim na jaw wyszła prawdziwa sytuacja spółki, GetBack przedstawiany był jako znakomicie zarządzany podmiot mający przed sobą świetlaną przyszłość w rosnącej branży. Tyle teoria. W praktyce okazało się, że wyniki finansowe raportowane przez spółkę miały niewiele wspólnego z prawdą, a ludzie, którzy kupili jej obligacje, najpewniej nigdy nie zobaczą zdecydowanej większości swoich pieniędzy.
W rezultacie zaczęły pojawiać się, skądinąd zupełnie słuszne, pytania o ochronę indywidualnych inwestorów, wiarygodność sprawozdań finansowych i badających je audytorów oraz etyczne standardy niektórych banków, które oferowały swoim klientom toksyczne papiery. Wątki te doczekały się nie tylko oceny moralnej, ale także postępowań sądowych, zarówno cywilnych, jak i karnych.

Ostatnią okazją, aby usłyszeć o polskim rynku kapitałowym było wygaszanie otwartych funduszy emerytalnych. Co te fundusze mają wspólnego z giełdą? Ano to, że przez lata znaczna część składki emerytalnej ubezpieczonych trafiała właśnie do OFE, te zaś kupowały za to obligacje skarbowe lub akcje notowanych na warszawskim parkiecie spółek. Rozpoczęta pod koniec XX wieku reforma zapewnić miała otrzymanie świadczenia w jesieni życia i przy okazji rozkręcić polską giełdę. Efekt był taki, że faktycznie na GPW coś się działo, OFE generowały popyt i zapewniały płynność obrotu. Tyle że robiły to za publiczne pieniądze w ramach państwowego systemu emerytalnego. Z faktycznym rozwojem rynku kapitałowego w Polsce nie miało to wiele wspólnego. Kiedy zatem jeszcze za rządów PO-PSL rozpoczął się proces wygaszania funduszy, na naszą giełdę padł blady strach. Zorientowani wiedzieli, że sielanka dobiega końca i po zmianach okaże się, jak to z polskim rynkiem jest naprawdę, bez wspomagaczy pod nazwą OFE.

Marazm

Zanik OFE i afera GetBack to były ciężkie ciosy dla GPW. W efekcie na warszawskim parkiecie od lat dzieje się raczej niewiele. A świadczy o tym dramatycznie niska liczba debiutów. Jeszcze w 2007 roku, tuż przed wybuchem globalnego kryzysu finansowego, przy Książęcej pojawiło się aż 81 nowych spółek. Rosły aktywa funduszy inwestycyjnych lokujących środki w akcje, OFE działały bez przeszkód, a o ich likwidacji nikt nie myślał. Ludzie wierzyli, że giełda może dać im bogactwo. Ten czas nie trwał jednak zbyt długo.
Rok później upadł bank Lehman Brothers, indeksy leciały na łeb na szyję, a inwestorzy przestali patrzeć na giełdę w ten sam sposób, co przedtem.

Kolejne lata dla GPW to już równia pochyła. Debiutów było coraz mniej, na głównym parkiecie w 2018 roku pojawiło się tylko siedem firm, rok później wynik ten został powtórzony. Tak słabo nie było od 15 lat. Dodatkowo coraz więcej spółek decydowało się na opuszczenie głównego rynku. W 2018 roku tzw. delistingów było aż 25, o 18 więcej niż debiutów. W 2019 sytuacja wyglądała podobnie. Lata 2018-2019 to także wyraźny spadek obrotów akcjami.

Powiew ożywienia przynieść miały Pracownicze Plany Kapitałowe. W odróżnieniu od OFE udział w nich nie jest obowiązkowy, jednak aby zrezygnować z członkostwa w planach, należy złożyć pracodawcy stosowną deklarację. PPK wystartowały w lipcu ubiegłego roku i początkowo objęły największe firmy, zatrudniające powyższej 250 osób. Podane na początku 2020 roku przez Polski Fundusz Rozwoju statystyki dotyczące partycypacji w planach nie okazały się najlepsze. Niemal dwóch na trzech pracowników największych przedsiębiorstw zrezygnowało z uczestnictwa w PPK. Od stycznia planami są objęte także mniejsze podmioty, jednak w związku z pandemią harmonogram uruchomienia tego etapu kapitałowego oszczędzania na emeryturę został przesunięty o pół roku, z marca na końcówkę października.

Biorąc pod uwagę słaby start w dużych firmach, trudno oczekiwać, że plany zasadniczo poprawią losy polskiego rynku kapitałowego. A warto pamiętać, że były uruchamiane w innej rzeczywistości gospodarczej, z pięcioprocentowym bezrobociem i szybko rosnącymi pensjami. Obecnie sytuacja na rynku pracy nie wygląda już tak różowo, wiele osób obawia się utraty zatrudnienia i dużo skrupulatniej liczy każdy grosz. W tym kontekście trudno oczekiwać wielkiego zainteresowania PPK.

Jest strategia

W październiku zeszłego roku Rada Ministrów przyjęła Strategię Rozwoju Rynku Kapitałowego na lata 2019-2023. We wstępie do tego dokumentu czytamy: „Jednym z najważniejszych gospodarczych wyzwań, przed jakimi stoją współczesne rządy, jest konieczność zapewnienia krajowym przedsiębiorstwom możliwie szerokiego dostępu do finansowania ich działalności, co pozwoliłoby im pozyskiwać środki na inwestycje, zwiększyć zatrudnienie i tym samym przyczynić się do wzrostu gospodarczego. Ze względu na postępujący proces starzenia się społeczeństw konieczne jest również wypracowanie rozwiązań zapewniających godziwe emerytury obywatelom. Dobrze rozwinięty i efektywny rynek kapitałowy może być istotnym wsparciem w podejmowaniu się obu tych wyzwań”.

I trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Co zatem oferuje strategia? Dokument liczy prawie 80 stron i zawiera wiele ważnych propozycji.
W SRRK zaproponowano m.in. interesujące rozwiązania podatkowe, mające zachęcić inwestorów do zainwestowania oszczędności na giełdzie, a inwestorów do tego, aby się na niej pojawili. Są wśród nich:
* „ukosztownienie” nakładów na IPO do wysokości 125 procent poniesionych wydatków,
* zwolnienie z podatku u źródła odsetek od euroobligacji dopuszczonych do obrotu na rynku państwa członkowskiego Unii Europejskiej,
* preferencje w zakresie opodatkowania zaproponowanych przez SRRK obligacji rozwojowych,
* możliwość kompensaty strat i zysków kapitałowych dla inwestorów,
* obniżenie opodatkowania dywidend nawet do 9 procent.

Oczywiście powyższe hasła wymagają rozwinięcia i uszczegółowienia. Czuwać ma nad tym m.in. pełnomocnik ministra finansów ds. strategii Antoni Repa. W wywiadzie dla portalu fpg24.pl minister Repa wskazał, w kontekście strategii, na inne kluczowe obszary dla realizacji założeń zawartych w tym dokumencie:
– Głównym celem Strategii Rozwoju Rynku Kapitałowego jest zapewnienie polskim przedsiębiorstwom, w tym szczególnie z sektora MŚP, lepszego dostępu do różnych źródeł finansowania. Strategia przewiduje pakiet konkretnych działań, dokładnie 90, o charakterze strukturalnym, w tym: poprawiających ład korporacyjny, z zakresu nadzoru i regulacji, innowacji (Fintech szczególnie), których celem jest zachęcenie do inwestowania w Polsce. W obecnej sytuacji niektóre z zadań nabierają bardziej pilnego charakteru i prace nad nimi przyśpieszamy. Ministerstwo będzie jednocześnie wykazywało dużą wrażliwość we wdrażaniu poszczególnych rozwiązań SRRK, wsłuchując się w głos uczestników rynku.

Z kolei prezes GPW Marek Dietl, jeszcze pod koniec zeszłego roku, tak mówił o strategii na fpg24.pl:
– Wierzę, że SRRK będzie realizowana. Jej powstanie to duży sukces rynku kapitałowego, który zabiegał wiele lat o przyjęcie tego dokumentu. Propozycjami o największym ciężarze gatunkowym są zapisy dotyczące Sądu Rynku Kapitałowego oraz Obligacji Rozwojowych. SRRK zakłada, że miałyby one stałą stopę procentową. Mogłyby je emitować zarówno firmy prywatne, jak i powiązane z państwem spółki specjalnego przeznaczenia, np. CPK. Gdyby te obligacje mogły być używane w transakcjach warunkowych z bankiem centralnym, to banki chętnie lokowałyby w nie swoją nadmiarową płynność. Pozwoliłoby to część wydatków inwestycyjnych dotychczas finansowanych z budżetu państwa pokryć bez zwiększania deficytu i długu publicznego.

Czytając te wypowiedzi odnosi się wrażenie, że plan dla polskiej giełdy jest, że jest on traktowany poważnie i jest realna szansa na jego wdrożenie. I to są dobre wieści, bo odpowiedź na postawione w tytule tekstu pytanie jest pozytywna. Tak, potrzebujemy rynku kapitałowego, w tym także silnej giełdy. Szczególnie teraz, kiedy rośnie zapotrzebowanie na kapitał z wyższą tolerancją dla ryzyka niż na przykład to, jakie akceptują banki.

Z giełdy też płyną obiecujące informacje, jak chociażby ta o planach przejęcia parkietu w Erywaniu. Na korzyść GPW działa także środowisko niskich stóp procentowych, które skłaniać może część oszczędzających do lokowania środków w akcje i inne aktywa kapitałowe.